23.09.2017

Rozdział 4

To nie twoja wina


Drzwi do pokoju otworzyły się gwałtownie, wpuszczając do środka światło, które oślepiło Harry’ego. Ledwo do niego docierało, co się dzieje. Głowa pękała mu z bólu, a blizna sprawiała wrażenie żywej. Uczucie było tak okropne, że nie mógł się powstrzymać. Zwymiotował na samym środku pokoju. Usłyszał czyjś jęk i przekleństwo, gdy poczuł uderzenie prosto w twarz.
— Harry, spójrz na mnie. — Z trudem zrozumiał znaczenie tych słów. Powieki sprawiały wrażenie tak ciężkich, że samo ich uniesienie mogło kosztować go utratę przytomności. Jednak stanowczy głos i piekący policzek trochę otrzeźwiły jego umysł.
Wkładając w to ogromny wysiłek, otworzył oczy i niemal od razu ponownie je zamknął. Zdążył jeszcze napotkać zaniepokojone spojrzenie szarych tęczówek. Ból. Przejmujące cierpienie. Krzyki w głowie.
— Alex, po Briana — usłyszał i wzdrygnął się, odbierając głos o wiele mocniej niż normalnie. — Pospiesz się!
Trzask. Kroki. Po chwili upragniona cisza. Czuł, że odpływa. Ktoś ponownie potrząsnął nim gwałtownie i przytrzymał w pozycji siedzącej. Nagle coś zimnego zalało jego twarz. Gwałtownie otworzył oczy i potrząsnął głową. Próbował całkowicie skupić się na pokoju, w którym się znajdował. Znowu ból. W tej chwili chciał tylko, żeby wszystko się skończyło.
— Skup się, Potter. — Podążył za głosem i ponownie patrzył prosto w znajomą twarz. Kate. — Wyrzuć go.
Blizna ponownie zapłonęła, a on syknął z bólu. Tym razem podziałało to na niego motywująco. Skupił całą uwagę na sylwetce blondynki i próbował uspokoić oddech. Zacisnął powieki, ale to nie pomogło w żadnym stopniu. Nie pomagała myśl, że gdyby uczył się oklumencji, nigdy by do tego nie doszło. I to nie tylko do tej jednej sytuacji. Wystarczyło tylko lepiej przykładać się do nauki, a teraz nie musiałby zwijać sie z bólu. W obcym miejscu, przy ludziach, którzy nie powinni przy pierwszym spotkaniu poznać jego słabości. Szlag by to trafił.
Nagle ból zaczął słabnąć. Nie wiedział, czy to za sprawą złości skierowanej w stronę samego siebie, czy to Voldemort odpuścił. Tętno wracało do normy, a on mógł otworzyć oczy, nie bojąc się oślepienia światłem. Spróbował się podnieść. Nawet nie miał pojęcia, jakim sposobem znalazł się na podłodze. Z trudem usiadł na łóżku, podtrzymywany przez Kate. Chyba nie chciał wiedzieć, jakim cudem się tu znalazła. Chociaż wywnioskowanie tego nie było takie trudne. Jego zachowanie kilkadziesiąt minut temu (może nawet godzin, stracił poczucie czasu) dawało do myślenia, a czarownica nie należała do głupich.
Gdy tylko koszmarne objawy obecności Voldemorta w jego umyśle ustąpiły, dotarło do niego, co chciał mu przekazać Riddle. Tortury. Na początku spodziewał się zobaczyć nieznaną twarz, nie pierwszy raz miał być świadkiem czyjejś kary, ale tym razem... To nie była kara. Remus. Choć z trudem utrzymywał się choćby w pozycji siedzącej, poderwał się z łóżka. Natychmiast został usadzony z powrotem. Powstrzymał jęk, po części spowodowany wracającymi zawrotami głowami, a trochę złością.
— Oszalałeś? — warknęła dziewczyna. Teraz, gdy największe zagrożenie minęło, poczuła się o wiele swobodniej.
— On ma profesora Lupina. — Dźwięk pośredni między warknięciem, a jękiem. Przez chwilę poczuł, jak czarownica zamiera z bezruchu, by po chwili wrócić do poprzedniej pozycji.
— Chcesz powiedzieć, że podesłał ci taką wizję? — zapytała powoli. Wbił w nią groźne spojrzenie.
Och, no prawie by zapomniał. Już nawet nie dziwił się, że o nich wie. Najwidoczniej naprawdę go obserwowali. Nie o to mu jednak chodziło. Podważyła wiarygodność tej wizji. Właściwie mogła mieć rację, tylko że… Nie, tym razem to nie było to. Po prostu to wiedział.
— To nie była wizja. On naprawdę go ma — powiedział bardziej agresywnie niż zamierzał. Chciał wstać, ale zagrodziła mu drogę. — Przepuść mnie.
— I co chcesz zrobić? — spytała, nie ruszając się nawet o milimetr. — Wparować tam sam i poświęcić nie tylko jego, ale i siebie? Tak po prostu przystać na jego propozycję?
Obserwowała, jak próbuje nie wybuchnąć. Oczy ciskały błyskawice, wszystkie jego mięśnie napięły się, gotowe do ataku. Mimo że jeszcze przed chwilą ledwo utrzymywał przytomność, teraz uparcie stawał do walki. Słownej, ale i tak była to postawa godna wojownika.
— A żebyś wiedziała! — warknął i już miał zamiar odsunąć ją siłą, gdy drzwi ponownie się otworzyły i do pokoju wkroczyli Brian i Alex.
Alex trzymał się zdecydowanie na uboczu, natomiast Brian szybko do nich podszedł. Choć sytuacja nie prezentowała się różowo, z jego twarzy nie można było wyczytać żadnych emocji. Jak nocną porę wyglądał na całkowicie rozbudzonego. Miał na sobie te same szaty, co podczas ich rozmowy. Jego dzień się jeszcze nie zakończył i Harry zaczął się zastanawiać, czy mężczyzna w ogóle zamierzał pójść spać.
— Co się dzieje, Potter? — Stanowczy głos jakim zadał to pytanie, uspokoił Harry’ego. Choć wnętrzności nadal pochodziły mu do gardła, a obraz Remusa nie chciał wyjść z głowy, skupił się na odpowiedzi.
— Voldemort ma Remusa Lupina.
Szybki, ledwo zauważalny skurcz przeszedł przez twarz mężczyzny. A może tylko mu się wydawało.
— Jesteś pewien?
Harry rzucił mu pełne wymowy spojrzenie. Peer kiwnął tylko głową.
— Chodźcie za mną — polecił stanowczo. Harry wstał, a razem z nim podniosła się Kate. — Courage, ty też. — Alex lekko rozszerzył oczy, ale dołączył do pozostałych.
Nie miał zielonego pojęcia, gdzie idą i po co. Jedyne co miał teraz w głowie, to widok Lunatyka. Zakrwawionego, po torturach w towarzystwie Lestrange. To chyba najbardziej go dobiło. Samo wspomnienie sprawiło, że serce ponownie przyspieszyło. Wszystko tak bardzo przypominało mu sytuację, gdy pana Weasleya zaatakowała Nagini. I Syriusz... Tylko, że wtedy to wszystko było kłamstwem.
Był pewien, że tym razem Voldemort go nie oszukał. Intuicja podpowiadała mu to od samego początku. I chociaż już go raz zawiodła, zaufał jej. Z jednej strony miał ochotę na siebie nakrzyczeć. Jak mógł jeszcze wierzyć w to, co podsyła mu Riddle? Dlaczego popełnia te same błędy, co wcześniej? Nie mógł jednak nie zauważyć jednej rzeczy: Czarny Pan bardzo dawno nie używał połączenia. Przestraszył się go. Dlaczego więc teraz to zrobił? Nie ryzykowałby kolejnego ciosu, jak w Ministerstwie tylko po to, by zwabić go w pułapkę. Mógł poczekać. Zastanowić się, obmyślić plan. Nie korzystać z tej samej strategii co wcześniej. To nie w jego stylu. Natomiast szantaż o życie drugiego człowieka był bardzo w jego stylu.
Zimne i puste korytarze skończyły się i stanęli w ślepym zaułku. Tak przynajmniej stwierdził na pierwszy rzut oka. Przecież nie prowadzono by ich w puste miejsce. Brian podszedł bliżej i bez wahania sięgnął do cegły na poziomie ramienia. Nacisnął ją lekko, a na jej miejscu pojawiła się mała, żelazna tabliczka. Z klawiaturą. Harry zamrugał kilka razy. Technologia w czarodziejskim zamku? Rozejrzał się w koło, czy aby nie ma zwidów i pozostali również to widzą. Kate wyglądała na nieprzejętą, natomiast Alex lekko otworzył usta. Po chwili Harry dowiedział się dlaczego.
— Czy to jest... wasza tajna siedziba? — wyjąkał, zwracając na siebie uwagę mężczyzny.
— Owszem — odpowiedział tylko, wpisując szybko kod. Odsunął się do tyłu i razem z trójką młodych czarodziejów obserwował, jak pojawiają się dość wysokie drzwi, wyglądające na stare. — Tylko tutaj możemy zachować całkowite bezpieczeństwo.
Mimo bólu głowy Harry nie mógł się nie zorientować, że właśnie znalazł się w miejscu, które nie było przeznaczone dla uczniów tej… szkoły. Domyślił się tego choćby po reakcji Alexa. Świetnie, jak zawsze wszędzie musi pakować się w kłopoty i odkrywać to, co nie jest dla niego.
Kate pierwsza podążyła za Brianem, a po chwili Alex i Harry ruszyli za nią. Komnata, w której się znaleźli, robiła wrażenie. Kilka złączonych ze sobą stołów po środku, biblioteczka na całą ścianę, zawalona tyloma pozycjami, że sprawiała wrażenie niestabilnej. Kilka mniej rzucających się w oczy szczegółów, które nadawały niepowtarzalny charakter temu miejscu. Pewnie rozglądaliby się dalej, gdyby nie huk odkładanego z dużą siłą kubka. Kate, Harry i Alex podskoczyli i dopiero teraz zauważyli, że nie byli w komnacie sami. Starszy, przystojny mężczyzna przyglądał im się z irytacją, zaskoczeniem i przyganą jednocześnie. Potem wbił wyczekujące spojrzenie w Peera.
— Co oni tu robią, do cholery? — warknął, próbując jednocześnie zapobiec powstaniu plamy na spodniach w miejscu wylanej kawy. —To nasza baza i nikt z młodych nie powi…
— Voldemort o sobie przypomina — przerwał mu w pół słowa przyjaciel, jednocześnie podchodząc do jednego z biurek zawalonych papierami. 
Potter skorzystał z okazji i ponownie zlustrował salę. Z jakiegoś powodu przypomniała mu się legenda o „Królu Arturze i Rycerzach Okrągłego Stołu”. Potrząsnął lekko głową. Skąd mu to przyszło na myśl? Kontakt z mugolskimi mitami urwał mu się przed pierwszym rokiem w Hogwarcie, a potem nie miał ochoty do nich wracać. Z resztą, jak do wszystkiego, czego nauczył się w szkole.
— Czyżby przysłał ci paczkę? — zadrwił, ale potem spoważniał, zatrzymując wzrok na Harrym. — Em… legilimencja?
— Już nie — mruknął Harry, a Alex zerknął na niego z powątpiewaniem. Teraz Potter odzyskał trzeźwość umysłu i zaczął analizować treść tego, co przekazał mu Riddle. — On chce…
— Ruszyć twoją jakże gryfońską chęć poświęcenia i zwabić cię do siebie — dokończyła Kate, a reszta przeniosła na nią wzrok.
Na pewno się nie myliła. Owszem, Voldemort taki miał właśnie cel, ale czy to ma znaczenie? Teraz, kiedy życie jedynego żyjącego i wiernego Huncwota leżało w jego rękach?
— Ma Remusa — zauważył cicho. — I nie mam gryfońskiej chęci…
— Och, doprawdy? — zmrużyła oczy. — Czyli wcale nie chciałeś po prostu do niego iść?
Przez chwilę nikt nic nie mówił. Słyszalne było tylko szelest kartek. Harry i Kate mierzyli się wzrokiem. Tak bardzo chciał zaprzeczyć. Ale nie potrafił. Bo to była prawda. I już sam nie był pewien, czy naprawdę tak bardzo gryfońska. Harry nigdy nie wybaczyłby sobie, że Remusowi stało się coś przez niego. Nie mógłby z tym żyć, więc czy to była taka altruistyczna decyzja? A może po prostu nie był gotowy wziąć na swoje barki kolejnej śmierci? Był po części egoistą. Nie chciał, nie wytrzymałby świadomości, że następny człowiek oddał za niego życie.
— Ostatnio widziano Voldemorta w Malfoy Manor — oznajmił Brian, przerywając napiętą ciszę. Ed zajrzał mu przez ramię, a dwójka mierzących się wzrokiem nastolatków podeszła bliżej. Alex, najwidoczniej czując się dość nieswojo w tym otoczeniu, został w tym samym miejscu. — O ile mnie pamięć nie myli, mają lochy pod swoją posiadłością.
— O ile mnie pamięć nie myli? — parsknął Ed. — Przepraszam bardzo, ale czy ty tam byłeś? — Brian odwrócił się w jego stronę i już otwierał usta, by coś powiedzieć. — Wolę nie wiedzieć — westchnął Washer.
— Uważasz, że tam właśnie jest teraz? — zapytała Kate, również przyglądając się mapie położonej na stole. Nie czuła się skrępowana obecnością dwóch ważniejszych przedstawicieli Patronusów. Co innego jej towarzysze, a szczególnie Alex, który dobrze znał pozycję Washera i Peera. Harry jeszcze nie był tego do końca świadom.
— Najprawdopodobniej. — Peer odwrócił wzrok od mapy i skupił uwagę na Harrym. — Co dokładnie powiedział Voldemort?
— Że mam się zjawić, inaczej go zabije — odpowiedział nerwowo. — Powinienem…
— Och, na pewno tam nie pójdziesz — odezwała się od razu Kate, a Harry powstrzymał się od komentarza.
Zaczęło go to irytować. Jeszcze rano nie zajmowała jego myśli. Po czym kilka godzin później wparowała prosto w jego życie bez zaproszenia, niszcząc jego wyobrażenie o przeszłości i z pewnością zmieniając też przyszłość. Może i próbował ją tolerować, ale nie życzył sobie, żeby udawała jego przyjaciółkę. Nie była nią. Nie teraz.
— Brian, pierwszy raz zgadzam się z twoją chrześniaczką — rzucił Ed, a dziewczyna obdarzyła go niechętnym spojrzeniem.
Ten jednak milczał. Harry czuł się, jakby go oceniał. Nie wyglądał na zdecydowanego. Dużo mógł wyczytać z oczu młodego czarodzieja. Desperację. Strach, że ktoś straci przez niego życie. On sam próbował zachować całkowity spokój, ale twarz Remusa Lupina na dobre zagościła mu przed oczami. Przecież go pamiętał. Choć minęło tyle lat od ich ostatniego spotkania, znał tego człowieka.
— Z pewnością nie sam — powiedział w końcu, a Harry przez chwilę nie dowierzał własnym uszom. I nie tylko on.
— Brian… — zaczął Ed, ale przyjaciel mu przerwał.
— Nie mam zamiaru wysyłać go tam samego. I nie zaraz. Ale inaczej nie dowiemy się, gdzie Voldemort przetrzymuje swoich więźniów. Domysły to za mało.
— Boisz się, że się pomyliłeś co do umiejscowienia siedziby Voldemorta, ale nie boisz się wysłać w nieznane kogoś, na kogo ten poluje? — Inivcto nie wytrzymała. Nawet nie ukrywała, że jest wściekła. — Jesteś głupcem.
— Kate, opanuj się — poprosił przerażony Alex, wiedząc, że nikt nie powinien się tak zwracać do głównodowodzących. Nawet ona.
Harry bił się z myślami. Nie do końca potrafił zrozumieć dziewczynę. Przecież byli dla siebie niemal obcy. Minęło sześć lat od ich ostatniego spotkania. Nie łączyło ich nic ważnego. Dlaczego więc tak bardzo przejmuje się, co ma zrobić? Narastał w nim gniew. Kolejna osoba, która uważa, że nie powinien się narażać. Bo nie da rady. Bo jest za słaby.
— Kate — rzucił nagle ostro, a ona w końcu zwróciła na niego uwagę. — I tak tam pójdę. Nikt więcej nie będzie cierpiał, bo Voldemort chce dopaść mnie. Może i wydaje ci się, że jestem do niczego, ale to i tak nie ma znaczenia. Wystarczająco dużo osób poświęciło za mnie życie. On nie będzie następny — zakończył z naciskiem.
— Wojna niesie za sobą ofiary. — Nie powiedziała tego. Nie mógł w to uwierzyć. Musiał mieć to wypisane na twarzy, bo szybko dodała — Róbcie, co chcecie. Mam nadzieję, że wiesz, co robisz — rzuciła w stronę ojca chrzestnego. Potem skierowała się do wyjścia.
Alex był rozdarty. Nie powinien bez pozwolenia opuszczać pomieszczenia, ale nie mógł zostawić przyjaciółki samej. Dużo mogła teraz zrobić. Brian jakby czytał mu w myślach, bo skinął tylko głową. Nastolatek odetchnął z ulgą, rzucił krótkie, przepraszające spojrzenie Harry’emu i wyszedł za Kate. Przez chwilę nikt nic nie mówił.
— No więc? — chrząknął Ed, patrząc to na Pottera, to na Peera. — Masz jakiś plan?
— Będziemy musieli się włamać — zaczął, ale nie dane mu było dokończyć.
Drzwi zaskrzypiały jeszcze raz, a o podłogę z dużą siłą huknęła brudna i (o ile Harry’ego wzrok nie mylił) zakrwawiona szabla. Upadła prosto przed wysokie, czarne i równie zabrudzone buty. Ciemne włosy opadały kaskadą na ramiona posiadaczki obuwia, a twarz ozdabiał szeroki uśmiech.
— Ktoś powiedział „włamać się”? — W brązowych oczach błysnęło zadowolenie.
— Czyli wróciła — mruknął Washer. — Merlinie, teraz dopiero będzie się działo.
Nie mylił się.

***

Dominique, określana przez wielu mianem zimnej suki (nie bez powodu) nad życie uwielbiała wszystko, co tylko podchodziło pod nielegalne. Może to ze względu na jej pochodzenie i wczesne lata młodości, a może po prostu taka już była. Włamanie do Malfoy Manor całkowicie zaliczało się do tej kategorii. No i dodatkowo będzie mogła sobie poużywać na Śmierciożercach (byle ich nie pozabijać, bo to nie spotkałoby się z entuzjazmem Briana). Jako jedyna niemal z radością przyklasnęła pomysłowi Peera. Ed omal nie wywrócił oczu na drugą stronę.
— Proste jak drut — stwierdziła tylko, a Harry (przez przypadek dopuszczony do dość zaskakującego zebrania) obserwował ją niemal z otwartymi ustami.
— Powtórz, co masz zrobić — poprosił Brian, a chłopak doszukał się w jego głosie wahania. Nie był pewien czemu.
— Pozwolić Potterowi działać przez pierwsze pięć minut, w międzyczasie zająć się odbiciem więźnia, zab… — chrząknęła, a Ed po raz trzydziesty piąty (Harry liczył) przewrócił oczami. — Zranić jak najwięcej Śmierciożerców, zabrać Pottera i przenieść się do jednego z punktów teleportacyjnych. Czy może być coś prostszego?
— Jest wiele prostszych rzeczy — zauważył ironicznie Ed. — Na przykład można wyglądać normalnie, a nie jakby dopiero wróciło się z rzezi niewiniątek.
— Biorąc pod uwagę, że właśnie wróciłam z rzezi, co prawda nie niewiniątek, to staje się to ciut skomplikowane — rzuciła, słodko się uśmiechając. — Powiedz mi lepiej, dlaczego nie można tak łatwo przestać zachowywać się jak piętnastolatek z zaburzonym ego i manią modelowania swoich włosów?
— Doceniam wasz poczucie humoru w tych czasach, naprawdę, ale może trochę później. — Brian wyglądał na zrezygnowanego. Stukał długopisem o biurko, cały czas uważnie analizując mapy.
Harry obserwował całą trójkę. Mimo przytłaczającej myśli, że gdzieś tam Remus cierpi przez niego, nie mógł nie zainteresować się tą dość oryginalną drużyną. Na pierwszy rzut oka Brian wydawał się być ich dowódcą. Teraz jednak nie był tego taki pewien. Nie odnosił się do pozostałych z wyższością, łączyły ich przyjacielskie relacje (a przynajmniej tak sądził), a jednak chyba miał tutaj najwięcej do powiedzenia. Washer go niepokoił. Cały czas rzucał mu badawcze spojrzenia, a Harry tego nie lubił. Dodatkowo, nie wyglądał na przejętego całą sytuacją.
Najbardziej intrygowała go czarownica. Wyglądała młodo (porównując ją do dwóch mężczyzn, nawet za bardzo), ale nie wyglądała na speszoną z tego powodu. Nie miał zielonego pojęcia skąd wróciła, ale prezentowała się… niecodziennie. Teraz był już pewien, że na koszulce i na maczecie (którą ku jego uldze odłożyła w kąt) była krew. Czyja? Chyba nie chciał tego wiedzieć.
— W jaki sposób Potter ma dostać się do Malfoy Manor? — zapytała, a on otrząsnął się z rozmyślań. Znowu o nim mówili.
— Voldemort nie podał ci żadnych wskazówek?
Harry nie mógł odpowiedzieć na to pytanie. Nie wiedział, gdzie ma iść. Wiedział tylko, że jeśli się nie stawi, może stać się coś bardzo złego.
— Jesteś pewien, że dobrze zinterpretowałeś tę wizję? — rzucił jakby od niechcenia Ed, ale chłopak nie mógł nie zauważyć przytyku. Nie tylko on go dostrzegł.
— Co masz na myśli? — Dominique wbiła w niego oczekujące spojrzenie. Peer ignorował całą rozmowę, cały czas skupiony na swoich planach.
— Nie wiemy, co dokładnie planuje Riddle — zauważył Washer, upijając łyk kawy.  — Sugeruję tylko, że…
— Mogę się mylić? — przerwał mu Harry. Brian natychmiast stracił zainteresowanie planami. Cała trójka przeniosła na niego wzrok. Ale Potter już nie zwracał na to uwagi. — Może i wydaje się wam, że Voldemort chce mnie znowu wykiwać. Ale tym razem tak nie jest. Dlaczego? Bo dobrze wie, że na drugą sztuczkę się nie nabiorę. Tym razem nie kłamie. A nawet jeśli, to nie mam zamiaru ryzykować, że tak nie jest. I dostanę się tam, z waszą pomocą, czy bez niej — zakończył zdecydowanie.
Ed uniósł brwi, Brian nie był pewien, co ma powiedzieć.
— Lubię tego chłopaka — wypaliła Dominique i uśmiechnęła się szeroko. Harry to zignorował.
— Co mam robić? — zapytał gotowy do działania.
Peer ochłonął już po jego przemowie i chrząknął, chcąc zwrócić na siebie uwagę.
— Przeniesiesz się na Privet Drive. Voldemort nie może wiedzieć, że jesteś teraz w innym miejscu. Tam spróbujesz go przyzwać. Musisz coś wymyślić — wyjaśnił szybko, widząc, że Harry chce zadać pytanie. — Dominique będzie cię ubezpieczać. Dzięki zaklęciu będzie wiedziała, gdzie cię zabiorą. Przez kilka minut będziesz improwizował. W tym czasie, ona zajmie się odbiciem Lupina, próbując narobić przy tym jak najmniej zamieszania.
— To może być trudne, bo nie zamierzam rzucać Drętwotami — wtrąciła z ironicznym uśmieszkiem. Na widok miny Peera, uniosła w obronnym geście ręce. — Okay, postaram się, spokojnie.
— Potem wróci, pomoże ci się wykręcić…
— Chyba, że będzie już martwy — mruknął Ed.
— …i wrócicie tutaj — zakończył głośno, wysyłając przyjacielowi ostrzegawcze spojrzenie. Ten jednak cały czas z powątpiewaniem przyglądał się nastoletniemu czarodziejowi.
Plan miał wiele niedociągnięć, a Harry nawet nie chciał ich wymieniać. Sam fakt, że miał iść tam w towarzystwie tylko jednej osoby, której nie mógł jeszcze zaufać, przerażał go. A jednak i tak był to lepszy pomysł niż stawić się tam samemu. Mimo to, tyle rzeczy mogło pójść nie tak.
Podniósł głowę. Jego przyszłość nie wygląda kolorowo. Dlaczego więc ma teraz nie zaryzykować. 
— Zrobię to.
Zaczęli ostatnie przygotowania.
— A tak właściwie, to gdzieś ty była? — wypalił niespodziewanie Brian.
Forti wzruszyła ramionami.
— Odwiedziłam Koldovstoretz, pogadałam z Dymitrem i przelotem zahaczyłam o Kazachstan. A co?
Miny obu mężczyzn były bezcenne.
— Byłaś w Rosji? Po jaką cholerę? — jęknął starszy.
— A kto by nie chciał spędzić uroczego urlopu w Rosji? Proszę cię, spędziłeś kiedyś noc z…
— Skończ — przerwał jej i pokręcił tylko głową. — Nawet jeśli, nigdy bym ci nie powiedział.
Tylko się zaśmiała. Harry natomiast zastanawiał się, w co się wplątał.

***

Dumbledore zachował spokój, co było dużym wyczynem, biorąc pod uwagę wrzawę, jaka wybuchła po jego ogłoszeniu. Tak, Remus Lupin został porwany. Oczywiście, Albus podejrzewał to już od kilku dni, ponieważ mężczyzna nie przesłał standardowego raportu, jednak teraz nie miał już żadnych złudzeń. Severus jako jedyny z Zakonu zachował spokój i obserwował dyrektora. To on przyniósł nieprzyjemne wieści.
— Albusie, musimy coś zrobić! — Minerwa podniosła głos, który wybił się ponad pozostałe. Wyglądała na zdecydowaną, choć zaniepokojoną. Reszta ją poparła. — Remus jest w niebezpieczeństwie, nie możemy pozwolić…
— Zdaję sobie z tego sprawę, Minerwo — przerwał jej łagodnie, a pozostali ucichli. — Jednak wydostanie Remusa z siedziby Voldemorta nie należy do najłatwiejszych zadań. Posiadłość jest dobrze strzeżona, Severus sprawdzał wiele możliwości i każda niesie ze sobą ogromne ryzyko.
— A więc mamy pozwolić mu zginąć? — zapytała roztrzęsiona Tonks. Siedziała spięta, jej twarz była blada, nawet czerwone włosy poszarzały. — Nie takie wartości wyznaje Zakon.
— Musimy opracować dokładny plan — wtrącił się do dyskusji Kingsley. — Strata kolejnych czarodziejów jest niewskazana, trzeba to wziąć pod uwagę.
— Kolejna strata? — przerwała mu z niedowierzaniem Tonks, a jej policzki zaczerwieniły się z wściekłości. — Nikt jeszcze nie zginął! Cały czas jest nadzieja!
Rozejrzała się po całej sali. Niektórzy spuścili wzrok, inni wyglądali na nieprzekonanych. Czarownica nie mogła tego zrozumieć. Przecież byli organizacją, powinni walczyć o każdego członka. Remus wiele dla nich poświęcił, nawet swoją wcześniejszą obietnicę, że nie będzie utrzymywał kontaktu z wilkołakami. A teraz po prostu chcą go zostawić na pewną śmierć?
— Zrobimy wszystko, co w naszej mocy — odezwał się Dumbledore. Następnie zwrócił się do mężczyzny siedzącego po jego prawej stronie. — Severusie, informuj nas na bieżąco i spróbuj w jakiś sposób ulżyć Remusowi w cierpieniach. — Snape skinął głową, choć w jego oczach błysnęło niezadowolenie.
Przeszli do innych spraw. Temat Remusa nadal ich zajmował, jednak wraz z ostatnim rozkazem Dumbledore’a troska o niego jakby się zmniejszyła. Tonks obserwowała to tylko z rosnącą złością. Najchętniej sama wyrwałaby się z tego zebrania i spróbowała uwolnić przyjaciela. Nie wiedziała jednak, gdzie się znajduje. Nawet tak istotną informację Dumbledore zostawił dla siebie. Z pewnością nie chciał, aby ktokolwiek zadziałał na własną rękę.
Młoda metamorfomag zacisnęła usta, żeby nie rzucić jakieś ostrej uwagi. Postępowanie Zakonu zaczynało ją bardzo denerwować. Nie tego się spodziewała, kiedy dołączała przed rokiem do organizacji. Jako auror wykazywała chęć działania i to natychmiastowego. A Albus jej to utrudniał.
Co jednak może zrobić? Musi czekać na decyzję pozostałych, nawet jeśli tak będzie śmiertelną w skutkach dla Remusa. Powstrzymała kolejny jęk rozpaczy i ukryła twarz w dłoniach. Trzymaj się, Remusie. Jeszcze przez jakiś czas.

***

Fletcher. Naprawdę zaczynał mieć poważne wątpliwości, co do Zakonu. Ile jeszcze szans dadzą temu pijakowi? Towarzysząca mu Dominique zacisnęła usta na jego widok i wymruczała kilka nieprzychylnych słów na jego temat. Zaskarbiła tym sobie sympatię Pottera. Zresztą, od samego początku zrobiła na nim dobre wrażenie. Pomijając fakt, że niemal od razu pojawiła się zalana krwią, z ewidentnymi skłonnościami do przemocy.
Brian wyczarował im świstoklik, choć Harry dobrze wiedział, że to nielegalne. Wylądowali kilka przecznic od Privet Drive, żeby zmniejszyć ryzyko spotkania kogoś z Zakonu. W towarzystwie nieznajomej kobiety, pojawiając się na środku ulicy, kiedy myśleli, że jest w domu, nie było najlepszym pomysłem. Co prawda zastanawiał się, dlaczego nie mogli się zwyczajnie teleportować, nie zapytał jednak na głos.
Próbował zachowywać się tak, jakby właśnie wrócił z jakiegoś spaceru. Było to dość naciągnięte, skoro zegar niedawno wybił trzecią nad ranem. Miał nadzieję, że Voldemort nie będzie drążył. Czując na sobie wzrok Patronuski, skupił się jak tylko mógł. Nigdy wcześniej tego nie robił. Co dokładnie chciał osiągnąć? Spróbował nawiązać połączenie z Tomem. Wiedział, że gdzieś tam jest. Przypomniał sobie lekcje ze Snapem, zacisnął powieki i zagłębił się w poszukiwaniach. Gdy tylko znalazł coś, co uważał za obce, postanowił spróbować.
Czekam.
Z legilimencją nie miał dobrych wspomnień i ani przez chwilę nie wierzył, że jest w stanie przesłać wiadomość na odległość. Ufał, że umysłowe połączenie mu pomoże.
Po kilku minutach stracił nadzieję. Już miał się odwracać, gdy usłyszał dobrze znany dźwięk. Instynktownie wyciągnął różdżkę i wycelował nią w Śmierciożercę. Nie znał go.
— No proszę, proszę — wycedził brodacz, a reszta zarechotała. Harry szybko im się przyjrzał. Nikt z Wewnętrznego Kręgu, który miał okazję poznać rok temu. — A byliśmy pewni, że nie jesteś na tyle głupi.
— Voldemort nie zaszczyci mnie swoją obecnością? — zapytał, próbując opanować bijące serce. Co innego walczyć z wrogiem, a co innego tak po prostu mu się oddawać.
— Jak śmiesz… — zaczął jeden z nich, ale brodacz mu przerwał.
— Czeka na ciebie. Nie sądzę, by różdżka była ci już potrzebna — rzucił ironicznie i przygotował się do rzucenia zaklęcia rozbrajającego. Harry uniósł rękę bez różdżki.
— Zostawię ją tutaj — oznajmił i wypuścił broń z dłoni. Kopnął ją, aby przeturlała się jak najdalej. Gdy obmyślali plany, szybko uzgodnili, że nie mogą dopuścić, by jego różdżka wpadła w ich ręce. Harry też tego nie chciał.
Śmierciożerca przyjrzał mu się podejrzliwie. Potter spróbował wytrzymać to spojrzenie. Był bezbronny. Teraz nie było już odwrotu. Nie mógł jednak zrezygnować ze swojej postawy. Nawet nie zdawał sobie sprawy jak wygląda. Zdecydowanie dużo mu brakowało do przestraszonego nastolatka, który idzie na spotkanie z niebezpiecznym czarnoksiężnikiem. Nawet bez różdżki nie budził litości. I to zdekoncentrowało Śmierciożerców. Co ten chłopak knuje?
— Na co czekacie? — zapytał, a oni drgnęli. Niektórzy wymienili zaskoczone spojrzenia.
W końcu ten, z którym Harry rozmawiał, ruszył do przodu. Pozostali unieśli wyżej różdżki.
Tak jakby mógł im coś zrobić, skoro jego własna leżała w krawężniku.
Był na wyciągnięcie ręki. A jednak mężczyzna się zawahał. Ten nastolatek był zmorą samego Czarnego Pana. Może Lestrange i Malfoy twierdzili, że jest nieszkodliwym gówniarzem, ale obawiał się go. Czy nie powinien być choć trochę przerażony?  

W końcu podjął decyzję. Chwycił chłopaka za ramię. Ostatnie, co Potter zauważył, to Petunię Dursley stojącą w oknie. Później zapadła ciemność.

_________________________________________________________________________________________________________

Hej! Kolejny rozdział za nami, a akcja powoli nabiera tempa. Zaznaczam, że wszystko, co dzieje się przed Hogwartem, jest pewnego rodzaju wprowadzeniem, co prawda troszkę przydługim, ale wszystkie główne wątki będą najbardziej rozwinięte dopiero później. 

To nie koniec informacji. Postanowiłam opublikować pierwszy dodatek do opowiadania. Takiego rodzaju bonusy będę pojawiały się pomiędzy rozdziałami, a znaleźć je będziecie mogli w zakładce "Dodatki". Pierwszy już za tydzień.

Jak zawsze dziękuję za komentarze oraz za zbetowanie tekstu przez Noelię Cotto

 submission dean winchester unf he does things to me seducifer GIF
 klaus mikaelson GIF
 the originals phoebe tonkin hayley GIF