23.09.2017

Rozdział 4

To nie twoja wina


Drzwi do pokoju otworzyły się gwałtownie, wpuszczając do środka światło, które oślepiło Harry’ego. Ledwo do niego docierało, co się dzieje. Głowa pękała mu z bólu, a blizna sprawiała wrażenie żywej. Uczucie było tak okropne, że nie mógł się powstrzymać. Zwymiotował na samym środku pokoju. Usłyszał czyjś jęk i przekleństwo, gdy poczuł uderzenie prosto w twarz.
— Harry, spójrz na mnie. — Z trudem zrozumiał znaczenie tych słów. Powieki sprawiały wrażenie tak ciężkich, że samo ich uniesienie mogło kosztować go utratę przytomności. Jednak stanowczy głos i piekący policzek trochę otrzeźwiły jego umysł.
Wkładając w to ogromny wysiłek, otworzył oczy i niemal od razu ponownie je zamknął. Zdążył jeszcze napotkać zaniepokojone spojrzenie szarych tęczówek. Ból. Przejmujące cierpienie. Krzyki w głowie.
— Alex, po Briana — usłyszał i wzdrygnął się, odbierając głos o wiele mocniej niż normalnie. — Pospiesz się!
Trzask. Kroki. Po chwili upragniona cisza. Czuł, że odpływa. Ktoś ponownie potrząsnął nim gwałtownie i przytrzymał w pozycji siedzącej. Nagle coś zimnego zalało jego twarz. Gwałtownie otworzył oczy i potrząsnął głową. Próbował całkowicie skupić się na pokoju, w którym się znajdował. Znowu ból. W tej chwili chciał tylko, żeby wszystko się skończyło.
— Skup się, Potter. — Podążył za głosem i ponownie patrzył prosto w znajomą twarz. Kate. — Wyrzuć go.
Blizna ponownie zapłonęła, a on syknął z bólu. Tym razem podziałało to na niego motywująco. Skupił całą uwagę na sylwetce blondynki i próbował uspokoić oddech. Zacisnął powieki, ale to nie pomogło w żadnym stopniu. Nie pomagała myśl, że gdyby uczył się oklumencji, nigdy by do tego nie doszło. I to nie tylko do tej jednej sytuacji. Wystarczyło tylko lepiej przykładać się do nauki, a teraz nie musiałby zwijać sie z bólu. W obcym miejscu, przy ludziach, którzy nie powinni przy pierwszym spotkaniu poznać jego słabości. Szlag by to trafił.
Nagle ból zaczął słabnąć. Nie wiedział, czy to za sprawą złości skierowanej w stronę samego siebie, czy to Voldemort odpuścił. Tętno wracało do normy, a on mógł otworzyć oczy, nie bojąc się oślepienia światłem. Spróbował się podnieść. Nawet nie miał pojęcia, jakim sposobem znalazł się na podłodze. Z trudem usiadł na łóżku, podtrzymywany przez Kate. Chyba nie chciał wiedzieć, jakim cudem się tu znalazła. Chociaż wywnioskowanie tego nie było takie trudne. Jego zachowanie kilkadziesiąt minut temu (może nawet godzin, stracił poczucie czasu) dawało do myślenia, a czarownica nie należała do głupich.
Gdy tylko koszmarne objawy obecności Voldemorta w jego umyśle ustąpiły, dotarło do niego, co chciał mu przekazać Riddle. Tortury. Na początku spodziewał się zobaczyć nieznaną twarz, nie pierwszy raz miał być świadkiem czyjejś kary, ale tym razem... To nie była kara. Remus. Choć z trudem utrzymywał się choćby w pozycji siedzącej, poderwał się z łóżka. Natychmiast został usadzony z powrotem. Powstrzymał jęk, po części spowodowany wracającymi zawrotami głowami, a trochę złością.
— Oszalałeś? — warknęła dziewczyna. Teraz, gdy największe zagrożenie minęło, poczuła się o wiele swobodniej.
— On ma profesora Lupina. — Dźwięk pośredni między warknięciem, a jękiem. Przez chwilę poczuł, jak czarownica zamiera z bezruchu, by po chwili wrócić do poprzedniej pozycji.
— Chcesz powiedzieć, że podesłał ci taką wizję? — zapytała powoli. Wbił w nią groźne spojrzenie.
Och, no prawie by zapomniał. Już nawet nie dziwił się, że o nich wie. Najwidoczniej naprawdę go obserwowali. Nie o to mu jednak chodziło. Podważyła wiarygodność tej wizji. Właściwie mogła mieć rację, tylko że… Nie, tym razem to nie było to. Po prostu to wiedział.
— To nie była wizja. On naprawdę go ma — powiedział bardziej agresywnie niż zamierzał. Chciał wstać, ale zagrodziła mu drogę. — Przepuść mnie.
— I co chcesz zrobić? — spytała, nie ruszając się nawet o milimetr. — Wparować tam sam i poświęcić nie tylko jego, ale i siebie? Tak po prostu przystać na jego propozycję?
Obserwowała, jak próbuje nie wybuchnąć. Oczy ciskały błyskawice, wszystkie jego mięśnie napięły się, gotowe do ataku. Mimo że jeszcze przed chwilą ledwo utrzymywał przytomność, teraz uparcie stawał do walki. Słownej, ale i tak była to postawa godna wojownika.
— A żebyś wiedziała! — warknął i już miał zamiar odsunąć ją siłą, gdy drzwi ponownie się otworzyły i do pokoju wkroczyli Brian i Alex.
Alex trzymał się zdecydowanie na uboczu, natomiast Brian szybko do nich podszedł. Choć sytuacja nie prezentowała się różowo, z jego twarzy nie można było wyczytać żadnych emocji. Jak nocną porę wyglądał na całkowicie rozbudzonego. Miał na sobie te same szaty, co podczas ich rozmowy. Jego dzień się jeszcze nie zakończył i Harry zaczął się zastanawiać, czy mężczyzna w ogóle zamierzał pójść spać.
— Co się dzieje, Potter? — Stanowczy głos jakim zadał to pytanie, uspokoił Harry’ego. Choć wnętrzności nadal pochodziły mu do gardła, a obraz Remusa nie chciał wyjść z głowy, skupił się na odpowiedzi.
— Voldemort ma Remusa Lupina.
Szybki, ledwo zauważalny skurcz przeszedł przez twarz mężczyzny. A może tylko mu się wydawało.
— Jesteś pewien?
Harry rzucił mu pełne wymowy spojrzenie. Peer kiwnął tylko głową.
— Chodźcie za mną — polecił stanowczo. Harry wstał, a razem z nim podniosła się Kate. — Courage, ty też. — Alex lekko rozszerzył oczy, ale dołączył do pozostałych.
Nie miał zielonego pojęcia, gdzie idą i po co. Jedyne co miał teraz w głowie, to widok Lunatyka. Zakrwawionego, po torturach w towarzystwie Lestrange. To chyba najbardziej go dobiło. Samo wspomnienie sprawiło, że serce ponownie przyspieszyło. Wszystko tak bardzo przypominało mu sytuację, gdy pana Weasleya zaatakowała Nagini. I Syriusz... Tylko, że wtedy to wszystko było kłamstwem.
Był pewien, że tym razem Voldemort go nie oszukał. Intuicja podpowiadała mu to od samego początku. I chociaż już go raz zawiodła, zaufał jej. Z jednej strony miał ochotę na siebie nakrzyczeć. Jak mógł jeszcze wierzyć w to, co podsyła mu Riddle? Dlaczego popełnia te same błędy, co wcześniej? Nie mógł jednak nie zauważyć jednej rzeczy: Czarny Pan bardzo dawno nie używał połączenia. Przestraszył się go. Dlaczego więc teraz to zrobił? Nie ryzykowałby kolejnego ciosu, jak w Ministerstwie tylko po to, by zwabić go w pułapkę. Mógł poczekać. Zastanowić się, obmyślić plan. Nie korzystać z tej samej strategii co wcześniej. To nie w jego stylu. Natomiast szantaż o życie drugiego człowieka był bardzo w jego stylu.
Zimne i puste korytarze skończyły się i stanęli w ślepym zaułku. Tak przynajmniej stwierdził na pierwszy rzut oka. Przecież nie prowadzono by ich w puste miejsce. Brian podszedł bliżej i bez wahania sięgnął do cegły na poziomie ramienia. Nacisnął ją lekko, a na jej miejscu pojawiła się mała, żelazna tabliczka. Z klawiaturą. Harry zamrugał kilka razy. Technologia w czarodziejskim zamku? Rozejrzał się w koło, czy aby nie ma zwidów i pozostali również to widzą. Kate wyglądała na nieprzejętą, natomiast Alex lekko otworzył usta. Po chwili Harry dowiedział się dlaczego.
— Czy to jest... wasza tajna siedziba? — wyjąkał, zwracając na siebie uwagę mężczyzny.
— Owszem — odpowiedział tylko, wpisując szybko kod. Odsunął się do tyłu i razem z trójką młodych czarodziejów obserwował, jak pojawiają się dość wysokie drzwi, wyglądające na stare. — Tylko tutaj możemy zachować całkowite bezpieczeństwo.
Mimo bólu głowy Harry nie mógł się nie zorientować, że właśnie znalazł się w miejscu, które nie było przeznaczone dla uczniów tej… szkoły. Domyślił się tego choćby po reakcji Alexa. Świetnie, jak zawsze wszędzie musi pakować się w kłopoty i odkrywać to, co nie jest dla niego.
Kate pierwsza podążyła za Brianem, a po chwili Alex i Harry ruszyli za nią. Komnata, w której się znaleźli, robiła wrażenie. Kilka złączonych ze sobą stołów po środku, biblioteczka na całą ścianę, zawalona tyloma pozycjami, że sprawiała wrażenie niestabilnej. Kilka mniej rzucających się w oczy szczegółów, które nadawały niepowtarzalny charakter temu miejscu. Pewnie rozglądaliby się dalej, gdyby nie huk odkładanego z dużą siłą kubka. Kate, Harry i Alex podskoczyli i dopiero teraz zauważyli, że nie byli w komnacie sami. Starszy, przystojny mężczyzna przyglądał im się z irytacją, zaskoczeniem i przyganą jednocześnie. Potem wbił wyczekujące spojrzenie w Peera.
— Co oni tu robią, do cholery? — warknął, próbując jednocześnie zapobiec powstaniu plamy na spodniach w miejscu wylanej kawy. —To nasza baza i nikt z młodych nie powi…
— Voldemort o sobie przypomina — przerwał mu w pół słowa przyjaciel, jednocześnie podchodząc do jednego z biurek zawalonych papierami. 
Potter skorzystał z okazji i ponownie zlustrował salę. Z jakiegoś powodu przypomniała mu się legenda o „Królu Arturze i Rycerzach Okrągłego Stołu”. Potrząsnął lekko głową. Skąd mu to przyszło na myśl? Kontakt z mugolskimi mitami urwał mu się przed pierwszym rokiem w Hogwarcie, a potem nie miał ochoty do nich wracać. Z resztą, jak do wszystkiego, czego nauczył się w szkole.
— Czyżby przysłał ci paczkę? — zadrwił, ale potem spoważniał, zatrzymując wzrok na Harrym. — Em… legilimencja?
— Już nie — mruknął Harry, a Alex zerknął na niego z powątpiewaniem. Teraz Potter odzyskał trzeźwość umysłu i zaczął analizować treść tego, co przekazał mu Riddle. — On chce…
— Ruszyć twoją jakże gryfońską chęć poświęcenia i zwabić cię do siebie — dokończyła Kate, a reszta przeniosła na nią wzrok.
Na pewno się nie myliła. Owszem, Voldemort taki miał właśnie cel, ale czy to ma znaczenie? Teraz, kiedy życie jedynego żyjącego i wiernego Huncwota leżało w jego rękach?
— Ma Remusa — zauważył cicho. — I nie mam gryfońskiej chęci…
— Och, doprawdy? — zmrużyła oczy. — Czyli wcale nie chciałeś po prostu do niego iść?
Przez chwilę nikt nic nie mówił. Słyszalne było tylko szelest kartek. Harry i Kate mierzyli się wzrokiem. Tak bardzo chciał zaprzeczyć. Ale nie potrafił. Bo to była prawda. I już sam nie był pewien, czy naprawdę tak bardzo gryfońska. Harry nigdy nie wybaczyłby sobie, że Remusowi stało się coś przez niego. Nie mógłby z tym żyć, więc czy to była taka altruistyczna decyzja? A może po prostu nie był gotowy wziąć na swoje barki kolejnej śmierci? Był po części egoistą. Nie chciał, nie wytrzymałby świadomości, że następny człowiek oddał za niego życie.
— Ostatnio widziano Voldemorta w Malfoy Manor — oznajmił Brian, przerywając napiętą ciszę. Ed zajrzał mu przez ramię, a dwójka mierzących się wzrokiem nastolatków podeszła bliżej. Alex, najwidoczniej czując się dość nieswojo w tym otoczeniu, został w tym samym miejscu. — O ile mnie pamięć nie myli, mają lochy pod swoją posiadłością.
— O ile mnie pamięć nie myli? — parsknął Ed. — Przepraszam bardzo, ale czy ty tam byłeś? — Brian odwrócił się w jego stronę i już otwierał usta, by coś powiedzieć. — Wolę nie wiedzieć — westchnął Washer.
— Uważasz, że tam właśnie jest teraz? — zapytała Kate, również przyglądając się mapie położonej na stole. Nie czuła się skrępowana obecnością dwóch ważniejszych przedstawicieli Patronusów. Co innego jej towarzysze, a szczególnie Alex, który dobrze znał pozycję Washera i Peera. Harry jeszcze nie był tego do końca świadom.
— Najprawdopodobniej. — Peer odwrócił wzrok od mapy i skupił uwagę na Harrym. — Co dokładnie powiedział Voldemort?
— Że mam się zjawić, inaczej go zabije — odpowiedział nerwowo. — Powinienem…
— Och, na pewno tam nie pójdziesz — odezwała się od razu Kate, a Harry powstrzymał się od komentarza.
Zaczęło go to irytować. Jeszcze rano nie zajmowała jego myśli. Po czym kilka godzin później wparowała prosto w jego życie bez zaproszenia, niszcząc jego wyobrażenie o przeszłości i z pewnością zmieniając też przyszłość. Może i próbował ją tolerować, ale nie życzył sobie, żeby udawała jego przyjaciółkę. Nie była nią. Nie teraz.
— Brian, pierwszy raz zgadzam się z twoją chrześniaczką — rzucił Ed, a dziewczyna obdarzyła go niechętnym spojrzeniem.
Ten jednak milczał. Harry czuł się, jakby go oceniał. Nie wyglądał na zdecydowanego. Dużo mógł wyczytać z oczu młodego czarodzieja. Desperację. Strach, że ktoś straci przez niego życie. On sam próbował zachować całkowity spokój, ale twarz Remusa Lupina na dobre zagościła mu przed oczami. Przecież go pamiętał. Choć minęło tyle lat od ich ostatniego spotkania, znał tego człowieka.
— Z pewnością nie sam — powiedział w końcu, a Harry przez chwilę nie dowierzał własnym uszom. I nie tylko on.
— Brian… — zaczął Ed, ale przyjaciel mu przerwał.
— Nie mam zamiaru wysyłać go tam samego. I nie zaraz. Ale inaczej nie dowiemy się, gdzie Voldemort przetrzymuje swoich więźniów. Domysły to za mało.
— Boisz się, że się pomyliłeś co do umiejscowienia siedziby Voldemorta, ale nie boisz się wysłać w nieznane kogoś, na kogo ten poluje? — Inivcto nie wytrzymała. Nawet nie ukrywała, że jest wściekła. — Jesteś głupcem.
— Kate, opanuj się — poprosił przerażony Alex, wiedząc, że nikt nie powinien się tak zwracać do głównodowodzących. Nawet ona.
Harry bił się z myślami. Nie do końca potrafił zrozumieć dziewczynę. Przecież byli dla siebie niemal obcy. Minęło sześć lat od ich ostatniego spotkania. Nie łączyło ich nic ważnego. Dlaczego więc tak bardzo przejmuje się, co ma zrobić? Narastał w nim gniew. Kolejna osoba, która uważa, że nie powinien się narażać. Bo nie da rady. Bo jest za słaby.
— Kate — rzucił nagle ostro, a ona w końcu zwróciła na niego uwagę. — I tak tam pójdę. Nikt więcej nie będzie cierpiał, bo Voldemort chce dopaść mnie. Może i wydaje ci się, że jestem do niczego, ale to i tak nie ma znaczenia. Wystarczająco dużo osób poświęciło za mnie życie. On nie będzie następny — zakończył z naciskiem.
— Wojna niesie za sobą ofiary. — Nie powiedziała tego. Nie mógł w to uwierzyć. Musiał mieć to wypisane na twarzy, bo szybko dodała — Róbcie, co chcecie. Mam nadzieję, że wiesz, co robisz — rzuciła w stronę ojca chrzestnego. Potem skierowała się do wyjścia.
Alex był rozdarty. Nie powinien bez pozwolenia opuszczać pomieszczenia, ale nie mógł zostawić przyjaciółki samej. Dużo mogła teraz zrobić. Brian jakby czytał mu w myślach, bo skinął tylko głową. Nastolatek odetchnął z ulgą, rzucił krótkie, przepraszające spojrzenie Harry’emu i wyszedł za Kate. Przez chwilę nikt nic nie mówił.
— No więc? — chrząknął Ed, patrząc to na Pottera, to na Peera. — Masz jakiś plan?
— Będziemy musieli się włamać — zaczął, ale nie dane mu było dokończyć.
Drzwi zaskrzypiały jeszcze raz, a o podłogę z dużą siłą huknęła brudna i (o ile Harry’ego wzrok nie mylił) zakrwawiona szabla. Upadła prosto przed wysokie, czarne i równie zabrudzone buty. Ciemne włosy opadały kaskadą na ramiona posiadaczki obuwia, a twarz ozdabiał szeroki uśmiech.
— Ktoś powiedział „włamać się”? — W brązowych oczach błysnęło zadowolenie.
— Czyli wróciła — mruknął Washer. — Merlinie, teraz dopiero będzie się działo.
Nie mylił się.

***

Dominique, określana przez wielu mianem zimnej suki (nie bez powodu) nad życie uwielbiała wszystko, co tylko podchodziło pod nielegalne. Może to ze względu na jej pochodzenie i wczesne lata młodości, a może po prostu taka już była. Włamanie do Malfoy Manor całkowicie zaliczało się do tej kategorii. No i dodatkowo będzie mogła sobie poużywać na Śmierciożercach (byle ich nie pozabijać, bo to nie spotkałoby się z entuzjazmem Briana). Jako jedyna niemal z radością przyklasnęła pomysłowi Peera. Ed omal nie wywrócił oczu na drugą stronę.
— Proste jak drut — stwierdziła tylko, a Harry (przez przypadek dopuszczony do dość zaskakującego zebrania) obserwował ją niemal z otwartymi ustami.
— Powtórz, co masz zrobić — poprosił Brian, a chłopak doszukał się w jego głosie wahania. Nie był pewien czemu.
— Pozwolić Potterowi działać przez pierwsze pięć minut, w międzyczasie zająć się odbiciem więźnia, zab… — chrząknęła, a Ed po raz trzydziesty piąty (Harry liczył) przewrócił oczami. — Zranić jak najwięcej Śmierciożerców, zabrać Pottera i przenieść się do jednego z punktów teleportacyjnych. Czy może być coś prostszego?
— Jest wiele prostszych rzeczy — zauważył ironicznie Ed. — Na przykład można wyglądać normalnie, a nie jakby dopiero wróciło się z rzezi niewiniątek.
— Biorąc pod uwagę, że właśnie wróciłam z rzezi, co prawda nie niewiniątek, to staje się to ciut skomplikowane — rzuciła, słodko się uśmiechając. — Powiedz mi lepiej, dlaczego nie można tak łatwo przestać zachowywać się jak piętnastolatek z zaburzonym ego i manią modelowania swoich włosów?
— Doceniam wasz poczucie humoru w tych czasach, naprawdę, ale może trochę później. — Brian wyglądał na zrezygnowanego. Stukał długopisem o biurko, cały czas uważnie analizując mapy.
Harry obserwował całą trójkę. Mimo przytłaczającej myśli, że gdzieś tam Remus cierpi przez niego, nie mógł nie zainteresować się tą dość oryginalną drużyną. Na pierwszy rzut oka Brian wydawał się być ich dowódcą. Teraz jednak nie był tego taki pewien. Nie odnosił się do pozostałych z wyższością, łączyły ich przyjacielskie relacje (a przynajmniej tak sądził), a jednak chyba miał tutaj najwięcej do powiedzenia. Washer go niepokoił. Cały czas rzucał mu badawcze spojrzenia, a Harry tego nie lubił. Dodatkowo, nie wyglądał na przejętego całą sytuacją.
Najbardziej intrygowała go czarownica. Wyglądała młodo (porównując ją do dwóch mężczyzn, nawet za bardzo), ale nie wyglądała na speszoną z tego powodu. Nie miał zielonego pojęcia skąd wróciła, ale prezentowała się… niecodziennie. Teraz był już pewien, że na koszulce i na maczecie (którą ku jego uldze odłożyła w kąt) była krew. Czyja? Chyba nie chciał tego wiedzieć.
— W jaki sposób Potter ma dostać się do Malfoy Manor? — zapytała, a on otrząsnął się z rozmyślań. Znowu o nim mówili.
— Voldemort nie podał ci żadnych wskazówek?
Harry nie mógł odpowiedzieć na to pytanie. Nie wiedział, gdzie ma iść. Wiedział tylko, że jeśli się nie stawi, może stać się coś bardzo złego.
— Jesteś pewien, że dobrze zinterpretowałeś tę wizję? — rzucił jakby od niechcenia Ed, ale chłopak nie mógł nie zauważyć przytyku. Nie tylko on go dostrzegł.
— Co masz na myśli? — Dominique wbiła w niego oczekujące spojrzenie. Peer ignorował całą rozmowę, cały czas skupiony na swoich planach.
— Nie wiemy, co dokładnie planuje Riddle — zauważył Washer, upijając łyk kawy.  — Sugeruję tylko, że…
— Mogę się mylić? — przerwał mu Harry. Brian natychmiast stracił zainteresowanie planami. Cała trójka przeniosła na niego wzrok. Ale Potter już nie zwracał na to uwagi. — Może i wydaje się wam, że Voldemort chce mnie znowu wykiwać. Ale tym razem tak nie jest. Dlaczego? Bo dobrze wie, że na drugą sztuczkę się nie nabiorę. Tym razem nie kłamie. A nawet jeśli, to nie mam zamiaru ryzykować, że tak nie jest. I dostanę się tam, z waszą pomocą, czy bez niej — zakończył zdecydowanie.
Ed uniósł brwi, Brian nie był pewien, co ma powiedzieć.
— Lubię tego chłopaka — wypaliła Dominique i uśmiechnęła się szeroko. Harry to zignorował.
— Co mam robić? — zapytał gotowy do działania.
Peer ochłonął już po jego przemowie i chrząknął, chcąc zwrócić na siebie uwagę.
— Przeniesiesz się na Privet Drive. Voldemort nie może wiedzieć, że jesteś teraz w innym miejscu. Tam spróbujesz go przyzwać. Musisz coś wymyślić — wyjaśnił szybko, widząc, że Harry chce zadać pytanie. — Dominique będzie cię ubezpieczać. Dzięki zaklęciu będzie wiedziała, gdzie cię zabiorą. Przez kilka minut będziesz improwizował. W tym czasie, ona zajmie się odbiciem Lupina, próbując narobić przy tym jak najmniej zamieszania.
— To może być trudne, bo nie zamierzam rzucać Drętwotami — wtrąciła z ironicznym uśmieszkiem. Na widok miny Peera, uniosła w obronnym geście ręce. — Okay, postaram się, spokojnie.
— Potem wróci, pomoże ci się wykręcić…
— Chyba, że będzie już martwy — mruknął Ed.
— …i wrócicie tutaj — zakończył głośno, wysyłając przyjacielowi ostrzegawcze spojrzenie. Ten jednak cały czas z powątpiewaniem przyglądał się nastoletniemu czarodziejowi.
Plan miał wiele niedociągnięć, a Harry nawet nie chciał ich wymieniać. Sam fakt, że miał iść tam w towarzystwie tylko jednej osoby, której nie mógł jeszcze zaufać, przerażał go. A jednak i tak był to lepszy pomysł niż stawić się tam samemu. Mimo to, tyle rzeczy mogło pójść nie tak.
Podniósł głowę. Jego przyszłość nie wygląda kolorowo. Dlaczego więc ma teraz nie zaryzykować. 
— Zrobię to.
Zaczęli ostatnie przygotowania.
— A tak właściwie, to gdzieś ty była? — wypalił niespodziewanie Brian.
Forti wzruszyła ramionami.
— Odwiedziłam Koldovstoretz, pogadałam z Dymitrem i przelotem zahaczyłam o Kazachstan. A co?
Miny obu mężczyzn były bezcenne.
— Byłaś w Rosji? Po jaką cholerę? — jęknął starszy.
— A kto by nie chciał spędzić uroczego urlopu w Rosji? Proszę cię, spędziłeś kiedyś noc z…
— Skończ — przerwał jej i pokręcił tylko głową. — Nawet jeśli, nigdy bym ci nie powiedział.
Tylko się zaśmiała. Harry natomiast zastanawiał się, w co się wplątał.

***

Dumbledore zachował spokój, co było dużym wyczynem, biorąc pod uwagę wrzawę, jaka wybuchła po jego ogłoszeniu. Tak, Remus Lupin został porwany. Oczywiście, Albus podejrzewał to już od kilku dni, ponieważ mężczyzna nie przesłał standardowego raportu, jednak teraz nie miał już żadnych złudzeń. Severus jako jedyny z Zakonu zachował spokój i obserwował dyrektora. To on przyniósł nieprzyjemne wieści.
— Albusie, musimy coś zrobić! — Minerwa podniosła głos, który wybił się ponad pozostałe. Wyglądała na zdecydowaną, choć zaniepokojoną. Reszta ją poparła. — Remus jest w niebezpieczeństwie, nie możemy pozwolić…
— Zdaję sobie z tego sprawę, Minerwo — przerwał jej łagodnie, a pozostali ucichli. — Jednak wydostanie Remusa z siedziby Voldemorta nie należy do najłatwiejszych zadań. Posiadłość jest dobrze strzeżona, Severus sprawdzał wiele możliwości i każda niesie ze sobą ogromne ryzyko.
— A więc mamy pozwolić mu zginąć? — zapytała roztrzęsiona Tonks. Siedziała spięta, jej twarz była blada, nawet czerwone włosy poszarzały. — Nie takie wartości wyznaje Zakon.
— Musimy opracować dokładny plan — wtrącił się do dyskusji Kingsley. — Strata kolejnych czarodziejów jest niewskazana, trzeba to wziąć pod uwagę.
— Kolejna strata? — przerwała mu z niedowierzaniem Tonks, a jej policzki zaczerwieniły się z wściekłości. — Nikt jeszcze nie zginął! Cały czas jest nadzieja!
Rozejrzała się po całej sali. Niektórzy spuścili wzrok, inni wyglądali na nieprzekonanych. Czarownica nie mogła tego zrozumieć. Przecież byli organizacją, powinni walczyć o każdego członka. Remus wiele dla nich poświęcił, nawet swoją wcześniejszą obietnicę, że nie będzie utrzymywał kontaktu z wilkołakami. A teraz po prostu chcą go zostawić na pewną śmierć?
— Zrobimy wszystko, co w naszej mocy — odezwał się Dumbledore. Następnie zwrócił się do mężczyzny siedzącego po jego prawej stronie. — Severusie, informuj nas na bieżąco i spróbuj w jakiś sposób ulżyć Remusowi w cierpieniach. — Snape skinął głową, choć w jego oczach błysnęło niezadowolenie.
Przeszli do innych spraw. Temat Remusa nadal ich zajmował, jednak wraz z ostatnim rozkazem Dumbledore’a troska o niego jakby się zmniejszyła. Tonks obserwowała to tylko z rosnącą złością. Najchętniej sama wyrwałaby się z tego zebrania i spróbowała uwolnić przyjaciela. Nie wiedziała jednak, gdzie się znajduje. Nawet tak istotną informację Dumbledore zostawił dla siebie. Z pewnością nie chciał, aby ktokolwiek zadziałał na własną rękę.
Młoda metamorfomag zacisnęła usta, żeby nie rzucić jakieś ostrej uwagi. Postępowanie Zakonu zaczynało ją bardzo denerwować. Nie tego się spodziewała, kiedy dołączała przed rokiem do organizacji. Jako auror wykazywała chęć działania i to natychmiastowego. A Albus jej to utrudniał.
Co jednak może zrobić? Musi czekać na decyzję pozostałych, nawet jeśli tak będzie śmiertelną w skutkach dla Remusa. Powstrzymała kolejny jęk rozpaczy i ukryła twarz w dłoniach. Trzymaj się, Remusie. Jeszcze przez jakiś czas.

***

Fletcher. Naprawdę zaczynał mieć poważne wątpliwości, co do Zakonu. Ile jeszcze szans dadzą temu pijakowi? Towarzysząca mu Dominique zacisnęła usta na jego widok i wymruczała kilka nieprzychylnych słów na jego temat. Zaskarbiła tym sobie sympatię Pottera. Zresztą, od samego początku zrobiła na nim dobre wrażenie. Pomijając fakt, że niemal od razu pojawiła się zalana krwią, z ewidentnymi skłonnościami do przemocy.
Brian wyczarował im świstoklik, choć Harry dobrze wiedział, że to nielegalne. Wylądowali kilka przecznic od Privet Drive, żeby zmniejszyć ryzyko spotkania kogoś z Zakonu. W towarzystwie nieznajomej kobiety, pojawiając się na środku ulicy, kiedy myśleli, że jest w domu, nie było najlepszym pomysłem. Co prawda zastanawiał się, dlaczego nie mogli się zwyczajnie teleportować, nie zapytał jednak na głos.
Próbował zachowywać się tak, jakby właśnie wrócił z jakiegoś spaceru. Było to dość naciągnięte, skoro zegar niedawno wybił trzecią nad ranem. Miał nadzieję, że Voldemort nie będzie drążył. Czując na sobie wzrok Patronuski, skupił się jak tylko mógł. Nigdy wcześniej tego nie robił. Co dokładnie chciał osiągnąć? Spróbował nawiązać połączenie z Tomem. Wiedział, że gdzieś tam jest. Przypomniał sobie lekcje ze Snapem, zacisnął powieki i zagłębił się w poszukiwaniach. Gdy tylko znalazł coś, co uważał za obce, postanowił spróbować.
Czekam.
Z legilimencją nie miał dobrych wspomnień i ani przez chwilę nie wierzył, że jest w stanie przesłać wiadomość na odległość. Ufał, że umysłowe połączenie mu pomoże.
Po kilku minutach stracił nadzieję. Już miał się odwracać, gdy usłyszał dobrze znany dźwięk. Instynktownie wyciągnął różdżkę i wycelował nią w Śmierciożercę. Nie znał go.
— No proszę, proszę — wycedził brodacz, a reszta zarechotała. Harry szybko im się przyjrzał. Nikt z Wewnętrznego Kręgu, który miał okazję poznać rok temu. — A byliśmy pewni, że nie jesteś na tyle głupi.
— Voldemort nie zaszczyci mnie swoją obecnością? — zapytał, próbując opanować bijące serce. Co innego walczyć z wrogiem, a co innego tak po prostu mu się oddawać.
— Jak śmiesz… — zaczął jeden z nich, ale brodacz mu przerwał.
— Czeka na ciebie. Nie sądzę, by różdżka była ci już potrzebna — rzucił ironicznie i przygotował się do rzucenia zaklęcia rozbrajającego. Harry uniósł rękę bez różdżki.
— Zostawię ją tutaj — oznajmił i wypuścił broń z dłoni. Kopnął ją, aby przeturlała się jak najdalej. Gdy obmyślali plany, szybko uzgodnili, że nie mogą dopuścić, by jego różdżka wpadła w ich ręce. Harry też tego nie chciał.
Śmierciożerca przyjrzał mu się podejrzliwie. Potter spróbował wytrzymać to spojrzenie. Był bezbronny. Teraz nie było już odwrotu. Nie mógł jednak zrezygnować ze swojej postawy. Nawet nie zdawał sobie sprawy jak wygląda. Zdecydowanie dużo mu brakowało do przestraszonego nastolatka, który idzie na spotkanie z niebezpiecznym czarnoksiężnikiem. Nawet bez różdżki nie budził litości. I to zdekoncentrowało Śmierciożerców. Co ten chłopak knuje?
— Na co czekacie? — zapytał, a oni drgnęli. Niektórzy wymienili zaskoczone spojrzenia.
W końcu ten, z którym Harry rozmawiał, ruszył do przodu. Pozostali unieśli wyżej różdżki.
Tak jakby mógł im coś zrobić, skoro jego własna leżała w krawężniku.
Był na wyciągnięcie ręki. A jednak mężczyzna się zawahał. Ten nastolatek był zmorą samego Czarnego Pana. Może Lestrange i Malfoy twierdzili, że jest nieszkodliwym gówniarzem, ale obawiał się go. Czy nie powinien być choć trochę przerażony?  

W końcu podjął decyzję. Chwycił chłopaka za ramię. Ostatnie, co Potter zauważył, to Petunię Dursley stojącą w oknie. Później zapadła ciemność.

_________________________________________________________________________________________________________

Hej! Kolejny rozdział za nami, a akcja powoli nabiera tempa. Zaznaczam, że wszystko, co dzieje się przed Hogwartem, jest pewnego rodzaju wprowadzeniem, co prawda troszkę przydługim, ale wszystkie główne wątki będą najbardziej rozwinięte dopiero później. 

To nie koniec informacji. Postanowiłam opublikować pierwszy dodatek do opowiadania. Takiego rodzaju bonusy będę pojawiały się pomiędzy rozdziałami, a znaleźć je będziecie mogli w zakładce "Dodatki". Pierwszy już za tydzień.

Jak zawsze dziękuję za komentarze oraz za zbetowanie tekstu przez Noelię Cotto

 submission dean winchester unf he does things to me seducifer GIF
 klaus mikaelson GIF
 the originals phoebe tonkin hayley GIF

09.09.2017

Rozdział 3

 Cześć, jestem Harry Potter

Zegary w Szkocji właśnie wybiły czternastą, kiedy słońce najbardziej dawało o sobie znać. Również w pomieszczeniach Tectum promienie przedzierały się przez grube mury i ogrzewały chłodne sale. Jedno z pomieszczeń wyróżniało się wśród pozostałych. Ścian nie było niemal widać, bo były przysłonięte wysokimi półkami zawalonymi książkami, teczkami i zwojami papieru. Na środku obszernego pokoju ktoś kiedyś postawił jedno masywne biurko, które wystarczyłoby dla trzech osób, a ilość szuflad i skrytek przerażała. Wiele lat temu do wiekowego mebla dostawiono kilka mniejszych, mniej wyszukanych ławek, które razem stanowiły niemal okrągłą konstrukcję. 
Przy biurku zwanym przez wszystkich Zeusem siedziała kobieta. Otoczona była kilkoma grubymi woluminami i zmiętymi kawałkami papieru, nie brakowało również walających się długopisów, piór i pospiesznie zgarniętych w jedno miejsce wysuszonych resztek czegoś, co kiedyś mogło być żabą. Pochylała się nad starą, śmierdzącą szczurami książką, a jej czoło marszczyło się co chwila w skupieniu. Miała czekoladowe oczy, dość krzaczaste, ale regularne brwi, długi nos i wąskie usta. Jasne włosy wprawiały ją w podirytowanie, co chwila zasłaniając pole widzenia.
Fuknęła, gdy po raz kolejny kosmyk przysłonił fragment, który czytała.. Odgarnęła włosy, kilka razy zakręciła nimi, jakby chciała zrobić koka i rozejrzała się dookoła.  Sięgnęła po najbliższy ołówek (co i tak spowodowało potrącenie dwóch zwojów pergaminu, jednego wysuszonego oka i niemal całkowite wylanie kawy) i wbiła go zdecydowanie w środek niechlujnego koczka. Zdusiła przekleństwo, podnosząc pusty już kubek do góry i spróbowała niezapisanym kawałkiem papieru wytrzeć kawę.  Oczywiście nic to nie dało, jedynie kolejna kartka mogła pójść do kosza. Jak na złość, nie mogła znaleźć swojej różdżki. Och, to nie było najmądrzejsze, nie wiedzieć, gdzie jest twoja najważniejsza rzecz. 
Usłyszała trzaśnięcie drzwiami i niemal w tym samym momencie usłyszała pierwsze nuty Thunderstruck. Na cały regulator. Niemal czuła, jak jej krzesło zaczyna podskakiwać.
— Washer, możesz to wyłączyć? — zaczęła spokojnie, przymykając oczy. Jeszcze się nie odwróciła. 
Nic to nie dało. Czuła, że zaczyna boleć ją głowa. Jakby już przedtem nie miała dość i jej oczy potrzebowały odpoczynku, to teraz jeszcze jej uszy ledwo co funkcjonowały.
Do biurka naprzeciw niej podszedł mężczyzna średniego wzrostu, mamrocząc coś pod nosem (prawdopodobnie usiłował śpiewać), kompletnie ignorując kobietę. 
— Ed! —podniosła głos. Uniósł powoli głowę, unosząc jednocześnie brwi. Zwykle mało kto widział je na normalnych miejscu, bo najczęściej wędrowały w górę, potwierdzając, jak bardzo innymi gardzi ich właściciel. Powstrzymała jęk. 
— O, mówisz coś do mnie, Delar? — Udał zaskoczonego, ale muzyki nie ściszył. Rozsadzało jej bębenki, a AC/DC dopiero się rozkręcało. 
— Tak — wycedziła. — Możesz. Ją. Ściszyć?  
A najlepiej wyłączyć w cholerę?
— Nie doceniasz prawdziwej muzyki — westchnął cierpiętniczo, ale po chwili zapadła błoga cisza. W tym momencie gotowa była go za to wycałować.  — Dlaczego siedzisz przy Zeusie? 
— Bo twoje biurko jest uwalone jedzeniem nieokreślonego pochodzenia, Dom jak zwykle kazała niczego nie tykać, a nie przepadam za krzesłem Andrew. Moje natomiast zawalone jest papierami, jak sam widzisz.
Andrew kiedyś ze śmiechem zauważył, że jeśli ktoś chce poznać kogoś z „Wielkiej Piątki”, musi spojrzeć tylko na jego stanowisko.  I na pierwszy rzut oka można było stwierdzić, że żadne z nich nie było porządnisiem. 
— A właściwie to co ty robisz? — zainteresował się brunet. Znów podniosła głowę znad księgi i lekko omiotła go wzrokiem. Nie zaskoczyła się. Wyglądał na wypoczętego i zarazem znudzonego, jak zawsze. 
— Tłumaczę francuski przekład o wilkołakach na staroangielski, bo na zwykły się nie da. 
— I jak ci idzie? 
— Aktualnie staram się przetłumaczyć to na ludzki język, co nie należy do najłatwiejszych zadań, biorąc pod uwagę, że autor musiał być pijany, kiedy to pisał — powiedziała zirytowana. Było w tym sporo prawdy – chybotliwe litery, niedokończone zdania i trudne do odczytania słowa występowały dość często. 
— Werewulf wesan bealo werewulf wesan yfel cwellan mann ge etan wendan to werewulf1 — przeczytał, niemal łamiąc sobie język.  — Jedyne co z tego rozumiem, to „wilkołak” i „jeść”, więc jakimś odkrywczym facetem to nie był. 
— Tak właściwie to była kobieta — rzuciła, zabierając kartkę z tłumaczeniem i wracając do tekstu. Ed prychnął.
— Francuzka, która pije i zajmuje się wilkołakami około V wieku, chociaż to właściwie podpisanie na siebie wyroku śmierci? Ciekawy przykład dzisiejszej feministki, czyż nie? 
Sam nic nie odpowiedziała. Jakiekolwiek uwagi, że jest podły nie miały sensu, bo na to tylko czekał. Pięć lat współpracy nauczyło ją trzymać język za zębami, gdy Washer przechodzi do trybu „obrażamy wszystko, co się rusza”.  Wstała i chciała ułożyć niepotrzebne papiery na półkę, gdy mężczyzna zaszedł jej drogę. 
— A ty jesteś feministką? — zapytał głosem, który nazywał uwodzicielskim, choć Dom po cichu nazywała go „głosem rannego niedźwiedzia”, i wlepił w nią głębokie spojrzenie. Czasami zachowywał się gorzej niż nastolatki, które uczyła. 
— Taką, która pije i pisze księgi o wilkołakach? Nie, ale wiesz, kim na pewno jestem? — zaczęła szeptem, przybliżając się do niego. Uśmiechnął się, tym samym pokazując, żeby kontynuowała. — Kobietą, którą nie interesują mężczyźni  tacy jak ty — powiedziała do jego ucha, poklepała po ramieniu i sprawnie wyminęła. Właśnie wtedy do sali wszedł Brian i nie mógł powstrzymać śmiechu na widok miny przyjaciela.
— Który to już dzisiaj, piętnasty? — zapytał, podchodząc do swojego biurka. Choć wszyscy uważali, że Zeus należy do Peera, ten o wiele bardziej wolał swoje dawne stanowisko i tam miał najważniejsze dokumenty. Otworzył górną szufladę i zaczął wertować teczki, które w teorii powinny być poukładane. 
— Trening czyni mistrza — odparł wymijająco Ed i podszedł do wysokiej lady, na której stało podstawowe wyposażenie każdej sali w Tectum: ekspres do kawy, czajnik elektryczny, herbata, kawa, kubki, łyżeczki, cukier w kostkach i mleko.  Dodatkowo w „Sali Okrągłego Stołu” często można było dostać szarlotkę, która w ekspresowym tempie znikała, jak tylko męska część „Wielkiej Piątki” trafiała do pomieszczenia. 
— Twój trening trwa od pięciu lat i z roku na rok jesteś coraz gorszy. — Dobiegł do nich stłumiony głos Samanthy, która właśnie starała się upchnąć grubą teczkę i cienką książeczkę, co omal nie skutkowało zawaleniem już i tak chwiejnej konstrukcji. 
— Twoja ocena nie pokrywa się z innymi.
— Są jakieś inne? 
— Skończyliście? — włączył się do rozmowy Brian, zadowolony, bo udało mu się dość szybko znaleźć interesujący go dokument. — Naprawdę, tak nie kłócą się nawet dzisiejsi młodzi ludzie. 
— Zacznijmy od tego, że nikt nie używa już zwrotu „młodzi ludzie” — zauważył kpiąco Ed, nalewając sobie czarnej kawy do kubka. Nigdy nie lubił herbaty. A już szczególnie tej z mlekiem. 
— Sam, skończyłaś? — Brian zignorował przyjaciela i przechodząc obok biurka kobiety, zerknął na tłumaczenie. — Nie skończyłaś. 
— To nie jest takie łatwe, zrobiłam już połowę roboty — usprawiedliwiła się, rzucając papiery w kąt i wyciągając się w krześle. — Chcę tylko przypomnieć, że nie jestem tutaj sama. — Wbiła uporczywe spojrzenie w Brytyjczyka pijącego spokojnie kawę. Ten powoli wziął mały łyk, odstawił kubek i uśmiechnął się promiennie.
— Jestem agentem wywiadu, nigdzie nie wspominali o tłumaczeniu  bełkotu niekoniecznie odkrywczych ludzi nie z tego świata. 
Peer pochylający się nad dokumentem i nanoszący drobne poprawki wywrócił oczami. 
— Każdy z nas przechodził okres, kiedy najważniejszym zadaniem było żmudne tłumaczenie — rzucił, jednocześnie skreślając niepotrzebne zdanie. 
— Naprawdę? —zdziwił się Ed, a Samantha prychnęła cicho. 
— Czy ty przetłumaczyłeś jakikolwiek tekst?
— Nie licząc tego, który zaliczał każdy na szkoleniu? Nie.  
— To dużo wyjaśnia — mruknął Brian, zwracając na siebie uwagę przyjaciela. — Twoje umiejętności językowe są gorsze niż przeciętnego Patronusa. 
Cała trójka wiedziała, że to nieprawda. Szlachetne pochodzenie było równoznaczne ze znajomością chociażby dwóch języków. No i wyjaśniało wiele innych rzeczy. Na przykład przesadną pewność siebie, doprowadzającą wszystkich do szału. 
— A tak właściwie, co ty robisz? — zapytał znienacka brunet i uniósł się lekko w krześle. 
— Wysyłam Kate do Dumbledore’a. 
Samantha otworzyła oczy i skupiła całkowitą uwagę na Brianie. Ed zrobił podobnie.
— Misja „Werbujemy Pottera, bo czemu by nie?” postępuje, jak widzę — rzucił, lekko marszcząc brwi. Nie uszło to uwadze jego przyjaciela.
— Rada zatwierdziła moją prośbę, więc nie ma na co czekać. Masz coś do dodania? — Wbił wyczekujące spojrzenie w mężczyznę, widząc jego skwaszoną minę.
— Brian, jesteś pewny, że ten chłopak się nada? Jest młody, porywczy i mało o nim wiemy, oprócz tego, co wszyscy. Można wiedzieć, dlaczego pokładasz w nim tak wielkie nadzieje? 
Sam przysłuchiwała się uważnie tej wymianie zdań, a teraz czekała na odpowiedź Peera. W tej grupie była od dwóch lat, własne zdanie zostawiła więc dla siebie. Brian i Ed, przyjaciele od niemal dwudziestu lat, rządzili się swoimi prawami. Dom, choć nie tak długo praktykująca, też miała duży wpływ na decyzje stowarzyszenia. No i jej brat, chociaż jego darzyli mniejszą sympatią. Ona nie doszła jeszcze do momentu, gdzie ma jakiekolwiek prawo wypowiedzieć się na taki temat. Nikt by jej nie posłuchał. A jednak również nie mogła pojąć, czym zasłużył sobie Potter, by wstąpić w ich szeregi. 
Peer nagle się uśmiechnął. 
— Poznałem jego ojca, poznałem jego matkę, ale przede wszystkim poznałem jego dawną najlepszą przyjaciółkę. A ona nie przepada za normalnymi nastolatkami, więc prawdopodobieństwo tego, że chłopak ma potencjał jest bardzo duże. 
Odwrócił się i wyszedł. Ed westchnął.
— Jak tak dalej pójdzie, jeżeli Invicto uzna, że Voldemort jest dobry, to Brian zaproponuje mu pomoc. 
Samantha nic nie odpowiedziała.

***

Utkwił wzrok w złotej tabliczce z numerem. Dwadzieścia dziewięć. To ma być ten pokój. Po trwającym trzydzieści minut krążeniu po zimnych korytarzach był już na tyle zmęczony i zirytowany, że zdążył zapomnieć, co go tu tak naprawdę sprowadza. Właśnie zgodził się na szkolenie i od jutra ma je zacząć. A przede wszystkim, ma tu zamieszkać. Właśnie w pokoju pod numerkiem dwadzieścia dziewięć. 
Odetchnął głęboko. Wystarczy, że pociągnie za klamkę. Zrobił to. Pierwsza myśl: Duża przestrzeń. Druga: Radio jest włączone na cały regulator. Trzecia: Są dwa łóżka. Ostatnia: Nie jest w pokoju sam. 
Miło, że Peer poinformował go o współlokatorze. Idealnie. 
Tyłem do niego, siedział pochylony nad blatem chłopak. Stopą wybijał rytm piosenki, a stukot jakiegoś metalowego narzędzia najwidoczniej zagłuszył wejście Harry’ego. Wybraniec rozejrzał się dokładniej po pokoju. Panował w nim ogólny bałagan, ale mimo wszystko można było się w tym doszukać jakiejś reguły. Kilka pustych puszek po piwie, chwiejne stosy płyt i stara konsola do gier leżały pod wschodnią ścianą, na której zawieszono mnóstwo plakatów. Na środku sosnowego parkietu (miła odmiana od zimnego i szorstkiego betonu) leżał dywan w kolorze orzechowym. Nie brakowało na nim plam różnego pochodzenia i zauważył kilka czasopism z ubiegłego miesiąca. Nie dało się przeoczyć leżących (dobrze, że nie stojących) skarpetek nie do pary, niektóre wyraźnie wystawały spod łóżka. 
Siedzący chłopak przeciągnął się, wydając przy tym nieartykułowane dźwięki i okręcił się na obrotowym krześle. Zmarszczył brwi,  gdy zauważył widocznie zmieszanego Harry’ego przy drzwiach. Miał piwne oczy i lekko zadarty nos, a ustach trzymał gwóźdź. 
— Kto ty? — zapytał, nadal nie wypuszczając z ust metalowego przedmiotu, przez co pytanie zabrzmiało niewyraźnie. 
— Ee… Harry — rzucił niemrawo zielonooki, nie wiedząc, co ma ze sobą zrobić. Zdekoncentrowało go to, że ten go nie poznał. Chociaż z drugiej strony, nie przepadał za swoją sławą, więc była to miła odmiana. 
— Aha. — Tylko tyle. W końcu odłożył gwóźdź na swoje miejsce i przypatrzył się dokładniej nieznajomemu. — Dlaczego cię kojarzę? — zapytał nagle, jeszcze mocniej marszcząc brwi.
— Nie mam pojęcia — odpowiedział tylko Harry, bo nic innego nie przyszło mu do głowy. 
— Patrzysz się prosto na jego czoło i nadal nie wiesz, skąd go znasz? — Dobiegło zza jego pleców tak niespodziewanie, że aż się wzdrygnął. Obrócił się gwałtownie i stanął oko w oko z niewysoką rudą dziewczyną. 
Miała na sobie top odsłaniający brzuch i krótkie, sportowe spodenki. Proste kosmyki włosów opadały jej na twarz, na którą wstąpiły czerwone plamy.  W ręce trzymała pustą butelkę po wodzie. Mimo tego, nie mógł zaprzeczyć, była ładna. Wyminęła go szybko.
— O matko, przecież to Harry Potter — wypalił milczący chłopak, a Harry omal nie zapadł się pod ziemię. Dziewczyna prychnęła cicho i zerknęła na biurko.
 — Brawo, Sherlocku. Widzę, że mój odtwarzacz jeszcze popsuty? — Wzięła do ręki biały sprzęt, który ledwo trzymał się kupy. Uniosła brwi, a w brązowych oczach zauważył dezaprobatę. — Najpierw popsułeś, a teraz nie umiesz naprawić?
Chłopak kompletnie to zignorował.
— Co robi Potter w Tectum? — wypalił, nadal nie spuszczając wzroku z Harry’ego. 
Wybraniec poczuł się niezręcznie. Dziewczyna musiała to dostrzec, bo przyjrzała mu się badawczo.
— Alex, prawdopodobnie sam by ci to wyjaśnił, gdybyś tylko łaskawie się zamknął — powiedziała spokojnie. 
Harry uznał, że to odpowiednia chwila, żeby się wtrącić.
— Sam nie jestem tego taki pewien, ale mam rozpocząć szkolenie. — Oboje unieśli zgodnie brwi.  Jakby miało to coś wyjaśnić, dodał — Kate po mnie przyszła.
Nie umknęła mu szybka wymiana spojrzeń tej dwójki, a potem odezwała się dziewczyna.
— Mniejsza z tym. Jestem Alison Chartier, a to jest Alex Courage — wskazała głową na chłopaka, a ten komicznie się skłonił (co na siedząco wyglądało dość zabawnie). — Oboje jesteśmy na szkoleniu. 
— Ale tobie chyba nie jest jakoś bardzo potrzebne, prawda? — palnął Alex, a Alison powstrzymała jęk. Rzuciła przepraszające spojrzenie Potterowi.  — No wiesz... jeszcze nie umarłeś, nie?
— No nie — odpowiedział głupio. — Ale to tylko zasługa szczęścia, nic więcej. 
Zapadła niezręczna cisza. Nawiązywanie nowych znajomości nie przychodziło mu łatwo, mimo pozorów. Ostatnie lata spędził niemal tylko w towarzystwie Rona i Hermiony, a z nimi rozmowa wydawała się taka łatwa. Po drugie, nie miał ochoty zwierzać się obcym nastolatkom. Po prostu potrzebował chwili na przemyślenie wszystkiego. Najwidoczniej dotarło to do Alison i Alexa, bo dziewczyna chrząknęła znacząco.
— Napraw to do jutra, chyba za dużo od ciebie nie wymagam? — zapytała, skupiając się ponownie na siedzącym chłopaku. Spojrzał na nią z oburzeniem. — Świetnie. To do zobaczenia. 
Wyminęła Harry’ego i wyszła, cicho zamykając drzwi. Zostali sami. 
Potter jeszcze raz rozejrzał się po pomieszczeniu. Łóżko pod samym oknem miało prawie nienaganną narzutę, czego nie można było powiedzieć o tym stojącym pod ścianą obok. Nie przyszło mu nic innego do głowy, jak podejść do niego i na nim usiąść. Nie miał przy sobie żadnych rzeczy, różdżkę trzymał w kieszeni, a peleryny nie miał ochoty ujawniać. Prawdę mówiąc, czuł się jak ostatni idiota. 
— Jesteś całkowicie zielony, czy coś wiedziałeś? — Drgnął zaskoczony, gdy jego współlokator zabrał głos. Jego mina musiała wyrażać całkowitą niewiedzę, bo chłopak pospieszył z wyjaśnieniami. — Niektórzy przybywają tu już z wiedzą, bo ich rodzice czy przyjaciele tutaj byli. Wiesz, z pokolenia na pokolenie. A ty?
— Dopiero co się dowiedziałem, że coś takiego istnieje — przyznał, ugniatając w dłoniach skrawek koszulki. — Ty wiedziałeś?
— Praktycznie się tu wychowałem, ojciec jest jednym z Patronusów — wyjaśnił z krzywym uśmiechem Alex. — Nie miałem nawet chwili, żeby zastanowić się nad czymś innym, niż Tectum. Nie powiem, są tego jakieś plusy.
— Jak tu jest? — Naprawdę był tego ciekaw. Kilka zdawkowych zdań wypowiedzianych przez Briana nic mu nie powiedziało. Czuł się niemal identycznie jak na pierwszym roku w Hogwarcie. 
Alex wzruszył ramionami. Otrząsnął się już z pierwszego szoku, teraz z zainteresowaniem przyglądał się chłopakowi. Co jak co, ale w życiu nie spodziewał się, że zobaczy tutaj Pottera. Popatrzył na jego ubrania i zmarszczył brwi. Przecież miał jakąś tam rodzinę, nie powinien chodzić w takich łachach. Gazety prezentowały go w inny sposób, Harry nie wyglądał na zadufanego dupka albo czarodzieja z problemami z głową. 
 — Jak wszędzie. Wymagający nauczyciele, dużo imprez, jeszcze więcej dziewczyn i milion możliwości na wpakowanie się w kłopoty. Z czego może tylko imprezy i laski są miłe — rzucił chłopak, odsuwając od siebie zepsuty odtwarzacz. Nie wyglądał na przejętego naprawą. 
— Znasz Kate, prawda? — spytał Harry. Brunet wyglądał na zmieszanego. — Widziałem, jak zareagowaliście, gdy ją wspomniałem. 
— Jesteśmy przyjaciółmi — powiedział w końcu Courage, widocznie unikając jego wzroku. Doprowadziło to Harry’ego do tylko jednego wniosku.
— A więc znasz naszą wspólną przeszłość? — próbował zachować spokojny ton  głosu, ale nie potrafił powstrzymać skurczu żołądka. Nigdy nie spodziewał się, że wróci do tamtych lat.
 Co dziwne, nie poczuł kompletnie nic, gdy jego współlokator wyjaśnił więź łączącą go z Invicto. Z jednej strony nie mógł udawać, że jej nie zna, a z drugiej minęło już tyle lat, że wydawała się całkowicie inną osobą. Nie czuł się zazdrosny, rozczarowany czy wściekły. Prędzej zagubiony i nie do końca jeszcze potrafił odnieść się do tej sytuacji.  Może poznanie opinii chłopaka coś zmieni.
— Hm, wiesz, ona nie jest zbyt wylewna — mruknął, a Harry lekko uniósł brwi. Trochę inaczej ją pamiętał. — Bardziej skupia się na tym, co jest i co będzie, rzadko wspomina przeszłość. Zresztą, jak prawie każdy tutaj — przerwał na chwilę, a potem kontynuował. — Wiem tylko, że przez krótki czas  byliście sąsiadami i spędzaliście ze sobą dużo czasu. Potem trochę wam nie wyszło pożegnanie. 
Trochę.  On bez słowa wyjechał do Hogwartu, a ona w przeciągu roku szkolnego wyprowadziła się pod nieznany adres. Żadne z nich nie próbowało potem nawiązać ze sobą kontaktu. Tak, „trochę” im nie wyszło.
— Jak to jest spotkać kogoś po tylu latach? — spytał wyraźnie zaciekawiony chłopak. Harry westchnął. 
— Dziwnie. Niezręcznie. Sam nie wiem — mruknął, wbijając wzrok w podłogę. — Co ja tu do cholery robię?
Oprócz tego, że znalazł się w dość niemiłym położeniu, nadal nie mógł zapomnieć, co nad nim wisi. Nie wymaże wspomnień z ostatnich miesięcy, nawet jeśli bardzo by tego pragnął. Czasem wahał się, czy nie rzucić na siebie Obliviate, dać się zabić i po prostu zostawić ten świat razem ze wszystkimi problemami. Tylko że on był Harrym Potterem. Nie zostawi przyjaciół na pewną śmierć lub tortury z rąk Śmierciożerców bądź samego Voldemorta. 
— Połowa z nas zadawała sobie to pytanie. — Harry lekko drgnął, kiedy to usłyszał. Nawet nie zdał sobie sprawy, że ostatnie pytanie powiedział na głos. — Po paru dniach będzie lepiej. A póki co, proponuję inne rozwiązanie.
Potter popatrzył na niego z zainteresowaniem. Dziwił się, że chłopak cały czas próbuje nawiązać z nim kontakt, mimo  oporu, który napotykał. Z drugiej strony zaczynał się bać, co takiego może zaproponować... Alex? Tak, Alex. 
— Co powiesz na małą imprezę zapoznawczą? 

***

Petunia Dursley zawsze wolała mieć wszystko w jak najlepszym porządku. Zero kurzu na jej idealnych, nowych szafkach kuchennych, tematycznie uporządkowane książki na regale (których i tak nikt nie czytał, ale czego się nie robi, żeby zaimponować gościom)oraz świeżo skoszony trawnik. Jej mania porządku przechodziła również na ludzi, których zwykle szufladkowała. Wredny, dziwny, niewart uwagi, bogaty. Siebie, męża i kochanego Dudziaczka chętnie wywyższała, ale nie mogła zapomnieć o innym lokatorze, który właśnie burzył jej harmonogram dnia, nie pojawiając się na kolacji. To nie był pierwszy raz w ciągu tych wakacji i za każdym razem doprowadzało ją to do szewskiej pasji. 
Spędzając całe dnie na obserwowaniu sąsiadów, Petunia nie mogła nie wyostrzyć sobie wzroku i szóstego zmysłu. Zauważyła więc, że coś się z chłopakiem dzieje. Podejrzewała (miała pewność), że ma to związek z jego szkołą. Hogwart. Sama nazwa przyprawiała ją o dreszcze i choć pracowała nad tym o lat, przywoływała mnóstwo wspomnień związanych z jej siostrą. Ciekawe, co tym razem się stało. Kolejne powroty psychopatów, latające szczury, a może coś gorszego? Nie zawahałaby się zapytać, gdyby nie to, że usiłowała odgrodzić się od siostrzeńca. Pytanie o cokolwiek związanego z magią nie było najlepszym pomysłem, gdyby Vernon się o tym dowiedział... Zresztą, sama też wolała się nie mieszać w te sprawy. 
Trzeci stopień schodów zaskrzypiał głośno (musi w końcu poprosić Vernona, żeby coś z tym zrobił), gdy szybkim tempem ruszyła do pokoju Harry’ego. Sięgając do klamki, zauważyła pierwszą rzecz, która wzbudziła jej niepokój. Drzwi były uchylone, a zawsze je zamykał. Popchnęła drzwi i zadrżała. Z chłodu jak szybko zauważyła, okno było otwarte na oścież. Po chłopaku nie było ani śladu.
Skłamałaby, gdyby powiedziała, że to pierwszy raz gdy bez ich wiedzy gdzieś poszedł, ale tym razem to było coś innego. Za każdym razem zostawiał im kartkę na biurku. Właściwie to nie dla nich, jak szybko zrozumiała, miało to być zapewnienie, że wyszedł z własnej woli, a nie ktoś do zabrał. Widząc tę kartkę, Dursleyowie nigdy nie zawiadamiali „tych dziwaków”. Może i robili źle, ale za każdym razem chłopak wracał cały i zdrowy, więc nauczyli się, że nie warto reagować. Ona się nauczyła, z Vernonem bywało różnie. 
Tym razem nie pozostawił po sobie nic. Tej piekielnej sowy nie było, różdżki też nie zauważyła, a szósty zmysł podpowiadał jej, że to nie to co zawsze. Zadrżała, tym razem nie pod wpływem zimna. Nawet nie zarejestrowała, jakim cudem znalazła się z powrotem na dole z telefonem w ręku. Drżącymi rękoma wykręciła numer, którego wolałaby nigdy nie użyć. 

***

Ogłuszająca muzyka. Tańczący tłum. Piwo (i nie tylko) rozlane na podłogę. Zapachy, które jednych odrzucały, a innych wręcz przyciągały. Przyprawiające o ból głowy odgłosy. Mimo wszystko, Harry czuł się wyjątkowo dobrze. Może to dzięki swoim wcześniejszym wypadom do mugolskiego  klubu albo po prostu od zawsze był do tego stworzony. Gdy siedział przy barze, znikały wszystkie jego problemy. Jednak cały czas wyczuwał na plecach wzrok towarzyszącego mu Alexa. 
— Nie przeszkadzają ci te klimaty? — zapytał w końcu Courage, przekrzykując muzykę. Sam wyglądał na całkowicie wyluzowanego, a oczy świeciły mu się z radości (a może miały na to wpływ wypite trzy piwa, Harry nie był pewien). — Wyglądasz na zadowolonego.
— A to źle? —  rzucił z uśmiechem. Najwidoczniej wszyscy uważali go za grzecznego chłopczyka. Dziwne, biorąc pod uwagę jak przedstawiały go gazety.  
— Patrzcie państwo, już jest sprowadzany na złą drogę. — Harry’emu zajęło chwilę zanim poznał dziewczynę, która się do nich dosiadła. Po zgrzanej i zmęczonej rudowłosej nie pozostał ani ślad. Teraz miała na sobie dobrze dopasowane, poszarpane dżinsy, buty na lekkim koturnie, biały ozdobny top i świeżo umyte, rozpuszczone włosy. Za cholerę nie mógł sobie przypomnieć jej imienia. 
— Pewnie, bo co wszystko złe, to ja — burknął do szklanki Alex, ale nie wyglądał na urażonego. — Alison, ja tylko rzuciłem propozycję.
— To akurat prawda — wtrącił się Potter z lekkim uśmiechem. 
Zamówili po jeszcze jednym drinku (Harry nie chciał przesadzać z ilością alkoholu, więc zamówił tylko colę z lodem) i zaczęli rozmowę. Głównie rozmawiał z Alexem, dziewczyna tylko im się przysłuchiwała i od czasu do czasu wtrąciła kilka słów. Nie był pewien, czy to za sprawą języka rozluźnionego promilami czy otoczenia, ale pogawędka ze współlokatorem sprawiała mu przyjemność. Nie poruszali się po ryzykownych tematach, ale nawiązała się między nimi pierwsza nic porozumienia. Alex przypominał mu trochę Rona, co tylko ułatwiało sprawę. 
— Raz zdarzyło mi się zwinąć kluczyki ojca i wpakowałem się za kółko jego szałowego BMW…
— Alex, nie przypominam sobie, żebyś kiedykolwiek prowadził samochód. 
Odwrócili się obaj jak na komendę (nie zauważyli jak Alison wywróciła na to oczami). Harry momentalnie poczuł gulę w gardle. Zapadła niezręczna cisza, pomijając głośne dudnienie muzyki i krzyki jakiejś zazdrosnej dziewczyny.
— Al, to chyba Dominic, mamy do niego sprawę — wypalił brunet i z prędkością światła oddalił się od baru. Rudowłosa nieznacznie poruszała ustami, gdy podążała za przyjacielem. 
Zapatrzył się na w połowie pełną szklankę. Kate usiadła obok i nie spuszczała z niego wzroku. Wiedział, że nie mogą tak siedzieć w nieskończoność. Jednak sama perspektywa przerwania ciszy go przerażała. Blondynka najwidoczniej miała trochę więcej odwagi od niego. 
— Czyli jednak się zgodziłeś — rzuciła w przestrzeń. Skinął szybko głową. — Dlaczego? 
— Czy nie tego właśnie chciałaś? — odpowiedział pytanie, ośmielając się spojrzeć jej prosto w oczy. Nawet jeśli bardzo się starał, nie widział już w nich jego dawnej przybranej siostry. Nie potrafił z nich niczego wyczytać. Ile się wydarzyło przez te lata? Jeśli w jego życiu tak wiele się zmieniło, to co mogło się stać w jej? Miał ochotę zadawać milion pytań, a jednocześnie bał się tych wszystkich odpowiedzi. 
— Nie wmawiaj mi, że podjąłeś tę decyzję przeze mnie. A więc, co przeważyło? 
Chęć zrobienia czegoś na własną rękę? Jego głupia odwaga? Niepokonana siła przyciągania do dawnej przyjaźni? Wola walki, a nie poddanie się i pogodzenie z własnym losem? 
— Możliwość czarowania poza Hogwartem — palnął bezmyślnie. Uniosła wysoko brwi.
— Tak, to zdecydowanie największa zaleta tego szkolenia. Tak samo jak kolejne szanse na śmierć w niebezpiecznych walkach — zauważyła spokojnie. Wzdrygnął się.
— O co ci chodzi? — zapytał ze złością. Dodatkowo ciśnienie podnosił mu nieprzerwany spokój w jej głosie. 
— Poszedłeś za mną bez większych oporów i podejrzliwych pytań, co roku stajesz w oko w oko ze śmiercią i nie widzę, żebyś próbował temu zaradzić.
— Och, sugerujesz, że mam skłonności samobójcze? — zapytał z lekką ironią, ale w środku nie mógł się z nią nie zgodzić. I to jeszcze bardziej go irytowało.
— Nie, tylko masz większe zapotrzebowanie na adrenalinę niż przeciętny człowiek — rzuciła i nawet nie spostrzegł, jak zabrała mu szklankę i wypiła resztkę coli. Zmarszczyła brwi. — Masz tak słabą głowę, że nie pijesz niczego mocniejszego…
— Nie mam słabej głowy — przerwał jej w połowie, poważnie już zirytowany.
— …czy wolisz zacząć jutrzejszy dzień na czysto? — dokończyła i uśmiechnęła się lekko. Speszył się.
Przez chwilę oboje milczeli. Alex i Alison nie wracali, przy barze co chwila pojawiały się nowe osoby, a muzyka grała nieprzerwanie. Harry’ego zaczęła boleć głowa. Nie podobało mu się to. Zerknął przelotnie na Kate, ale ta skupiła uwagę na dość ostro kłócącej się parze. Dotknął blizny i powstrzymał syk bólu. Przyzwyczaił się, że przy bólu głowy jego „szczególny znak” stawał się bardziej czuły, ale teraz naprawdę się zdenerwował. Odzwyczaił się już od tego przez ostatnie tygodnie.
— Voldemort? — Zamarł w ręką przy bliźnie. Kate patrzyła na niego badawczo. 
— Nie, po prostu boli mnie głowa — powiedział, sam nie do końca pewien, czy mówi prawdę. Dopiero po chwili pewna rzecz zwróciła jego uwagę. — Skąd wiesz o moim...
— ...połączeniu umysłowym? Kandydaci są zawsze sprawdzani, nie dziw się aż tak. 
Nie skomentował tego. Głowa nie przestawała go boleć. 
— Chyba już pójdę — powiedział niemrawo i wstał. Dziewczyna się nie poruszyła. 
Zmieszany chwilę stał w miejscu, a potem ruszył ku wyjściu. Nigdzie nie widział Alexa. Muzyka drażniła jego uszy albo ją pogłośnili albo jego ból głowy przeistaczał się w migrenę. Zanim opuścił głośną salę, obejrzał się jeszcze raz w stronę baru. Kate tam nie było.
Chciał jak najszybciej znaleźć się w pokoju i zasnąć. I w końcu przemyśleć wszystko. 

***

— Crucio. — Mężczyzna zwinął się z bólu na podłodze. Czerwone oczy obserwowały go ze spokojem. Czarnowłosa kobieta roześmiała się szaleńczo i kolejny promień poleciał prosto w środek klatki piersiowej nieszczęśnika. Oczy lśniły niebezpiecznym blaskiem, a pierś szybko falowała. Bellatrix Lestrange w najlepszej formie.
— Wystarczy, Bello — powiedział cichym, piskliwym głosem siedzący na wysokim krześle mężczyzna. Jego wężowa twarz, ze szparkami zamiast nosa nie wyrażała żadnych emocji. — Nasz gość nie powie nam już nic więcej. 
Lestrange opuściła różdżkę i odsunęła się o kilka kroków od swego mistrza. Patrzyła na niego z całkowitym uwielbieniem. Zwinięty w kłębek człowiek pojękiwał cicho na zimnej posadce. Nikt nie pamiętał w takiej chwili o dumie. Nie po kilkudniowych nieprzerwanych torturach, głodowaniu i poniżaniu. 
Voldemort powoli podniósł się ze swojego tronu i podszedł bliżej swojej ofiary. Oczy zapłonęły jeszcze wyraźniej, gdy ukazała mu się poturbowana twarz mężczyzny. Siniak na siniaku, rozcięty policzek, spękane wargi. Mimo wszystko twarde spojrzenie. 
— Tak skończy każdy, kto nie opowie się po mojej stronie. Nikt ci nie pomoże. 
— Niczego się ode mnie nie dowiesz — wychrypiał resztką sił, podpierając się drżącą ręką o podłogę. Voldemort roześmiał się szaleńczo.
— Nawet tego nie oczekuję. Jesteś dla mnie kolejnym bezwartościowym członkiem Zakonu, żadna z informacji nie przyniesie mi korzyści. Tutaj chodzi o coś zupełnie innego.
Mężczyzna zamarł w bezruchu, a jego osłabione serce na chwilę przestało bić. Bella wyglądała na najszczęśliwszą kobietę na ziemi.
— Nie liczysz się dla nikogo, oprócz jednej osoby, prawda? Jest na tyle nieodpowiedzialny, że tutaj przybędzie, inaczej cię zabiję. Wszyscy Potterowie są tacy sami. Na zawsze wierni przyjaciołom.
— Nie… 
W wężowych oczach błysnęło zadowolenie i satysfakcja. 
— Tak, Remusie. Możesz się przywitać, właśnie to ogląda.
Harry zerwał się gwałtownie z łóżka, a blizna zapłonęła bólem. 

_______________________________________________________________________________
1 - staroangielski, oznacza „ wilkołak być niebezpieczny, wilkołak być zły, zabić człowiek i zjeść, przemienić w wilkołak”. Korzystałam ze słownika, nie jest to dokładny staroangielski, tylko moja luźna interpretacja, więc nie zabijać proszę :D

Wybaczcie, ale miałam i nadal mam problemy z Internetem, dlatego do wtorku nie pojawi się ani krótki fragment z czwartego rozdziału. Z tego samego powodu nie miałam jak odpowiedzieć na komentarz Daniela Kinga pod poprzednim postem, a widziałam, że taki był. Ledwo co udało mi się dodać rozdział i może on wyglądać inaczej, bo nie potrafię obsługiwać bloggera na telefonie :D

Dla tych czytelników, którzy zaczęli nowy rok szkolny życzenia, by wpadały same dobre oceny, godziny w szkole leciały szybko, a wszystkie egzaminy poszły jak najlepiej! 

Rozdział jak zwykle betowała Noelia Cotto.

Wracamy do starych, znanych jeszcze z poprzedniego bloga gifów, co wy na to?

 smile smiling dylan obrien chuckle chuckling GIF
 holland roden GIF
 tvd rebekah mikaelson claire holt GIF







Notka informacyjna!

Mam problemy z internetem i nie jestem w stanie na razie dodać rozdziału. Oczywiście nie wykluczam, że mi się to nie uda do końca tego dnia, jednak z góry przepraszam Was wszystkich. Najpóźniej rozdział pojawi się we wtorek i to będzie ostatnia sytuacja, w której mam problem z internetem, ponieważ zmieniam operatora.

Jeszcze raz przepraszam!

26.08.2017

Rozdział 2

Sometimes we have to choose between 
what is right and what is easy

Trzeba w końcu podjąć sensowną decyzję

Kiedy pod koniec czerwca uczniowie opuszczają mury Hogwartu i mniej lub bardziej szczęśliwi wracają do domów, zamek nie pozostaje pusty. Większość nauczycieli ma własne mieszkanie w szkole, więc nie widzą sensu go opuszczać. Dodatkowo szkody, które przez cały rok szkolny wyrządzą wychowankowie (czasem i profesorowie) ktoś musi naprawić. Ale mało kto wie, że Albus Dumbledore  spędza większość czasu zamknięty w swoim gabinecie. Niezwykłym gabinecie, który tak szczerze mało kto chciałby szybko opuścić. 
Można tu było znaleźć wszystko. Tomy tak stare, że niemal rozkładały się na półkach, delikatne instrumenty (choć pozostało ich mniej po napadzie szału pewnego ucznia), zaskakujące przyrządy, których zastosowanie znał tylko dyrektor. Największą uwagę przykuwał siedzący na żerdzi barwny, śpiewający radośnie feniks. Mimo takiego otoczenia, Albus skupił się tylko i wyłącznie na liście przed sobą. Trzymał go w rękach od kilkunastu minut i analizował każde zdanie po kilka razy.
Brak podpisu nadawcy go nie zdziwił, bo sama treść mówiła wystarczająco dużo. Wraz z pierwszym zdaniem przed oczami mężczyzny pojawiła się młodzieńcza twarz Briana Peera. Zawsze roześmiany i sprawiający wszystkim tyle problemów, że wielokrotnie brał do ręki prośbę o wydalenie go ze szkoły, jednak nigdy do tego nie doszło.
— Miałam problem, żeby go dobrze przydzielić i nadal nie jestem pewna, czy zrobiłam to dobrze. —  Usłyszał cichy głos. Tiara Przydziału jakby czytała w jego myślach.
Dumbledore też nie był przekonany. Nie mógł zaprzeczyć, jako Gryfon spisywał się dobrze, ale niepokojąco dopasowywał się do arystokrackich Ślizgonów. Niejednokrotnie na jego twarzy pojawiał się wyraz pogardy i potrafił kilkoma słodkimi słówkami zapewnić sobie lepszą ocenę. Miał poczucie wyższości i okazywał to na każdym kroku. Dużo osób nie ukrywało rozczarowania, że chłopak nie został kimś ważnym. A później tak makabryczna śmierć. Tak, jeżeli już o tym mowa...
Sfingowanie własnej śmierci nie należało do rzadkości, szczególnie w czasie wojny, ale za każdym razem budziło w nim podziw pomieszany z dezaprobatą. Jednak w życiu nie spodziewał się takiego zabiegu u Peera. Gryfońskiej odwagi mu nie brakowało, a jednak zniknął z powierzchni ziemi wtedy, kiedy mógł być przydatny. Zostawił rodzinę, pracę, marzenia i ambicje. Albus nadal nie mógł zdecydować, czy to bardziej zachowanie godne ucznia domu Salazara, czy Gryffindora.
Przyjaciele. Dumbledore nie mógł ominąć i tego tematu. John Inivicto i Elizabeth Burke, przyszłe małżeństwo. Kolejny uczeń Gryffindoru i rezolutna Krukonka. Hogwart  i świat mógłby o nich usłyszeć, gdyby po czterech latach nie pojawili się Huncwoci, a oni szybko zyskali sławę. Jednak ta trójka zapadła mu głęboko w pamięci. Wszystkich łączyło jedno: cechy Ślizgonów. Dumbledore liczył, że staną po jego stronie, gdy zajdzie taka potrzeba i szybko przekonał się, że się pomylił. Wszyscy zawiedli, a John i Elizabeth zginęli.
A teraz sam Brian Peer prosi go o rozmowę i to jakże interesującą! Chce rozmawiać o Harrym Potterze. Zawsze obawiał się, że ktoś zainteresuje się chłopakiem, aż w końcu do tego doszło. I to jeszcze wtedy, gdy jego stosunki z młodym czarodziejem nie należały do najlepszych. Oczekiwał wizyty, która może zmienić bardzo dużo.
Usłyszał pukanie, ale zanim zdążył cokolwiek odpowiedzieć, drzwi otworzyły się i w jego gabinecie znalazła się młoda, wysoka dziewczyna. Nie wyglądała na zmieszaną czy onieśmieloną pobytem w gabinecie jednego z największych czarodziejów na świecie. W innej sytuacji zareagowałby dość chłodno, gdyby nie to, jak wyglądała. Ten charakterystyczny błysk w oku i rysy twarzy nadal bardzo dobrze pamiętał. Przez chwilę do głowy przyszła mu absurdalna myśl, że to Elizabeth Burke we własnej osobie.
— Słucham? — zapytał uprzejmie, ale nie spuszczał oceniającego wzroku z dziewczyny. Była młodsza niż początkowo sądził. Stanęła na środku gabinetu, a w rękach trzymała teczkę.
— Witam, profesorze Dumbledore, nazywam się Kate Invicto i przyszłam tu z polecenia Briana Peera — odpowiedziała bez cienia wahania w głosie. A więc się nie pomylił. Córka Elizabeth i Johna. Interesujące.
— Dlaczego nie pojawił się osobiście?
— Jest bardzo zajęty i nie sądzi, by sprawa tego wymagała. — Biła od niej pewność siebie spowodowana szlachetnym urodzeniem. Czarodzieje czystej krwi odznaczali się dużą pewnością siebie i przekonaniem o własnych słowach. Musiał przyznać, robiła na nim wrażenie, a nie mogła mieć więcej niż osiemnaście lat.
— Usiądź, proszę.
— Dziękuję, postoję, nie mam panu dużo do przekazania.
Dumbledore zawsze wolał mieć kontrolę nad sytuacją. A tym razem trafił na osobę, która tak szybko nie ulegnie. Trochę go to wytrąciło z równowagi. Sam nie wiedział, czy to przez ten znajomy wygląd i charakter, czy po prostu robił się coraz starszy. Zignorowanie jego propozycji było ryzykownym posunięciem, a dziewczyna musiała mieć świadomość, że lepiej nie mieć w nim wroga. Przecież przybyła, by coś od niego uzyskać. Albus nie mógł pozwolić, żeby taka młoda czarownica wygrała. Postanowił zmienić podejście.
— Moja droga, nie wymagaj, żebym szybko wszystko pojął. Wasze młode umysły wybiegają o lata świetlne do przodu — zaśmiał się lekko, czekając na jej reakcję.
— Nie przeczę, ale nie mam do czynienia ze zwykłym czarodziejem, a pan jest w bardzo dobrej kondycji — uśmiechnęła się delikatnie, nawet się nie poruszając.
— Poczuję się urażony, jeśli nie skorzystasz z mojej propozycji.
— Dyrektorze, z największą przyjemnością porozmawiałabym z panem dłużej, ale nie mam za wiele czasu. Czy możemy przejść do sedna sprawy?
Dobiegły do niego zduszone okrzyki oburzenia. Portrety dawnych dyrektorów Hogwartu wpatrywały się z dezaprobatą w gościa, a Fineas Nigellus Black prychnął głośno.
— To zniewaga, tak odnosić się dyrektora! Za moich czasów...
— Wystarczy, Fineasie — przerwał mu Albus. Nie czuł się komfortowo w tej sytuacji. Dziewczyna była za młoda, żeby zachowywać się w ten sposób. Widział w tym rękę Peera.
— Proszę bardzo, panno Invicto — uśmiechnął się, ale to nie był ciepły uśmiech.
Kate otworzyła teczkę i wyciągnęła potrzebne papiery. Podała je Dumbledore’owi i zaczęła mówić.
— Brian Peer jest Głównym Przedstawicielem Rady Stowarzyszenia Patronusów, które zostało powołane już w czasach świetności Grindelwalda. Początkowo organizacja miała przystąpić do otwartego ataku, ale ze względu na wewnętrzne konflikty zdecydowała się na walkę pod przykrywką. Szeregi stowarzyszenia zasilają jedni z najlepszych czarodziejów, również tych, którzy uważani są za zmarłych bądź zaginionych. Działalność naszych agentów wykracza poza świat magiczny, ludzie działają również w szeregach mugolskich służb specjalnych, polityków i lekarzy. W czasie pierwszej wojny z Lordem Voldemortem ponieśliśmy wieli strat. Teraz, w czasach gdzie potęga ciemnej mocy powróciła, poszukujemy nowych kandydatów.
— Ministerstwo, jak mniemam, nie wie o istnieniu stowarzyszenia? — spytał Dumbledore, odrywając wzrok od dokumentów.
— Jak widzę, nie tylko ministerstwo — odparła, unosząc kącik ust.
Dziewczyna była prawdziwą córką swoich rodziców. Była niczym nieoszlifowany diament, bardzo przydałaby się w jego szeregach. Choć młoda, wiele wiedziała i nie brakowało jej charakteru. Brian dużo włożył w jej wychowanie, to było widać na pierwszy rzut oka. Nie chciał mieć wroga w tym stowarzyszeniu. Jednak jego duma poczuła się urażona, bo nikt go o nim nie poinformował. O Zakonie wiedzieli niemal wszyscy, a o tej organizacji nigdy nic nie słyszał.
— Jak mam rozumieć, jednym z tych nowych kandydatów ma być pan Potter? — Nie podobało mu się to. Już samo stowarzyszenie budziło w nim sprzeczne emocje, a jeżeli Harry miałby do niego należeć... To nie był najlepszy sposób. Chłopak jeszcze bardziej by się od niego oddalił.
— Stowarzyszenie uważa, że Potter jako twarz rebelii powinien być jak najlepiej wyszkolony. Nieustanne zagrożenie ze strony Śmierciożerców jest jednym z wielu powodów. Do Briana dotarły wiadomości o dobrych umiejętnościach przywódczych i magicznych chłopaka.  Szkolenie otworzy przed nim nowe możliwości i z pewnością mu posłuży.
— Pan Potter jest chroniony przez wykwalifikowanych czarodziejów, w tym pracowników Ministerstwa, dom zabezpieczony został potężnym zaklęciem, dlatego jakiekolwiek szkolenie nie jest potrzebne do zachowania bezpieczeństwa. — zauważył z lekką irytacją. Jeżeli Peer nadal posiada takie cechy jak kiedyś, a wszystko na to wskazuje,  nie chciałby, aby Harry przebywał w jego otoczeniu.
— Teraz tak, ale co potem? Voldemort rośnie w siłę i dobrze pan o tym wie. Każda szansa na zdobycie przewagi nad wrogiem  się liczy. Stowarzyszenie daje duże możliwości.
Wiedział o tym, a jednak wahał się. Liczył na poprawę relacji podczas przerwy wakacyjnej, a jeśli chłopak wyjedzie nie będzie miał na to szans. Jeszcze może się pogorszyć, Dumbledore nie znał członków grupy, wśród nich mogło być kilku jego przeciwników. A jeśli Harry pozna jego mroczne sekrety... Nie, Albus wolał o tym nie myśleć.
Jednak znał Peera. Spodziewał się, że mężczyzna znajdzie jakiś sposób, by dostać to czego chce. Jeżeli teraz zgodzi się na to całe szkolenie, będzie miał choćby pozorną władzę, w innym przypadku może utracić nawet ją. Dodatkowo wstąpienie Harry’ego do tajnej organizacji mogłoby przynieść dużo korzyści. O ile dobrze to rozegra, chłopak stanie się jego skarbnicą wiedzy o Brianie i pozostałych członkach.
— Panno Invicto, również należysz do Stowarzyszenia, jak mniemam? — zapytał, dając sobie jeszcze czas na podjęcie ostatecznej decyzji. Dziewczyna skinęła głową. Dyrektor chciał poznać jej opinię. — Gdybyś była na moim miejscu, jaka byłaby twoja decyzja?
W oczach Kate zauważył błysk zaskoczenia, który szybko zniknął. Czarownica odłożyła teczkę i nie spuszczając wzroku z Dumbledore’a odaprła:
— Nie sądzę, żebym kiedykolwiek była na pańskim miejscu. Ale przecież pan podjął już decyzję, prawda? — zapytała tylko, ale nie oczekiwała odpowiedzi. Zbierała się do wyjścia. — Proszę przesłać pisemną zgodę do Briana Peera. Dziękuję za rozmowę.
Lekko się ukłoniła i wyszła. Albus nie mógł powstrzymać cisnącego się na usta uśmiechu. Nie rozczarował się młodą Invicto.
— Dzisiejsza młodzież jest niewiarygodnie bezczelna i niewychowana — rzucił Black, drapiąc się po nosie.
— Przede wszystkim jest naszą największą nadzieją — odpowiedział krótko starzec i sięgnął po pióro.

***

Wylądowali na leśnej drodze. Kilka zaschniętych liści uniosło się w górę, gdy trzy pary stóp mocno uderzyły o podłoże. Umięśniony mężczyzna potarł ręce i rozejrzał się wkoło. Najwidoczniej nie był zadowolony z położenia, bo westchnął z irytacją. Szczupła blondynka uniosła brwi i również skupiła uwagę na otoczeniu.
— Jesteśmy niedaleko Inverey? Nie mieliśmy wylądować bliżej Ben Macdui? — zapytała, poprawiając włosy.
— Och, może jeszcze mieliśmy wylądować na środku jeziora, żebyś mogła przejechać się Kelpie? — zadrwił brunet, poprawiając kurtkę i sięgając do kieszeni po nóż.
— Bo w lesie nie ma żadnych potworów co nie? — prychnęła głośno.
Podczas gdy ta dwójka zaczęła sprzeczać się nad poziomem zagrożenia, Harry odzyskał zdolność do jasnego myślenia. Dopiero teraz dotarło do niego, co takiego zrobił. W ciągu niecałych trzech godzin podjął tyle absurdalnych decyzji, że gdyby w tym momencie zaproponowano mu przyłączenie się do Śmierciożerców może by się zgodził. Szybko zganił się za tę myśl. Może był głupi, ale nie na tyle. Zawiał mocniejszy wiatr i chłopak lekko drgnął z zimna. Chociaż nie bardzo znał się na określaniu swojego położenia, nazwa Ben Macdui kojarzyła mu się ze Szkocją. To była jedna z nielicznych rzeczy, które jeszcze zapamiętał z mugolskiej szkoły. A więc jedna sprawa załatwiona, są w Szkocji, gdzieś w lesie i Potter za cholerę nie miał pojęcia, co tu robią. Właściwie to powinien się skupić na tym, jak się tu dostali. Pierwszy raz w życiu się teleportował. Uczucie niemal podobne do tego, który towarzyszyło mu przy pierwszym kacu, gdy wahał się pomiędzy zwymiotowaniem całego żołądka a waleniem głową w ścianę, tylko teraz wszystko szybciej przeminęło.
Dobra, więc jest w obcym kraju z obcymi (no prawie) ludźmi w niewiadomo jakim celu. To chyba odpowiednia pora, żeby zacząć zadawać pytania. Pierwsze, które przyszło mu na myśl nie należało do najmądrzejszych.
— Co to Kelpie? — Kate i Frank (bo chyba tak miał na imię) odwrócili się w jego stronę, przerywając ostrą wymianę zdań.
— Szkocki koń wodny , taka legenda. Właściwie dla mugoli to legenda — wyjaśniła zniecierpliwiona dziewczyna, wymieniając znaczące spojrzenie z Barnesem.
— Aha — powiedział tylko Harry, ale szybko spróbował się ogarnąć. — A co my tu robimy?
— On taki zawsze? — zapytał rozbawiony Frank, patrząc na chłopaka z politowaniem. — Spodziewałem się ogarniętego czarodzieja, a nie...
— Idziemy do Tectum, spotkać się z Brianem, a na schronienie nałożone są bariery ochronne, więc można deportować się tylko w okolice — wyjaśniła, przerywając mężczyźnie.
— Jest tak jak Hogwart nieoznaczony na mapach i nie do wykrycia przez mugoli? — spytał czarodziej, przypominając sobie, co mówiła kiedyś Hermiona.
Kate skinęła głową, a spojrzenie Franka trochę złagodniało. Chłopak przynajmniej coś wiedział, więc może jest po prostu oszołomiony. Takie wytłumaczenie przypadło mu chyba do gustu, bo już milszym głosem rzucił:
— Bez zbędnego gadania dzieci, musimy się spieszyć.
Kate przyjrzała mu się krytycznie. Sam nie miał więcej niż dwadzieścia parę lat, a ich pouczał. Jednak nic nie powiedziała i kiwnęła na młodszego chłopaka. Barnes ruszył, a za nim w małej odległości dawni przyjaciele. Nastała niezręczna cisza. Harry’emu do głowy przychodziły już o wiele mądrzejsze pytania, ale nie potrafił wypowiedzieć ich na głos. Nic nie było w porządku, chociaż przez chwilę się oszukiwał. Jego przeszłość okazała się kłamstwem, a jedyna osoba, którą dobrze wspominał – całkowitą niewiadomą. Czuł, jak świat rozpada mu się na kawałki. Zamknął tamten rozdział tak dawno, w momencie kiedy poznał Rona i Hermionę. A teraz? Zerknął szybko na dziewczynę. Nie potrafił sobie wyobrazić, że wracają do dawnej relacji albo spędzają czas z jego przyjaciółmi. Skąd mógł wiedzieć, czy ona sama nie ma nowych znajomych? Nie była tą samą Kate. A na co liczyłeś, idioto? skarcił się szybko w duchu. Przecież minęło ponad pięć lat i dużo się przez ten okres wydarzyło. Z tych gorszych m.in.: powrócił Voldemort, stracił Syriusza, został cholernym Wybrańcem... i ponownie spotkał Invicto. Był niesprawiedliwy. Jeszcze nie powinien wrzucać powrotu czarownicy do złego worka, musi trochę poczekać.
Blondynka wyglądała, jakby miała już dosyć milczenia.
— Niemal słyszę, jak huczy ci w głowie, więc może pytaj? — rzuciła nagle, a on lekko się zaczerwienił. Powstrzymała się od wywrócenia oczami.
— Czym jest Tectum? — zapytał po chwili wahania.
— Tectum jest naszym schronieniem, miejscem, gdzie mieszka większa część z nas. Uczymy się w nim, spędzamy dużo czasu i pilnujemy, żeby nikt o nim nie wiedział — wyjaśniła dość lakonicznie. Nie zadowoliła go ta odpowiedź. — Słuchaj, nie mogę ci powiedzieć więcej, bo złamię zasadę.
— Jaką zasadę? — podchwycił szybko, teraz już szczerze zainteresowany. Wcześniej spodziewał się jakiegoś domu, w którym mieszka ten Brian, a tutaj dowiadywał się o czymś o wiele większym. Śmierdziało mu jakąś organizacją. Czuł się niemal jak rok wcześniej, gdy jeszcze nic nie wiedział o Zakonie. Ta myśl trochę go zirytowała. Chyba nie wyrobi, jeśli spotka się z czymś podobnym.
— Ważną zasadę. Możesz zadać inne pytanie?
— Co się stało z twoimi rodzicami? — Pytanie wyszło z jego ust, zanim zdążył nad nim pomyśleć. Frank, który głuchy nie był , usłyszał je i zerknął na nich przez ramię. Harry zobaczył jego minę, mówiącą, że zdecydowanie nie było to najlepsze pytanie. No, ale było już za późno.
— Ojciec zginął na jednej z misji, matka kilka dni później w domu. Oboje zabiła Lestarnge — odpowiedziała spokojnie, nawet nie zwalniając kroku. Harry jednak niemal się zatrzymał.
— Lestrange? — Jakby dostał obuchem w głowę. Samo nazwisko wzbudziło w nim tyle negatywnych emocji, że połączenie go z kolejnym morderstwem zabolało jeszcze bardziej. Twarz dziewczyny nie wyrażała żadnych uczuć, oprócz opanowania. I chyba to go jeszcze bardziej dobiło. – Kate, bardzo mi...
— Tylko nie mów, że ci przykro, dobra? — przerwała mu szybko z wyciągniętą do góry dłonią. — Oszczędź sobie tego, to naprawdę nic nie daje.
Zacisnął usta. Jakby tego nie wiedział. Ale sam fakt, że nie przyjęła jego współczucia trochę go zabolał. Z drugiej strony słuchanie często takich pustych słów działało na nerwy i pogłębiało ból. Przeklinał siebie, że w ogóle przyszło mu to pytanie do głowy.
Dalszą drogę pokonali w milczeniu. Atmosfera była napięta jak struna, ale nikt nie kwapił się, żeby to zmienić. Harry zapatrzył się na leśny krajobraz i musiał przyznać, że było na co popatrzeć. Szkocja, zielona kraina naprawdę obfitowała w gęste lasy pełne mchów oraz krzewów jeżyn i malin. Może i zastanawiałby się nad tym dłużej, gdyby nie obraz, który się przed nim pojawił.
Niebo, na którym zaczęły pojawiać się już pierwsze gwiazdy, zabarwiło się na piękny ciemnogranatowy kolor, a zbłąkany ptak śpiewał swoją melodię. Nad iglastymi i liściastymi drzewami górowała szara, zimna góra Ben Macdui, jednocześnie kusząc i odrzucając swoim wyglądem. Świerszcze cykały, a w oddali słychać było szum jakiegoś małego potoku. Jednak to, co przykuwało największą uwagę znajdowało się tylko kilkaset metrów przed nimi. Nieduży, ale obfitujący w strzeliste wieże zameczek spowity był w cienie, a wokół niego niemal błyszczała magiczna aura. Kamienne bloki, z których go zbudowano porośnięte były bujnym bluszczem, a w niektórych oknach widać było łunę od płomyków świec.
— To jest Tectum? — jęknął Harry, nie mogąc oderwać oczu od zamczyska, tak bardzo przypominającego mu Hogwart.
— Spodziewałeś się chatki górala? — zapytała rozbawiona dziewczyna, wymieniając spojrzenie z Barnesem. Widok nie zrobił na niej większego wrażenia, przyzwyczaiła się do niego na przestrzeni lat.
Zdecydowanie zwolnili kroku, teraz już rozluźnieni, najwidoczniej czując się bezpiecznie. Potter rozglądał się na wszystkie strony, chcąc zapamiętać jak najwięcej szczegółów. Jakby ponownie miał jedenaście lat i płynął w łódce do Hogwartu, jeszcze nie wiedząc, co go czeka.
Dziedziniec przed budynkiem był niemal całkowicie zarośnięty. Dużo mu brakowało do zadbanego przedsionka brytyjskiej szkoły magii, ale miał w sobie niecodzienny urok. Zmierzali w stronę wysokich wrót, które szybko przykuły jego całkowitą uwagę. Wykute w brązie piękne zdobienia przedstawiały wizerunki zwierząt i fantastycznych stworzeń. Rozpoznał majestatycznego lwa i równie pięknego feniksa, ze zdziwieniem zauważył chimerę i sprawiającego wrażenie gotowego do ataku dementora, nawet nie zabrakło czujnego jelenia i silnego hipogryfa. Może przyglądałby się im dłużej, gdyby nie ponaglające chrząknięcie Franka, który już otwierał lewą część wrót. Harry wszedł po zniszczonych schodach i znalazł się w małym, ciemnym korytarzu, który trochę go zdziwił.
— No, to tutaj się rozstajemy — rzucił starszy mężczyzna. — Inivcto, zaprowadzisz Pottera do Briana, prawda?
— Oczywiście, dzięki agencie. — Kate z ironią zasalutowała czarodziejowi, na co ten lekko się uśmiechnął. Razem z Harrym obserwowali, jak sylwetka potężnego Franka znika w ciemności. Agencie?
— Brian pewnie już czeka — rzuciła po chwili blondynka i wskazała ręką jeden z węższych korytarzy. — Mam nadzieję, że nie zmieniłeś zdania?
Tak, na pewno teraz, kiedy ciekawość go niemal zżerała, a drogi odwrotu nie widział. Ruszył bez słowa, a zanim podążyła Invicto. Korytarz był przytłaczająco pusty, w porównaniu z hogwarckim, gdzie na każdym kroku spotykał portrety i zbroje. Tutaj najwidoczniej postawiono na minimalizm. Świece zawieszone na ścianach dawały tak mało światła, że mogłoby ich nie być. Za oknem rozpościerał się widok na górę, teraz coraz bardziej pogrążoną w mroku, a nad nią unosiła się nocna mgła.
Zatrzymali się przy pierwszych drzwiach po lewej. Drewniane z metalową klamką i małą gustowną tabliczką z nazwiskiem. Potter czekał, aż Kate zapuka i wejdą do gabinetu, jednak bardzo się zdziwił, gdy dziewczyna bez żadnego oporu otworzyła drzwi i wbiła ostre spojrzenie w siedzącego przy biurku mężczyznę.
— Czy ja naprawdę potrzebuję cienia? — zapytała ze złością, chociaż nadal w miarę spokojnie.
Szare oczy spotkały się z intensywnie zielonymi, które emanowały całkowitym opanowaniem. Wyraźnie zarysowana szczęka porośnięta dwudniowym zarostem dodawała stanowczości i męskości. Prosty i długi nos upstrzony był małymi, ale licznymi piegami. Mężczyzna miał krótką fryzurę, idealną dla wojownika, ale nie odejmującą mu charakteru. Kilka drobnych zmarszczek zdążyło pojawić się na twarzy Briana Peera, który zrobił bardzo pozytywne wrażenie na młodym Potterze.
— Drzwi zostały zaprojektowane, żeby w nie pukać przed wejściem. — Niski, budzący szacunek głos wypowiedział te słowa swobodnie, a jego właściciel lekko odchylił się na krześle. — Najwidoczniej przydał się, skoro zignorowałaś moje wytyczne.
— Wytyczne nie były dość dokładne — wyrzuciła mu Kate. — Nie ufasz mi na tyle, żeby dać samodzielną misję?
— Przypominam ci tylko, że nie jesteś jeszcze agentką i solowe zadania nie są wskazane – zauważył spokojnie, ale w oczach pojawił się stalowy błysk. — A teraz idź zameldować się do agenta Washera, ma do ciebie kilka pytań.
Harry obserwował tę rozmowę z ciekawością. Szybko domyślił się, że relacja wiążąca Kate z Peerem jest głębsza, niż początkowo sądził. Mężczyzna nie wyglądał na takiego, który pozwala sobie na wymówki i niegrzeczne odzywki, a więc jego dawna przyjaciółka cieszyła się szczególnymi względami. Teraz wyglądała na lekko podirytowaną i wyraźnie miała jeszcze coś do powiedzenia, ale Brian stanowczym ruchem ręki wskazał jej drzwi.
— Tak jest, dowódco — powiedziała zimnym tonem i zerkając jeszcze przelotnie na Harry’ego, opuściła pokój.
Harry i Brian Peer nareszcie zostali sami. Chłopak czuł, że jest w tym momencie oceniany przez starszego mężczyznę, ale sam nie do końca wiedział dlaczego. Brian opuścił krzesło i podszedł bliżej gościa. Wyciągnął rękę w geście przywitania. Cały czas nie spuszczał oczu z młodego Pottera.
— Brian Peer, Głównodowodzący Rady Patronusów.
Chłopak po krótkiej chwili wahania uścisnął jego dłoń.
— Harry Potter — przedstawił się, choć wiedział, że nie musi. Jednak głupio było mu milczeć.
Brian wskazał ręką krzesło stojące naprzeciwko biurka, a sam zajął swoje poprzednie miejsce. Spojrzenia równie zielonych, choć  te należące do starszego były intensywniejszej barwy, spotkały się na krótko. Potem Peer pochylił się do przodu i zaczął spokojnym głosem:
— Zaprosiłem cię tutaj w imieniu całej Rady, chociaż inicjatywa wyszła z mojej strony. Nasze stowarzyszenie ceni sobie prywatność i nie przyjmuje przypadkowych osób w swoje szeregi, jednak ty do takich osób nie należysz. — Tutaj na chwilę przerwał, pozwalając gościowi przeanalizować swoje słowa. Stowarzyszenie? Na kształt Zakonu? Harry poruszył się niespokojnie. Chyba nie był pozytywnie nastawiony. Postanowił jednak wysłuchać dowódcy, bo i tak nie miał innego wyjścia. — Wahałem się z tą decyzją już od dłuższego czasu, jednak incydent w gmachu Ministerstwa przekonał mnie, że nadszedł właściwy czas na podjęcie odpowiednich środków. Rada zatwierdziła moją propozycję, a teraz wszystko zależy od ciebie.
Zamilkł i dopiero po chwili Harry zorientował się, że czeka aż coś powie.
— Ehm... — zająknął się i nie miał zielonego pojęcia, co ma dalej robić. Skup się, Potter! Dał sobie mentalnego liścia i opanował język. — Co to za Stowarzyszenie?
— Organizacja „Patronus”, potocznie nazywana Patronusami jest tajną grupą najlepszych czarodziejów, wojowników i nadprzyrodzonych stworzeń, która została powołana jeszcze za czasów Grindelwalda. Zajmujemy się głównie zbieraniem informacji na temat naszych wrogów, aby później w skuteczny sposób się z nimi rozprawić. Choć nasze poczynania są tajne, najważniejsi przedstawiciele państw wiedzą o nas, niekoniecznie znając tożsamość naszych ludzi. Dzięki takiemu postępowaniu możemy działać skutecznie i szybko.
— Ale dlaczego zainteresowano się mną­? — Harry nie mógł zrozumieć, dlaczego tę  organizację interesuje jego życie. Na razie nie był pewien, czy „Patronus” był neutralny w wojnie z Voldemortem, czy jednak ma wyraźnie zarysowane poglądy. Peer nie wyraził się jasno, do jakich celów została powołana za panowania pierwszego Czarnoksiężnika. Nie wierzył jednak, że ma do czynienia z „tajnymi” Śmierciożercami.
— Czy to aż takie dziwne? — odpowiedział pytaniem na pytanie, a w jego oczach błysnęły iskierki rozbawienia. — Jesteś znaną osobą, a twoje cudowne przeżycie piętnaście lat temu nadal budzi podziw. Dodatkowo nie zapominajmy o twoich dokonaniach w poprzednich latach. Kamień filozoficzny, Komnata Tajemnic, współudział w ucieczce Syriusza Blacka, najmłodszy uczestnik Turnieju Trójmagicznego. A co za tym idzie, kilka ponownych spotkań z Voldemortem. —  Chyba jednak nie byli po stronie Riddle, skoro wymawiał bez wahania jego nazwisko. No i czy w takim przypadku gościliby go z takim spokojem? — Jak już wcześniej wspomniałem, zbieramy najlepszych czarodziejów, których szkolimy na dobrych wojowników. Z opinii ludzi, którzy znają cię lepiej, pozwalam sobie wywnioskować, że nadajesz się tutaj.
Co prawda, Brian nie do końca mówił prawdę, bo opinii jako takiej nie zasięgnął, ale wierzył swojej intuicji. Chłopak może i nie był wielkim magiem, ale miał potencjał i umiał wydostać się z tarapatów, co dostrzegłby każdy, przeglądając jego kartotekę. Dodatkowo, Brian pamiętał (chociaż dość słabo) Jamesa Pottera i Lily Evans, a mając takich rodziców, raczej nie mógł być beznadziejnym czarodziejem. Byle dzieciak nie uciekałby za każdym razem tuż sprzed nosa Voldemorta.
— Co zależy ode mnie? — zapytał nagle młody, a Peer musiał przez chwilę pomyśleć, o co mu chodzi. Zaskakujące, że chłopak zapamiętał jego słowa, a przecież później powiedział wiele ciekawszych rzeczy. No cóż, przynajmniej go słuchał.
— To, czy podejmiesz szkolenie, czy odejdziesz z powrotem na Privet Drive i zapomnimy, że ta rozmowa miała miejsce.
— Mam do was dołączyć? — Nie tego się spodziewał. Chyba jeszcze nie do końca to do niego dotarło.
Brian zaśmiał się krótko.
— Żeby zostać Patronusem potrzeba trochę więcej, niż sławne nazwisko i talent. — Harry’emu zrobiło się głupio i prawie się zaczerwienił. Na szczęście tylko uszy przybrały ciemniejszą barwę, bo mężczyzna kontynuował. — Możemy zapewnić szkolenie, czyli naukę wszystkiego, co przyda się  agentowi. Zarówno magiczne umiejętności, jak i mugolskie są równie ważne i wymagane na wysokim poziomie. Połowa kandydatów odpada w trakcie szkolenia, przyjmujemy tylko tych najlepszych i nie chodzi mi tutaj tylko o umiejętności. Standardowe szkolenie może zająć nawet kilka lat.
— Lat? — Potterowi zaschło w ustach. Nie spodziewał się, że potrwa kilka dni, ale i tak poczuł, że traci nadzieję. W jego przypadku ciężko było liczyć na to, że przeżyje więcej, niż rok, no może dwa.
— Powiedziałem: standardowe — zauważył czarodziej, przyglądając mu się uważnie. — Wszystko zależy od okoliczności, a w twoim przypadku nie sądzę, by potrzeba było tak dużo czasu. Stowarzyszenie ma również swoje sposoby, żeby nie zabrakło czasu na przeprowadzenie szkolenia.
— To znaczy?
— Pętla czasu, mówi ci to coś? — Och, oczywiście, że mówiło. Na sam dźwięk słów „pętla czasu” w głowie Harry’ego pojawił się zmieniacz czasu Hermiony i ich męczący wyścig z czasem, który zakończył się w dość mało satysfakcjonujący sposób.  Podejrzewał jednak, że nie do końca o takie manipulacje czasem chodzi. — Kilka silnych zaklęć i jeden tydzień tutaj, to zaledwie jeden dzień poza granicami Tectum. Oczywiście, pętlę czasu stosuje się tylko w bardzo wyjątkowych przypadkach. Nie jestem pewien, czy ty się do nich zaliczasz.
— Za niecałe dwa miesiące zaczynam Hogwart — przypomniał mu Harry. — W żadnym przypadku nie opuszczę szkoły dla szkolenia.
Brian nie pierwszy raz podczas tej rozmowy powstrzymał uśmiech. Przeklęty Hogwart i jego urok. Niestety, kto raz przekroczy próg tego zamczyska, już nigdy nie uwolni się od jego czaru. Nawet on, który ukończył szkołę prawie dwadzieścia lat temu nie mógł opanować narastającego w nim uczucia nostalgii tylko na wspomnienie Hogwartu. Przekonanie Pottera, żeby opuścił szkołę było niemal tak samo prawdopodobne, jak przeciągnięcie go na ciemną stronę.
— Niecałe dwa miesiące wystarczą, żeby wprowadzić postawy. Hogwart nie hamuje rozwoju osobistego, o ile pamiętam, więc dalszą część szkolenia można przeprowadzać na odległość. Nie powinieneś przejmować się tą częścią. Wystarczy, że podejmiesz decyzję.
Powiedział to tak, jakby to było takie proste. A nie było, przynajmniej nie dla Harry’ego. Nie tak wyobrażał sobie ten dzień. Nie tego się spodziewał, nawet jeśli czasami puszczał wodze fantazji. A już na pewno nie marzył o spotkani Kate Invicto, Briana Peera i Merlin wie kogo jeszcze. Niestety tym razem nie mógł uniknąć odpowiedzialności. Zostało mu tylko pomyśleć i zdecydować, co zrobić. „Patronus”. Czym dokładnie był? W co pakował się, decydując się na szkolenie? Co miało mu dać? I co najważniejsze, czy będzie zmuszony oglądać Kate więcej razy? Zmuszony, Potter?. Czy aby na pewno tak bardzo tego nie chciał?
Próbował sobie wyobrazić, jak na taką propozycję zareagowaliby jego przyjaciele. Ron z pewnością nie wiedziałby, co powiedzieć i prawdopodobnie poprosiłby o pomoc jego i Hermionę. Natomiast nie miał wątpliwości, że czarownica w mgnieniu oka znalazłaby wszystkie plusy i minusy, a potem podjęłaby najkorzystniejszą decyzję. On nie był ani Ronem, który długo wahałby się z decyzją o ile jakąś by samodzielnie podjął, ani szybko myślącą Hermioną, która lubiła rozwiązywać problemy jak najszybciej. On był osobą, która działa instynktownie, zwykle kierując się dobrem innych, a nie swoim, współpracując ze swoją intuicją, która zawodziła wiele razy, ale o wiele częściej go nie myliła. A o ile dobrze się znał, tak naprawdę decyzję podjął już przy pierwszym pytaniu. Może nawet wcześniej, spotykając Kate i rozmawiając z nią o przeszłości.
Brian cierpliwie czekał. Gdy Potter uniósł głowę i popatrzył na niego, już wiedział. I słowa, które potem usłyszał, tylko utwierdziły go w przekonaniu, że sie nie pomylił.
— Chcę podjąć szkolenie.

 ___________________________________________________________________

Kolejny rozdział za nami :) Pogoda niestety nie rozpieszcza i kto jest tak mądry, że łapie przeziębienie w ostatnim tygodniu wakacji? No cóż, mam nadzieję, że u Was samopoczucie lepsze. Właściwie to by było  na tyle mojego gadania, rozdział jak zwykle sprawdzała Noelia Cotto.

Daniel King odpowiem już przy okazji na twój komentarz. Również mam ogromny sentyment do Harry’ego, dlatego całkowicie rozumiem twoje odczucia. Co do Rona... nie chciałabym dość stereotypowo zrobić z niego złego gościa, któremu odbija i postanawia zerwać przyjaźń z Harrym, bo mimo wszystko Złota Trójka jest dla mnie ważna. Muszę jednak przyznać, że za Ronem nigdy nie przepadałam, nawet w kanonie, szczególnie po tym, jak potraktował Harry’ego w Czarze Ognia :( No ale postaram się nie zrobić z niego kompletnego gnojka.