30.12.2017

Życzenia noworoczne i mała niespodzianka

Zdaję sobie sprawę, że po części ten post jest usprawiedliwieniem, bo znowu przesuwam datę publikacji rozdziału, no ale i tak miałam zamiar go napisać. Czy tylko do mnie jeszcze nie dociera, że za nami kolejny rok? Ja nadal mentalnie żyję w 2012 :D
W Nowym 2018 Roku chciałabym wam życzyć spełnienia marzeń i wytrwałości w trzymaniu się swoich postanowień noworocznych. Niezapomnianych przeżyć, szczerych i oddanych przyjaciół, dobrze spędzonych urodzin, świąt, imienin. Dla piszących własne opowiadania przesyłam mnóstwo weny i napływu nowych komentarzy. 
Dziękuję wszystkim czytelnikom, i tym cichym, o których obecności świadczy tylko liczba wyświetleń, jak i komentującym, w szczególności Danielowi Kingowi i Mrocznemu Księciu, za uwagi i refleksje, którymi się ze mną dzielą.
Na sam koniec mam dla was małą niespodziankę - kilka tygodni temu skończyłam montować zwiastun Potęgi. Nie jest od może najwyższych lotów, ale i tak jestem z niego zadowolona. Mam nadzieję, że niektóre scenki nie zdradzą wam za dużo :D
Do zobaczenia w 2018 roku!



PS: Dla utrzymania dobrej jakości, polecam filmiku nie powiększać :D

16.12.2017

Rozdział 9

Ważne rozmowy

Harry jakimś cudem wytrzymał do ostatniego dzwonka tego dnia. Przetrwał nawet lekcję oklumencji, chociaż to pewnie dlatego, że skupili się głównie na teorii. Swoją drogą przekonał się, że Snape nie raczył zapoznać go z podstawowymi informacjami i wskazówkami, ale od razu wrzucił na głęboką wodę. Cóż, jeśli uważał to za dobry pomysł, to mocno się pomylił. 
Nie musiał nikogo pytać o drogę do gabinetu, ponieważ zdążył ją już zapamiętać. Przez cały czas zastanawiał się, co dokładnie ma powiedzieć, ale kiedy znalazł się tuż pod drzwiami, po prostu zapukał i nie czekając na odpowiedź, wparował do środka. Brian zlustrował go lekko zaskoczonym spojrzeniem.
— O co chodzi?
— Stowarzyszenie infiltruje Zakon? — zapytał, zanim zdążył pomyśleć. Mężczyzna przez krótką chwilę przyglądał mu się w skupieniu, a potem westchnął.
— Mam rozumieć, że poznałeś Samanthę.
— Wiedzieliście o ataku na ministerstwo? — zadał pytanie, które nurtowało go najbardziej.
— Tak — odpowiedział Peer, a Harry przez chwilę stał w milczeniu. Nie był do końca pewien, jakie emocje odczuwał najbardziej – gniew, zaskoczenie, a może żal? Po prostu myśl, że Zakon mógł uzyskać pomoc i może wtedy Syriusz… Zacisnął zęby.
— I po prostu siedzieliście z założonym rękami, patrząc, jak inni narażają życie, choć mieliście wyszkolonych ludzi? Nie byłby to pierwszy raz, prawda?
Nie starał się opanować czy przemyśleć swoich słów, powiedział to, co pierwsze przyszło mu do głowy. Z jednej strony zdawał sobie sprawę, że takie odzywki mogą go drogo kosztować, z drugiej... zależało mu wyłącznie na szczerej odpowiedzi.
Ku jego zaskoczeniu Brian nie wyglądał na rozgniewanego jego wybuchem. Wręcz przeciwnie, wstał i wskazał mu krzesło, zachęcając chłopaka do zajęcia miejsca. Harry z wahaniem usiadł, nadal ledwo panując nad emocjami.
— Nie mogliśmy ryzykować ujawnienia. Zanim wyciągniesz z tego jakieś wnioski, po prostu posłuchaj — powiedział głośniej, widząc, że chłopak znowu otwiera usta. Kiedy nastała cisza, mężczyzna kontynuował. — Nie jesteśmy organizacją, która ma walczyć w pierwszych szeregach. Nie pełnimy funkcji dobrze wyszkolonych aurorów. Mamy szpiegować, planować i zdobywać sojuszników. Ponad połowa naszych ludzi jest uważana za zmarłych, zaginionych lub w ogóle nie wiadomo o ich istnieniu. Tamtego dnia wszyscy, którzy byli do pełnej dyspozycji, mają za sobą przeszłość z Śmierciożerami, w tym ja. — Harry pomimo gniewu, uniósł brwi w zaskoczeniu. — Nie mogę ich narażać na zdemaskowanie, jeszcze nie teraz. Poza tym… nie jestem tutaj szefem.
— Ale przecież jest pan głównodowodzącym — wypalił, a Brian tylko się uśmiechnął.
— Angielskiej Rady Patronusów, tak. Całego stowarzyszenia, nie. To nie ja podejmuję decyzje dotyczące naszej działalności, muszę się dostosować do narzuconych nakazów i zakazów, a to oznacza między innymi to, że nie mogę sobie pozwolić na wysłanie większego oddziału na taką bitwę.
Był zaskoczony, nawet bardzo. Od samego początku uznał, że ma do czynienia z przewodniczącym całego Patronusa, tymczasem okazało się, że jest ktoś jeszcze. Harry nie chciał wyciągnąć błędnych wniosków, ale miał wrażenie, że Peerowi nie do końca odpowiadały zasady narzucone przez tajemniczego dowódcę.
— Skoro nie chcecie podjąć takiej walki, dlaczego pan uważa, że chcę należeć do takiej organizacji? Powiedziałem, że chcę walczyć, nie czekać na gwiazdkę z nieba.
— Patronus nie miesza się w walki do pewnego czasu. Do rozpoczęcia wojny — wytłumaczył spokojnie Brian. — Myślę, że obaj zdajemy sobie sprawę, że nie zostało do niej dużo czasu.
Czarodziej usiadł naprzeciwko Harry’ego i popatrzył na niego uważnie.
— Kiedyś mieliśmy inne podejście. Praktycznie nie było dnia bez walki, mimo tego prawie nikt nie znał naszej tożsamości. Pewnie zastanawiasz się, dlaczego tak nie zostało? Przez takie postępowanie straciliśmy dziesiątki najlepszych ludzi, w tym naszego nowego angielskiego przywódcę.
— Kto nim był?
Potter zauważył, jak twarz mężczyzny przeszywa krótki ledwo widoczny skurcz. Coś opadło mu na dno żołądka, bo bardzo dobrze znał ten wyraz. Widział go wiele razy u Syriusza i Remusa.
— John Invicto, mój najlepszy przyjaciel.
— Invi… — zaczął Harry, ale szybko urwał, kiedy zdał sobie sprawę, co to oznacza. — Ojciec Kate?
— Nie powiedziała ci tego? Cóż, członkowie Patronusa raczej nie mają szczęśliwego życia. Wielu z nas pamięta pierwszą wojnę, niektórzy kojarzą nawet ostatnie lata panowania Grindelwalda. Sęk w tym, że nikt z nas nie chce popełniać tych samych błędów. Tym razem nie możemy sobie pozwolić na kolejną porażkę.
Potrafił to zrozumieć. Zresztą gniew, który czuł, wchodząc do tego gabinetu, gdzieś wyparował. Historia tego stowarzyszenia… Czy wszystkie organizacje, które chciały pomóc i uratować świat przed terrorem Voldemorta, czekał ten sam koniec? Ocalało tylko kilku członków Zakonu Feniksa, jak widać, podobny los spotkało Patronusa. Zrobiło mu sie głupio, że skrytykował postępowanie tej organizacji. Przecież Dumbledore działał podobnie. 
— Młodzi ludzie zawsze chcą walczyć. Przyświecają im ideały i czują się niemal niepokonani, wiem o tym. Musicie jednak zrozumieć, że wojna to nie tylko krwawe bitwy. To też polityka, gromadzenie sojuszników i szukanie szpiegów. Wcześniej zawiedliśmy, walcząc na pierwszym froncie. Teraz staramy się to naprawić, stosując inne metody.
Harry chciał coś odpowiedzieć, jednak w tym momencie drzwi do gabinetu otwarły się i ukazał się w nich Ed. Nawet jeśli zaskoczył go widok Pottera, nie dał po sobie tego poznać.
— Brian, mamy gościa. Potrzebujemy cię tam, bo inaczej Dominique powie o jedno słowo za dużo — zaczął szybko i choć sprawa wydawała się poważna, wyglądał na niemal znudzonego.
— Kto?
— Lizod… — Peer zmierzył go ostrym spojrzeniem. — Wysłannik Hamilsona — poprawił się ugodowo Washer.
— Już idę. — Odwrócił się z powrotem w stronę Harry’ego. — Czy możemy uznać naszą rozmowę za skończoną?
— Tak, dziękuję, to wszystko — podziękował Potter, zbierając się do wyjścia. Chyba nie do końca chciał być świadkiem tej rozmowy i nie czuł się komfortowo, czując na sobie przenikliwe spojrzenie Eda.
Był już na korytarzu, kiedy Brian zawołał:
— Potter. — Obrócił się i zobaczył zamyślonego mężczyznę. — Powinniście porozmawiać z Kate.
Po chwili zniknął razem z Washerem, pozostawiając zaskoczonego Harry’ego samego.

***

 Ostry zgrzyt zamka zapowiedział otwarcie drzwi. W progu stanęło dwoje ludzi. Kobieta zlustrowała wzorkiem obskurny korytarz prowadzący do jeszcze gorzej wyglądającego salonu połączonego z kuchnią. Wszystko było zniszczone, stare i w ciemnych kolorach. Podeszła do okna i spróbowała je otworzyć, co udało jej się z wielkim trudem. Odwróciła się z powrotem w stronę mężczyzny, który nadal stał w korytarzu.
— Jesteś absolutnie pewien, że chcesz tu zostać?
— To moje mieszkanie, gdzie indziej mógłbym pójść?
— Hogwart jest pusty aż do września, Dumbledore na pewno pozwoliłby ci tam...
— Tonks, nie ma mowy — przerwał jej łagodnie. — Ostatnie pięć dni spędziłem w Skrzydle Szpitalnym pod czujnym okiem pani Pomfrey, a dzisiaj Molly wciskała mi tony jedzenia w Norze. Potrzebuję trochę spokoju i samotności.
Kobieta westchnęła, jeszcze raz oglądając się po mieszkaniu. Nie wyglądała na zadowoloną, a Remus właściwie jej się nie dziwił. Ostatni raz odwiedził to miejsce krótko przed objęciem posady jako nauczyciel w Hogwarcie, a i wtedy ograniczał przebywanie w zapuszczonej klitce do minimum.
— Remus, jeśli będziesz czegoś potrzebować, to wiesz…
— Za parę dni spotkanie Zakonu, do tego czasu nic mi nie będzie.
— Całkowicie mnie uspokoiłeś, biorąc pod uwagę wydarzenia sprzed kilku dni — prychnęła, a on musiał przyznać jej rację. W końcu odpuściła. — Nie zamartwiaj się i może spróbuj do tego nie wracać, okay?
— Nie masz czasem raportu do wypełnienia? — zmienił temat, przyglądając się jej badawczo. Na jej twarzy odmalowało się niezadowolenie, więc musiał dobrze pamiętać. — Chyba nie chcesz zawieść Kingsleya?
— Dobra, widzę, że chcesz się mnie pozbyć — burknęła, obrzucając go pełnym wyrzutów spojrzeniem. — Dbaj o siebie, bo jak Molly jeszcze raz zobaczy cię w takim stanie, to nie wypuści cię już z Nory.
Uśmiechnęła się do niego lekko, odwróciła w stronę drzwi i standardowo niemal zaliczyła upadek, potykając się o wystającą listwę. Zmieliła w ustach przekleństwo i szybszym krokiem ruszyła do wyjścia. Kiedy usłyszał trzaśnięcie drzwiami, odetchnął z ulgą.
Niczego bardziej nie potrzebował, jak spokoju i samotności. Po przesłuchaniu w gabinecie Dumbledore’a, a potem wysłuchaniu miliona troskliwych pytań miał serdecznie dosyć. Oczywiście przebywanie w tym starym mieszkaniu nie było szczytem jego marzeń, ale musiał się nim zadowolić. Nie szło mu to zbyt dobrze, szczególnie kiedy przypomniał sobie, że to tutaj spędził długie miesiące po tym, jak Zakon uznał go za szpiega Voldemorta.
Wciąż lekko utykając, podszedł do okna i wyjrzał przez nie na wąską, zatłoczoną uliczkę. Odrapane ściany sąsiedniej kamienicy nie zachęcały widokiem, a siedząca na balkonie grupka palących nastolatków opowiadała wulgarne żarty.
Przejechał ręką po włosach. Mógł sobie wmawiać, co chciał, ale prawda byłe jedna – nienawidził tego miejsca całym sercem.
Z rozmyślań wyrwał go dźwięk, którego nie spodziewał się nigdy tu usłyszeć. Zmarszczył brwi i zerknął za siebie. Ledwo trzymający się na ścianie telefon stacjonarny rozbrzmiewał głośnym brzęczeniem. Na początku pomyślał, że to musi być jakaś pomyłka. Żaden znany mu czarodziej po pierwsze nie skorzystałby z tego sposobu komunikacji, a po drugie nikomu nie podał swojego numeru. Nikomu, oprócz…
Przełknął ślinę i jak najszybciej podszedł do aparatu i chwycił za słuchawkę.
— Halo?
Chwila ciszy. Kiedy chciał już odwieszać ją na miejsce, usłyszał cichy, nerwowy głos.
— Remus Lupin? Z tej strony… Petunia… Petunia Dursley.
Wziął głęboki oddech, próbując opanować emocje. Nie spodziewał się, że kiedykolwiek… Fala wspomnień zalała jego umysł.
***

Listopadowe noce zaczynały być coraz chłodniejsze, po zmroku można zobaczyć mniej ludzi. Jeżeli ktoś zdecydował się na wyjście, starał się jak najszybciej znowu trafić do ciepłego wnętrza domu. Jedna osoba odznaczała się na tym tle szczególnie, stojąc przed domem numer cztery tylko w lichym płaszczu.
Mężczyzna najwidoczniej podjął ostateczną decyzję, bo skierował się w stronę wejścia i po chwili wahania nacisnął dzwonek. Nie minęła dłuższa chwila, a w drzwiach pojawiła się jeszcze młoda kobieta. Włosy ułożone w loki tylko uwydatniały jej długą szyję. Na widok mężczyzny zmarszczyła nos.
— Słucham? — zapytała, rozglądając się na boki, czy aby na pewno żaden z sąsiadów ich nie podgląda. Jeszcze uznaliby, że ten człowiek jest jej znajomym, a to nie dałoby jej dobrej opinii.
— Dobry wieczór, nazywam się Remus Lupin.
Musiała wytężyć słuch, ponieważ mężczyzna mówił bardzo cichym głosem.
— Jestem… — urwał nagle i przymknął na chwilę oczy. — Byłem przyjacielem pani siostry.
Petunia zamarła. Skoro to znajomy Lily to musiał być jednym z „nich”. To wyjaśniałoby jego dziwny ubiór. Kiedy się otrząsnęła, jej pierwszą myślą było to, by jak najszybciej zamknąć drzwi i pozbyć się niewygodnego gościa, ale po chwili coś ją zatrzymało. Minęło zaledwie kilka miesięcy od śmierci Lily i chociaż przy mężu grała niemal obojętną, to teraz tego nie potrafiła.
— Ja... mój mąż jest w domu i... wybacz ale nie mogę... — tłumaczyła nieskładnie, a on tylko jej się przyglądał.
— Chciałem tylko zapytać, czy u Harry’ego wszystko dobrze.
Co miała odpowiedzieć? Że Vernon nie znosi tego dziecka, że najchętniej oddałby go do sierocińca. Opowiedzieć, jak ciężko jest jej patrzeć w te zielone oczy, tak bardzo znajome? Widziała niepewność malującą się na twarzy czarodzieja, na twarzy pooranej przedwczesnymi zmarszczkami, i nie mogła tego zrobić.
— Jest zdrowy — rzuciła w końcu zdawkową uwagę. Po chwili dodała łagodniej — Ma oczy po Lily.
Ich spojrzenia się spotkały i obce sobie osoby połączyło coś, czego nie potrafili nazwać. Stali na ganku, nie czując chłodu i nie przejmując się tym, czy ktoś może ich zobaczyć. Mężczyzna wyciągnął małą, pogniecioną karteczkę. Petunia wzięła ją do ręki i zobaczyła zapisany na niej szereg cyfr.
— Jeśli kiedykolwiek stanie się coś złego, zadzwoń — powiedział i zanim zdążyła cokolwiek odpowiedzieć, odwrócił sił , przeszedł kilka kroków i zniknął z cichym trzaskiem.
Pani Dursley zamrugała szybko kilka razy, próbując odgonić niespodziewane łzy. Usłyszała kroki, a po chwili koło niej stanął Vernon Dursley. Rozejrzał się z zdezorientowaniem i przeniósł wzrok na żonę.
— Ktoś pukał?
— Jakiś sprzedawca próbował przekonać mnie do kupna ozdób świątecznych — wyjaśniła cicho, nie patrząc mu w oczy. Mężczyzna prychnął z niezadowoleniem.
— Już naprawdę nie mają innego zajęcia, jak wciskanie badziewia. Poszliby zamiast tego do prawdziwej pracy — narzekał jeszcze w podobny sposób, wracając do kuchni.
Petunia ostatni raz spojrzała na pochłoniętą mrokiem ulicę i kurczowo ściskając kawałek papieru, zamknęła drzwi.
***

Remus otworzył oczy, wracając do teraźniejszości. Jego serce zaczęło bić jak szalone. Minęło prawie piętnaście lat od tamtej nocy i Petunia nigdy do niego nie zadzwoniła. Był przekonany, że gdy tylko zniknął wyrzuciła jego numer, a jednak go zatrzymała i teraz…
 Jeśli kiedykolwiek stanie się coś złego, zadzwoń.
— Co się stało? — zapytał szybko, jednocześnie modląc się, by to nie było nic poważnego, chociaż gdyby tak było, nie rozmawialiby teraz.
— Próbowałam dodzwonić się już wcześniej, ale nikt nie odbierał — zaczęła, jakby próbując siebie usprawiedliwić. Zaniepokoiło go to jeszcze bardziej. — Niecały tydzień temu Harry rozmawiał z jakimiś mężczyznami na ulicy i… potem wszyscy zniknęli.
Poczuł się tak, jakby dostał obuchem w głowę. Tydzień temu? Dlaczego nikt nic o tym nie wiedział? Przecież Zakon miał go pilnować, szczególnie teraz, kiedy Śmierciożercy i Voldemort…
Merlinie, nie.
Tydzień temu tajemnicza kobieta uratowała mu życie. Dopiero teraz przypomniał sobie noc przed ucieczką. Kolejna seria tortur, ale pod jej koniec Riddle powiedział coś dziwnego. Próbował sobie przypomnieć co, ale jedyne co pamiętał, to fakt,  że był tymi słowami przerażony. Teraz okazało się, że prawie w tym samym czasie ktoś zabrał Harry’ego. Nie przyjmował do siebie innej możliwości, Harry nigdy nie zaufałby komuś, kogo nie znał. A to mogło oznaczać tylko jedno.
— Czy coś mogło mu się stać? — Zaniepokojony ton kobiety przywołał go do porządku. Musiał działać szybko.
— Czy nikt w ciągu ostatniego tygodnia nie pytał się, gdzie jest Harry?
— Nikogo nie widziałam.
Zakon się nie zorientował? Jakim cudem?
— Obawiam się, że może być w niebezpieczeństwie — powiedział, próbując zapanować nad emocjami.
Po drugiej stronie zapadła cisza. Chociaż Remus chciał się jak najszybciej rozłączyć i zacząć działać, to czekał na reakcję pani Dursley.
— Ale możecie mu pomóc? — zapytała, a on chyba pierwszy raz zdał sobie całkowicie sprawę, że rozmawia z siostrą Lily. Kobietą, która jest prawnym opiekunem dziecka swojej siostry. Nie był głuchy i głupi, słyszał wiele razy, że Harry nie miał zbyt dobrych relacji z wujostwem, obiło mu się też o uszy, że raz nie pozwolono chłopakowi jechać do Hogwartu, więc zainterweniowali Weasleyowie. Teraz jednak pomyślał, że w całej tej sytuacji Petunni też nie było łatwo,
— Postaramy się — odpowiedział krótko i odłożył słuchawkę.
Wiedział, że jeżeli jego podejrzenia są prawdziwe, to od tej decyzji zależy bardzo dużo. Zwołanie całego Zakonu potrwa wieki, sam nie może porwać się z motyką na słońce, bo mogłoby się to skończyć tylko w jeden sposób, więc pozostała mu ostatnia możliwość.
Musi jak najszybciej poinformować Dumbledore’a.

***

Po tygodniu w Tectum Harry zdążył się już przyzwyczaić do pewnych dziwactw swojego współlokatora. Alex nie unikał imprez, często wpadał do pokoju w najmniej oczekiwanym momencie, zwykle chociaż trochę pijany, ale co przyjął z ulgą, kompletnie nie robiło na nim wrażenia to, że mieszka z Potterem. Jeżeli już rozmawiali, to ani razu nie zapytał o Voldemorta, bliznę, dziwne artykuły w gazetach na jego temat, po prostu to olewał. Zresztą, nie spędzali razem dużo czasu. Choć początkowo nie spodziewał się, że będzie próbował zawierać nowe przyjaźnie, kiedy powinien skupić się na swoim rozwoju, to obecność Willa sporo zmieniła. 
Chłopak był trochę bardziej ciekawski niż Courage i czasem próbował wydostać coś od niego, ale wystarczyła zmiana tematu lub ostrzejsze spojrzenie i odpuszczał. Wspólnie chodzili na większość lekcji, wspierając się nawzajem w nowej dla nich sytuacji. Mieli wspólne tematy – obaj grali w quidditcha, słuchali tych samych zespołów, a ich poczucie humoru było do siebie zbliżone.
Oczywiście nie ze wszystkim się zgadzali. Will wykazywał dość mały opór przeciw częstym wizytom w barze w przeciwieństwie do Harry’ego, który nauczony poniedziałkowym doświadczeniem, wolał skupić się na czymś innym. Amerykanin wydawał się również o wiele bardziej obyty wśród dziewczyn, więc po kilku dniach przykuł uwagę kilku z nich. Na sam koniec warto było również dodać, że chłopak nie miał za sobą zbyt dramatycznych przeżyć, spotkań ze śmiertelnymi wrogami, użeraniem się z nieprzyjemnymi nauczycielami i dziennikarzami.
Harry’emu udało się na razie realizować plan, który narzucił sobie tydzień temu – wykorzystywał pobyt w Tectum na nadrobienie sporych nadległości. Nie miał się co oszukiwać, czasami nadal kusiło go, by rzucić wszystko w kąt, ale mocno motywowała go myśl, że z takim podejściem to może sobie dać jeszcze góra rok życia, więc jeszcze po rozmowie z Brianem odnalazł bibliotekę i wyszukał kilka interesujących go pozycji. Starał się zaglądać do nich codziennie i zapamiętać jak najwięcej, co przy nagromadzeniu obowiązków nie należało do najłatwiejszych. Dodatkowo przykładał się do zajęć, chociaż w sumie nie miał innego wyjścia, bo nauczyciele nie tolerowali olewania zajęć. Nawet Alex, który, jak zdążył się zorientować, należał do tych, co lubią się zabawić i pożartować, poważnie podchodził do zadań. Większą swobodą wykazywał się tylko na treningach i lekcjach z Brianem, co było dość zaskakujące, biorąc pod uwagę, że Delar i Peer należeli do bardzo wymagających i szanowanych mentorów.
Harry ziewnął i przetarł zmęczone oczy. Chociaż dochodziła dopiera druga po południu miał już serdecznie dość. Ostatnie godziny spędził nad książkami, pracując nad doskonaleniem zaklęć, z którymi miał większy problem. Swoją drogą, razem z Willem zastanawiali się wcześniej, jak to działa, że mogą bez konsekwencji używać magii, skoro nie są na terenie swoich szkół. Wątpliwości zostały rozwiane, kiedy natknął się na wzmiankę o czarze, który zapewnia ochronę nie tylko przed widokiem wroga, ale także usuwa jakiekolwiek ślady działalności magii. Domyślił się, że okolice Tectum znajdują się właśnie pod takim zaklęciem.
Chociaż wiedział, że powinien skupić się na pracy, obserwował Alexa. Chłopak był w bardzo dobrym humorze, bo nucił coś pod nosem, jednocześnie gorączkowo szukając czegoś w szafie. Potter miał ochotę zadać pytanie, jakim cudem Courage zdaje egzaminy i daje radę ze wszystkim, skoro w ciągu tego tygodnia widział go może raz przy książkach.
Brunet uśmiechnął się zadowolony, kiedy w końcu znalazł to, czego szukał. Nagle zmarszczył brwi, odwrócił się w kierunku Hary’ego i przez chwilę milczał, jakby się nad czymś zastanawiając. Potter nie mógł się powstrzymać przed zadaniem pytania.
— Co?
— Słyszałeś może o naszym rytuale przejścia?
— Nie, a powinienem?
Czy jest jakaś ważna część tego szkolenia, którą najwidoczniej musiał pominąć? O dziwo Alex uśmiechnął się z lekkim rozbawieniem.
— Jeżeli chciałeś szukać go w książkach, to na pewno go tam nie znajdziesz. — Westchnął i zaczął wyjaśniać. — Przyjęło się u nas, że jeśli w Tectum w tym samym czasie pojawia się więcej niż dwóch nowych uczniów, to stali mieszkańcy urządzają im małą imprezę. — Harry uniósł brwi. — Wiesz, coś w stylu nieoficjalnego pasowania na Patronusa.  Łażenie po korytarzach, lochach, uciekanie przed dyżurującymi. Każdy z nas to przechodził.
— Mówiąc prościej, proponujesz całonocne łamanie zasad — skomentował Potter, a Alex pokiwał głową w odpowiedzi. — Ale…
— No daj spokój, chcesz mi powiedzieć, że w Hogwracie nie złamałeś nigdy regulaminu?
Harry wykrzywił się lekko. Nie było miesiąca, w którym nie złamałaby chociaż jednej zasady. Oczywiście wcale nie szukał kłopotów, to one zawsze pukały do jego drzwi.
— Nie o to chodzi, po prostu…
Właściwie sam nie wiedział. Powiedział sobie, że poważnie podejdzie do całego szkolenia, ale z drugiej strony jak ma być jego pełnoprawnym członkiem, skoro nie zdobędzie sympatii innych? Dodatkowo chociaż mógł sobie wmawiać co chciał, ten zamek po prostu zachęcał do nocnych wędrówek, zabaw i dowcipów, nawet on to czuł. Zresztą, Harry nigdy nie był święty i czasami odzywała się w nim krew Huncwotów.
— Dobra, to kiedy to planujecie?
—Dzisiaj — odpowiedział beztrosko Alex, na co rozszerzył oczy.
— Wcześniej nie mogłeś powiedzieć?
— Element zaskoczenia jest częścią tej zabawy — wzruszył ramionami chłopak. — Zabierz swojego kumpla Willa. Moja grupka kontrolna będzie miała was pod opieką. — Widząc jego zdezorientowane spojrzenie, wytłumaczył. — Tworzymy mniejsze zespoły, nie będziemy chodzić całą pięćdziesięcioosobową grupą. Spotykamy się dopiero na imprezie.
— A kto jeszcze jest w tej twojej grupie kontrolnej? — zapytał z ciekawością.
— Oprócz was, jakichś pięciu świeżaków, to będzie Zayn, Becky, Alison i Kate.
Harry zamarł.
— Kate też idzie?
Courage spojrzał na niego ze zmarszczonymi brwiami. Najwidoczniej zaskoczył go ton, jakim wypowiedział imię dziewczyny.
— Zawsze jest na tej imprezie, a nasz skład nie zmienia się od kilku lat.
Harry przez ostatni tydzień miał tyle na głowie, że prawie w ogóle nie myślał o dziewczynie. Nie wpadali na siebie zbyt często na korytarzach i lekcjach, a jeśli już tak się działo, to rzucali sobie krótkie i niezręczne „cześć”. Dopiero teraz przypomniał sobie ostatnie słowa Briana, który poradził mu, by porozmawiał z Invicto.
Alex obserwował nagle cichego chłopaka, najpierw z niewiedzą, po chwili z lekkim uśmiechem. W końcu nie wytrzymał.
— Ile jeszcze będziecie się unikać? Nie jestem ekspertem, ale nie lepiej by było, gdybyście po prostu pogadali? Najlepiej przy piwie? — zaproponował z nadzieją. Potem westchnął. — Słuchaj, nie znam cię i nie będę cię oceniać, ale znam Kate i uwierz mi, dawno nie widziałem jej tak rozkojarzonej. To naprawdę jest dziwne, biorąc pod uwagę, że zwykle ciężko powiedzieć, czy cokolwiek ją trapi.
— Prawdopodobnie znasz naszą wspólną historię, więc… Co? — zapytał zaskoczony, kiedy brunet zaczął się śmiać.
— Wiem jedynie, że mieszkaliście na Privet Drive, a dowiedziałem się o tym dopiero tydzień temu. Kate nie opowiada o swojej przeszłości i nie jest jedną z tych dziewczyn, które uwielbiają wymyślać najgorsze ploty o swoich byłych przyjaciołach. Zaczęliśmy się przyjaźnić w drugiej klasie, w pierwszej zostałem przez nią kilka razy dość mocno zjechany — parsknął śmiechem. — W sumie nadal lubi mi pocisnąć — dodał z namysłem. — Jedyne co łączy dzisiejszą Kate z tą dawną, to cięty język, więc jeżeli się z nią kiedyś przyjaźniłeś, to musisz wiedzieć, że to już nie jest ta sama osoba.
Zdążył to zauważyć, a jednak ta uwaga trochę go zabolała. Chyba nie chciał się przed sobą przyznać, że po części strasznie brakuje mu jego dawnej przyjaciółki i o wiele łatwiej byłoby mu zaakceptować całą tę sytuację, gdyby Kate zachowywała się tak, jak dawniej. Tak, tyle że on sam również się zmienił. Znali się, kiedy mieli po dziesięć lat. Nie ma szans, by w ciągu tak długiego okresu czasu nie nastąpiły jakieś zmiany.
— Jaka jest? — zapytał cicho, sam nie wiedząc, jakiej odpowiedzi oczekiwał.
Alex opadł na łóżko i zrobił zamyśloną minę.
— Wiesz, to zależy dla kogo. Potrafi nieźle uprzykrzyć życie, więc zdecydowanie lepiej być jej przyjacielem, niż wrogiem. Czasem jest nawet przerażająca, chociaż po pewnym czasie można się do tego przyzwyczaić. Żeby nie było, można z nią normalnie pogadać, pożartować i napić się piwa.
Jakby na zawołanie, usłyszeli dźwięk otwieranych drzwi i do pokoju bez pukania weszła Kate. Obaj wlepili w nią wzrok, a Harry poruszył się niespokojnie.
— Tak sobie po prostu wpadasz bez zaproszenia, a co jeśli właśnie wróciłbym spod prysznica? — zapytał z udawaną powagą Courage.
Dziewczyna zmierzyła go krytycznym spojrzeniem.
— Co lato bez wstydu latasz po całym zamku bez koszulki, nie byłby to szokujący widok.
— Niektóre dziewczyny mówią co innego. — Uniósł sugestywnie brwi.
— Wyświadcz nam drobną przysługę i nie dziel się z nami twoimi erotycznymi marzeniami, dobrze? — poprosiła, a on w odpowiedzi uśmiechnął się głupio.
Harry wiedział, że to był najlepszy moment, by spróbować porozmawiać, ale miał co do tego mieszane uczucia. Oczywiście, męczyła go ta sytuacja, wolałby wiedzieć, na czym stoi, jednak obawiał się również, że po rozmowie zapadnie ostateczna decyzja. Chociaż jeszcze przed paroma dniami był prawie całkowicie przekonany, że nie chce wracać do przeszłości, teraz zaczynał w to wątpić. Nie dawała mu spokoju pewna myśl, która zrodziła się w jego głowie krótko po tym, jak wpadł na Kate w noc odbicia Remusa.
Czy aby na pewno nie powiedziała nic o wyjeździe?
— Kate — wypalił nieoczekiwanie, przerywając toczącą się między nią a Alexem rozmowę. Blondynka spojrzała na niego pytająco. — Możemy porozmawiać?
Nie potrafił wyczytać z jej twarzy, co o tym sądzi. W odpowiedzi tylko kiwnęła głową. Wyciągnęła jakiś liścik i podała go współlokatorowi Harry’ego, mówiąc, że Zayn go szukał. Chłopak przeczytał notkę i wywrócił oczami.
— Okay, ja spadam — oznajmił, zgarniając jedną ręką ciemną bluzę.
Zanim wyszedł, odwrócił się w stronę Pottera i tak, by Kate tego nie zauważyła, mrugnął do niego porozumiewawczo i bezgłośnie powiedział:
— Powodzenia.
Między dwójką byłych przyjaciół zapadła niezręczna cisza. W końcu odważył się zabrać głos.
— Nie wiedziałem, że twój ojciec był przywódcą Tectum.
Wyglądała na lekko zaskoczoną tematem, który podjął, ale usiadła w jednym z pustych foteli, nie sprawiając wrażenia złej z tego powodu. Przyglądał jej się uważnie. Kiedy przyszła po niego na Privet Drive pierwsze, co zauważył i co pomogło mu sobie o niej przypomnieć, to jej szare oczy. Początkowo sądził, że to one najmniej się zmieniły, ale im dłużej się im przypatrywał, tym bardziej zdawał sobie sprawę, że się mylił. Widział w nich coś, co często zauważał, patrząc w lustro – poczucie winy.
— Chcesz posłuchać całej historii? — zapytała, a on skinął twierdząco. — Właściwie nie mam zbyt dużo do powiedzenia. Krótko po ukończeniu Hogwartu mój ojciec razem ze swoim najlepszym przyjacielem przez cały rok podróżowali po Anglii i polowali na potwory. Ten nieoficjalny zawód ma nawet swoją nazwę – tacy ludzie nazywają się łowcami. Zdobyli sporo doświadczenia, zresztą podobno od zawsze należeli do pojętnych uczniów. W trakcie jednego z nich spotkali swoją przyjaciółkę ze szkoły, Elizabeth Burke. 
— Twoją matkę.
— Tak — potwierdziła. — Chociaż nie była członkiem stowarzyszenia, usłyszała o nim kiedyś od rodziców. Połączyła fakty, odkryła prawdę i właściwie bez ich pozwolenia dołączyła do polowania. Była na tyle uparta, że przyjęto ją na szkolenie i została, tak jak oni, Patronusem. A później wszystko potoczyło się dość szybko. Utworzyli sześcioosobowy zespół, który zyskał sławę swoimi osiągnięciami. Sześć lat później mój ojciec został jednym z kandydatów na przywódcę. Spotkało się to z ogólnym zaskoczeniem, szczególnie wśród starszych członków, jednak jakimś cudem zyskał ich poparcie. Został ogłoszony dowódcą, ale nie nacieszył się tym długo, bo zginął niecały rok później.
— Jak to się stało? — zapytał cicho Harry.
— Nie znam szczegółów, a Brian raczej niechętnie do tego wraca — powiedziała spokojnie. — Zanim zdążysz zapytać, tak, jest moim ojcem chrzestnym.
To wyjaśniałoby jej zachowanie i to, że mężczyzna pozwalał jej na uczestniczenie w pewnych wydarzeniach. Swoją drogą, pozycja Briana sprawiała, że dziewczyna mogła mieć pojęcie o sprawach, o których nie słyszeli zwykli uczniowie.
— Rozumiem, że chciałeś poznać tę historię, ale nie o tym chyba chciałeś rozmawiać, prawda?
— Nie — przyznał szczerze. Wiedział, że nadeszła odpowiednia chwila. — Jest coś, co mi umyka, jeśli chodzi o twoją niespodziewaną przeprowadzkę?
— Właściwie to tak. Widzisz, zostawiłam ci wiadomość w naszym miejscu spotkań, gdzie dość konkretnie wyjaśniłam, dlaczego wyjechałam. Po twojej reakcji na wieść, że jestem czarownicą, domyśliłam się, że tam nie zajrzałeś.
Harry patrzył na nią z kompletną niewiedzą. O czym tym mówisz?
— Jakie sekretne miejsce?
Dziewczyna najpierw parsknęła z niedowierzaniem, ale rzut oka na wyraz twarzy chłopaka sprawił, że natychmiast spoważniała. W jej oczach błysnęło zrozumienie. Wstała i podeszła do okna. Obserwował ją ze zdumieniem. Chciał zapytać, o co chodzi, jednak uprzedziła go.
— Nie pamiętasz — bardziej stwierdziła niż zapytała.
— Czego mam nie pamiętać — zdziwił się Harry.
Spojrzała mu prosto w oczy.
— Wyjechałam razem z Brianem niemal w tym samym czasie, kiedy ty dowiedziałeś się o magii, ale Amelia i Lucas przeprowadzili się dopiero kilka miesięcy później. Przed wyjazdem ciotka ostrzegła mnie, żebym nie mówiła ci prawdy, bo przyniesie to tylko same problemy, ale nigdy nie sądziłam, że… Że posunie się do czegoś takiego — zakończyła, kręcąc głową.
Harry poczuł nieprzyjemny skurcz w żołądku. Chociaż nie miał zielonego pojęcia, o czym mówi Kate, podejrzewał, że nie spodoba mu się to, co zaraz powie.
— Co takiego miałaby zrobić, Kate?

— Podejrzewam, że Amelia zdecydowała się wymazać z twojej pamięci część naszych rozmów — odpowiedziała cicho.


___________________________________________________________________________________

Jak pewnie zdążyliście zauważyć, nie wyrobiłam się tak, jak tego chciałam. Zaczynam zmieniać terminy publikacji, ale mimo wszystko dobrze mi się pisze i nie narzekam na brak weny. Jak na początku powiedziałam, doprowadzę to opowiadanie do końca. Publikacja następnego rozdziału powinna nastąpić już według starych zasad - za dwa tygodnie. 

Rozdział betowała Noelia Cotto.

25.11.2017

Rozdział 8

Znajoma twarz

Harry zdawał sobie sprawę, jak głupim pomysłem jest upijanie się wieczorami, jeśli następnego dnia trzeba być do dyspozycji każdego. Pilnował tego na Privet Drive, nie przekraczał narzuconego sobie limitu spożytego alkoholu i wytrzymywał w swoim postanowieniu. Do wczorajszego wieczora.
Nie do końca umiał powiedzieć, co puściło jego wszystkie hamulce. Czy była to obecność Willa, który do abstynentów nie należał, wykończenie spowodowane całą tą akcją z Voldemortem, a może po prostu chciał się napić. Wczoraj się nad tym nie zastanawiał, jednak teraz kiedy dźwięki wydawane przez budzik wibrowały mu w całej głowie, powodując jej przejmujący ból, naprawdę chciałby znać swoje motywy.
Z trudem podniósł się do pozycji siedzącej, otwierając jednocześnie oczy. Zauważył, że Alex również powoli zwleka się z łóżka. Był trochę blady i zdecydowanie niewyspany, ale oprócz tego nie dostrzegł żadnych objawów, które występowały u niego, a mógł dać sobie głowę uciąć, że chłopak także siedział w barze do późnych godzin.
— Dzieeeeeeń dobry — ziewnął jego współlokator, przecierając oczy.
— Yhm — mruknął tylko Harry, bo czuł olbrzymią suchość w gardle. Następnym razem wyleję to piwo na siebie, może wtedy nie będą mi przychodzić do głowy takie idiotyczne pomysły.
Alexowi nie umknął skrzywiony wyraz twarzy bruneta. Patrząc tylko na jego zachowanie, szybko się domyślił, co jest z nim nie tak. Doskonale znał ten stan. No proszę, czyżbyśmy mieli następnego imprezowicza na pokładzie?
Potter z zaskoczeniem przyjął butelkę wody, która znikąd pojawiła się tuż przed jego nosem. Pijąc, podniósł głowę i napotkał uśmieszek siedzącego na drugim łóżku chłopaka. Uniósł brwi, na co ten tylko się cicho zaśmiał, po czym z jękiem wstał.
— Spoko, poweekendowy kacyk zdarza się każdemu — parsknął stłumionym głosem, bo właśnie wpakował głowę do środka szafy, najwidoczniej czegoś szukając. Po chwili wychylił się z kompletem ubrań i małą fiolką w drugiej ręce. Niespodziewanie rzucił ją Harry’emu, na szczęście ten odruchowo ją złapał, wyczulony dzięki grze w quidditcha. — Niezły refleks jak na taki stan.
— Co to jest? — zapytał Wybraniec, przyglądając się nieznanej zawartości buteleczki. Wolałby jednak nie brać do ust czegoś, czego zastosowania nie zna, aż tak tępy nie był, nawet w takim stanie.
— Zakazany eliksir na kaca — odpowiedział beztrosko Alex. — Niby nie pozwalają nam go trzymać, bo to oszustwo i tak dalej, ale mało kto tego słucha. Wszyscy wiemy, że nie można z nim przesadzać, bo uzależnia, więc przeznaczony jest głównie na takie okazje, gdzie chcesz się zaprezentować z jak najlepszej strony.
Nie mógł się nie zgodzić. Zaskoczyła go pomoc od, jakby nie patrzeć, jeszcze obcego chłopaka, ale przyjął ją z wdzięcznością. Wlał do ust całą miksturę za jednym razem i ledwo powstrzymał się od jej natychmiastowego wyplucia. Miał wrażenie, że zaraz wypali mu gardło, a w oczach stanęły mu łzy. Już miał na głos zakwestionować działanie specyfiku, gdy poczuł, jak ból głowy zaczyna powoli odpuszczać. Po niecałej minucie zniknął całkowicie. Odkaszlnął i z trudem wychrypiał:
— To smakowało jak...
— Goblińskie siki? — przerwał mu rozbawiony Alex. — Nie żebym je kiedyś pił, no ale… Cóż, ambrozja to nie jest. Ale działa.
— Dzięki — mruknął Harry, patrząc na chłopaka. — Ratujesz mi życie.
— Przynajmniej będę miał co wspominać. — Wyszczerzył zęby w uśmiechu, chrząknął i wskazał na zegar. — Za piętnaście minut są zajęcia sportowe, więc się zbieraj, bo Andrew nie znosi spóźnialskich.  
Potter posłuchał jego rady i założył na siebie wczorajszy, jeszcze czysty zestaw ubrań. Zdawał sobie sprawę, że w szafie ma kilka podobnych, jednak u Dursleyów przywykł do noszenia tych samych koszulek i spodni przez kilka dni. Nie mógł liczyć na więcej, a nigdy nie przyszło mu do głowy wybrać się na zakupy i kupić coś nowego. Po pierwsze nie miał za co, mugolskich pieniędzy nie posiadał, a po drugie wyprawa do najbliższego sklepu mogła być bardzo ryzykowna. Strażom umykały jego wycieczki do baru, ale podróż poza granice Little Whinging miała bardzo małe szanse na pozostanie niezauważoną. Harry musiał zadowolić się rozciągniętymi koszulkami.
Już ubrany zerknął na swój nowy plan zajęć. Po tym całym treningu miał krótką przerwę na śniadanie, dwie godziny pojedynków, czas na przejście do innej sali i lekcje magii leczniczej. Następna oklumencja, umiejętności mugolskie, kilkunastominutowa przerwa, a na sam koniec historia magii. Wypuścił ze świstem powietrze. A tak narzekałeś na Hogwart.
Czego miał się spodziewać po tym miejscu? Przekona się za kilka minut. Wsadził różdżkę do kieszeni, rozejrzał się po pokoju, sprawdzając, czy zabrał wszystko, co powinien i skierował się w stronę wyjścia. Alexa wywiało chwilę przed nim. Rozpoczął się pierwszy dzień tygodnia w Tectum.

***

Już z daleka dostrzegł jasną czuprynę Willa. Pomachał mu, a ten uśmiechnął się blado. Kiedy Harry podszedł bliżej, zauważył kiepską formę nowego znajomego. Blondyn zmierzył go zaskoczonym wzrokiem.
— Czemu ja czuję się i wyglądam jak gówno, a ty prezentujesz się znośnie? — zapytał cicho z wyrzutem. Brunet uśmiechnął się lekko.
— Mój współlokator ma swoje sposoby — odpowiedział tajemniczo, nie chcąc przez przypadek wkopać Courage’a. Chociaż Will wyglądał na wyluzowanego człowieka, wolał nie ryzykować utraty zaufania Alexa. Kto wie, jak bardzo ten chciałby zachować swoje eliksiry w sekrecie.
— Szczęściarz z ciebie — jęknął jego towarzysz, po czym rozejrzał się wokół siebie. — Mam nadzieję, że nie będziemy musieli biegać wkoło zamku.
Harry rozumiał jego obawy. Obiegnięcie całego budynku mogło zająć sporo czasu, a on sam również za bieganiem nie przepadał. Zwrócił uwagę na ludzi stojących niedaleko. Niektórzy przyglądali im się bezczelnie, szepcząc coś do siebie, inni po prostu ignorowali nowych uczniów. Szybko doszedł do wniosku, że to nie mogą być wszyscy uczący się tutaj czarodzieje. Doliczył się koło pięćdziesiątki, Tectum było większe od Hogwartu, a już w nim mieszkało ponad stu studentów.
Gdzieś daleko mignęła mu sylwetka Alexa. Stał w towarzystwie jakiejś dziewczyny, która musiała mówić mu coś niemiłego, bo nie miał najszczęśliwszej miny. Nie był pewien, ale to chyba była Alison, zgadując po kolorze włosów. Nigdzie nie widział Kate i ciężko mu było powiedzieć, czy czuje z tego powodu ulgę, czy coś innego.
Ktoś klasnął dwa razy i śmiechy wokół ustały. Harry i Will odwrócili się jak na komendę w stronę nieznajomego mężczyzny.
Potter zaczął się zastanawiać, czy wśród mężczyzn w Tectum panuje jakaś moda na zarost, bo i trener go posiadał. Porównując go do Briana, był zdecydowanie starszy, gdzieniegdzie we włosach lśniły siwe pasma. Ubrany w zwykłą, sportową koszulkę z zaciętą i stanowczą miną obserwował zebrany tłum.
— Jako że mamy wśród nas nowych rekrutów, wyjątkowo się przedstawię. — Miał zachrypnięty, niski głos, a niektóre słowa mówił dość niewyraźnie. — Nazywam się Andrew Delar i zajmuję się waszą sprawnością fizyczną, która niestety u większej części jest w opłakanym stanie. Nie toleruję spóźnień, chamskiego zachowania i swawoli. Courage, dziesięć pompek, jeszcze za nim zacznie ci odwalać.
 Rozległo się kilka stłumionych śmiechów, kiedy wywołany chłopak z cierpiętniczą miną położył się na ziemi, stosując się do polecenia. Harry i Will wymienili krótkie, zaskoczone spojrzenia. Nie bardzo rozumieli, dlaczego Alexowi oberwało się już na samym początku skoro stał spokojnie.
— Bez zbędnego gadania, pięć okrążeń — rzucił Andrew, a niektórzy jęknęli, co nie uszło jego uwagi. — Ostatni na mecie robią dodatkowe okrążenia, a spróbujcie tylko oszukiwać, to dostaniecie kolejne dziesięć w gratisie. Jazda!
— Cholera, nie widzę tego — mruknął towarzysz Harry’ego, a ten musiał się z nim całkowicie zgodzić.
Szybko się przekonali, że jedno okrążenie zajmuje im bardzo dużo czasu, a w trakcie wykonywania drugiego ledwo łapali oddech. Nie byli jedyni, mała grupka nastolatków również z trudem powłóczyła nogami, jednak znaleźli się i tacy, którzy bez zadyszki pokonywali już trzecie kółko. Wśród nich był Alex i Alison.
— Popatrz, jakie słabeusze — ucieszył się chłopak, widząc spoconego z wysiłku współlokatora i jego znajomego.
— Wal się — wysapał Will ostatkiem sił, potykając się o wystający korzeń, na co Alex tylko wyszczerzył się szerzej.
— Biedni, to dopiero rozgrzewka.
— Mam ci przypomnieć — zaczęła Alison, patrząc ze współczuciem na zmachanych nastolatków — jak wyglądał twój pierwszy trening? Jak po trzech kółkach nie wyrabiałeś, wpadłeś do kałuży, przy okazji brudząc trenera? Jak przez pierwsze dwa tygodnie notorycznie olewałeś te zajęcia, aż w końcu Andrew się wkurzył i zrobił ci publiczną jatkę na śniadaniu?
Skwaszona mina bruneta poprawiła humor Harry’emu i Willowi. Dziewczyna mrugnęła do nich porozumiewawczo i przyspieszyła bieg. Po chwili zniknęła w tłumie pozostałych.
— Psuj zabawy — mruknął Alex, ale zrezygnował z nabijania się z innych.
To był jedyny przyjemny moment w ciągu całego morderczego biegu. Potter zakończył drugie okrążenie i rzucił się na trawę, nie wiedząc, czy zaraz zwymiotuje, czy serce wyskoczy mu z piersi. Will nie wyglądał lepiej. Nie tylko oni się poddali, wśród nowych uczniów zaledwie garstka podjęła się pokonania kolejnego okrążenia. Plusem tej sytuacji było to, że trener najwidoczniej zdając sobie sprawę ze słabej kondycji rekrutów nie dał im żadnej kary. 
Jeżeli myślał, że teraz będzie z górki, grubo się pomylił. Andrew bez przerwy ich poganiał, a każda próba oszukiwania kończyła się fiaskiem. Po dwóch godzinach morderczego treningu ledwo trzymał się na nogach. Will nie prezentował się lepiej. W przeciwieństwie do Harry’ego całą drogę powrotną przeklinał, próbując sobie ulżyć. Potter słuchał go jednym uchem, ale i tak  w ogóle mu to nie przeszkadzało.
Wybrali się na śniadanie, ale skupili się tylko na jedzeniu, nie zwracając uwagi na otaczających ich ludzi, chociaż Harry czuł na sobie spojrzenia. Na szczęście do pierwszej lekcji zostało jeszcze trochę czasu, więc powłóczyli się pod prysznice, uznając, że woleliby nie śmierdzieć przez resztę dnia. Choć zimna woda trochę ich otrzeźwiła, to nadal marzyli tylko o powrocie do ciepłego łóżka.
— Jak myślisz, czego możemy się spodziewać po tych całych pojedynkach? — zapytał Will, jednocześnie wycierając włosy ręcznikiem.
— Nie wiem, może pojedynków? — zakpił Harry. Blondyn tylko na to prychnął, ale nie ustępował w swoich przemyśleniach.
— Skoro dostaliśmy taki wycisk na samym treningu, to aż boję się pomyśleć, co nas czeka teraz. To trochę dziwne, że jesteśmy tutaj nowi, a nie dostaliśmy żadnej taryfy ulgowej, po prostu dali nam plany i mamy radzić sobie sami?
Chociaż rozumiał chłopaka, musiał przyznać, że wrzucenie ich na głęboką wodę nie było wcale takie głupie. Jeżeli nie chcą odstawać od reszty, będą musieli ciężko pracować, a przez to poprawią wyniki. Dodatkowo mają dobrą motywację.
— Hej, nie chcę nic mówić, ale zaraz się spóźnimy — powiedział nagle na głos, zerkając na zegar. — Zostało tylko pięć minut, a nie znamy zbyt dobrze tego zamku, więc jak się zgubimy...
— Spoko, nie może być aż tak źle, co nie? — rzucił w przestrzeń Will.

***
Choć jego funkcja dowódcy zwalniała z prowadzenia zajęć, Brian nadal był nauczycielem. Śmieszyło to Eda, ponieważ Peer rozpoczynając swoją działalność w stowarzyszeniu, zarzekał, że nie da się namówić na uczenie dzieciaków. Trwał w swoim postanowieniu przez kilka lat, całkowicie spełniając się jako agent i łowca, ale po śmierci Johna powoli rezygnował z takiego stylu życia. Właściwie nie miał innego wyjścia, uznany za zmarłego nie mógł pokazywać się publicznie, ale i tak przyjął to z trudem.
O dziwo nawet polubił swoje zajęcie. Owszem, chwilami ręce mu opadały, kiedy widział bezradność i głupotę nowych członków, jednak były i plusy bycia profesorem.  Jako dowódca zajmował się dobieraniem świeżo rekrutowanych Patronusów w oddziały, a do tego przydawała się znajomość tych ludzi. Brian nie przepadał za standardowym procesem tworzenia grup — przy pomocy analizy wyników, wieku i innych dziwnych kryteriów — wolał dzięki własnym obserwacjom zauważyć, kto powinien być w jednym zespole.
Za czasów jego szkolenia powstawały oddziały posiadające członków o tej samej specjalizacji: żołnierze, zwiadowcy, naukowcy, dyplomaci. Miało to swoje zalety, ale zwykle powodowało ograniczenie współpracy między poszczególnymi grupami. Pięcioosobowa drużyna żołnierzy nie radziła sobie w sytuacjach, gdzie potrzeba było gruntownej wiedzy z dziedzin nauki, czasami polegali przy dyskusjach ważących ich losy. Zauważył to i zaczął inaczej podchodzić do całego procesu tworzenia.
Przede wszystkim starał się, by w każdym zespole występowało zróżnicowanie, co nie zawsze spotykało się z zadowoleniem Rady, która nadal lubiła posługiwać się starym systemem. W taki sposób wykwalifikowany auror czy łowca cały czas współpracował z uzdrowicielem czy tłumaczem, wzajemnie się wspierając i ucząc od siebie.
Zwracał też uwagę na zgranie członków. Nie ulegało wątpliwościom, że konflikty wewnętrzne były powodem znacznej części problemów. Na zajęciach obserwował zachowanie uczniów względem siebie, by później uniknąć sytuacji połączenia przypadkowych osób. Jednak czasami intuicja podpowiadała mu dość nietypowe rozwiązania.
Westchnął i omiótł wzrokiem na powoli zapełniającą się klasę. W tym tygodniu na jego zajęcia dołączyło dziesięć osób, dlatego nastawił się na krótką przemowę na samym początku zajęć. Zauważył rozsiadających się na swoich miejscach Alexa, Alison i Kate. Zatrzymał dłużej wzrok na chrześniaczce, która również zwróciła się w jego stronę. Wiedział, że czeka ich nieunikniona rozmowa, ale nie musiał się obawiać, że dziewczyna będzie pokazywać ich konflikt publicznie. To do niej nie pasowało, potrafiła oddzielić sprawy prywatne od zawodowych, przynajmniej w większości przypadków.
Zegar wybił odpowiednią godzinę, a wśród młodzieży zapadła cisza. W tym samym momencie do środka wparowali Will i Harry. Kilka osób odwróciło się w ich stronę i najwidoczniej rozpoznało Pottera, bo rozległy się szepty. Odprowadzeni spojrzeniami zajęli wolne miejsca i próbowali uspokoić oddech.
Cóż, przynajmniej się nie spóźnili.
 Peer wstał, machnął różdżką, a wszystkie ławki rozpłynęły się w powietrzu. Kilka zeszytów i plecaków spadło na podłogę, co spotkało się z rozbawionymi spojrzeniami tych, którzy wiedzieli, co się stanie.
— Zanim przejdziemy do głównej części tych zajęć, wyjaśnijmy sobie jedną rzecz — zaczął Brian, chodząc wzdłuż sali. — Nie przychodzicie tutaj, żeby siedzieć nad podręcznikami i czytać, jak zachować się w trudnych sytuacjach i jakich zaklęć użyć. Na tym etapie każdy z was powinien zdawać sobie sprawę, że takich rzeczy uczycie się na innych przedmiotach lub we własnym zakresie. Powiedz mi, Smith — zwrócił się do nowej uczennicy, która drgnęła zaskoczona. — Czy perfekcyjnie opanowana wiedza teoretyczna wystarczy w czasie sytuacji kryzysowej?
— Jeśli czytaliśmy i uczyliśmy się zaklęć i zachowań, to raczej tak — odpowiedziała niepewnie, a kilka innych osób zgodziło się z nią, kiwając głowami.
— Błąd — rzucił Brian, wracając na środek pomieszczenia. — Teoria często nie ma żadnego zastosowania na polu bitwy.
— Ale nie znając podstawowych zasad, nie jesteśmy w stanie podjąć prawidłowych czynności — zaoponowała dziewczyna, broniąc swojego zdania. — Nie znając skutków zaklęć nie wiemy, co może się stać po jego rzuceniu.
— Nie twierdzę, że nie masz racji. — Uśmiechnął się lekko. — Wyobraź sobie jednak sytuację: wojna, mnóstwo krwi, śmierć najbliższych towarzyszy, panika. Nie jesteś w stanie zachować całkowitego spokoju, jeśli wcześniej nie miałeś do czynienia z podobnym zdarzeniem. Możesz przeczytać setki książek, posiadać wiedzę ze wszystkich dziedzin, ale kiedy twoje życie będzie w zagrożeniu, spanikujesz, a wtedy ciężko jest przypomnieć sobie cokolwiek.
Klasa śledziła uważnie każde słowo wychodzące z jego ust. Słyszał jedynie Alexa, który z wielkim zapałem opowiadał coś Chartier. Przerwał swój wywód i wbił w chłopaka znaczące spojrzenie. Przez pierwsze parę sekund Corage tego nie zauważył, dopiero kiedy Alison cicho chrząknęła, odwrócił głowę.
— Sorry, profesorze — powiedział ugodowo, ale kiedy Brian się odwrócił, nachylił się ponownie w stronę dziewczyny.
— I wtedy ten złamas podszedł i powiedział mi, że...
— Courage, prosisz się o szlaban.
— Okej, okej, już nic nie mówię! — Uniósł ręce w obronnym geście. O dziwo, zaprzestał prób rozmowy, przynajmniej na jakiś czas.
— Owszem, nie możecie kompletnie zignorować tego, co czytacie, ale najlepszym sposobem na zapamiętanie tego jest praktyka. Na tym będziemy się tutaj skupiać. Czy ktoś może mi podać pięć podstawowych zaklęć, których opanowanie jest konieczne, jeśli chcemy w ogóle mówić o walce? Może Potter?
Wspomniany chłopak popatrzył na niego zaskoczony. Brian zdawał sobie sprawę, jak uczniowie reagują na takie nagłe pytania, ale i tak miał nadzieję, że Harry odpowie poprawnie, albo chociaż spróbuje.  Z własnego doświadczenia wiedział, jak skuteczny jest taki sposób nauki i sprawdzania swojej wiedzy. Pytanie, na które odpowiedzi się nie znało albo była ona błędna, pamiętało sie przez bardzo długi czas.
— Eh... Może Lumos, Protego, Drętwota, Expelliarmus i... Petrificus Totalus?
— A co ci da zaklęcie oświetlające i rozbrajające na polu bitwy? — prychnął jeden z uczniów. Brian przyjrzał mu się uważnie. Nazywał się Louis, był jednym z nowo przyjętych, więc nie zdążył jeszcze zapoznać się z jego usposobieniem i zdolnościami. Ciekawiło go, jak na te słowa zareaguje Harry.
— Te podstawowe zaklęcia mogą uratować życie. Nie miałem na myśli walki z kilkoma przeciwnikami na raz — odpowiedział spokojnie brunet.
— Taa, jestem pewien, że jak zabierzesz komuś różdżkę, to od razu stanie się nieszkodliwy. Te zaklęcia naprawdę się przydadzą.
— Walczyłeś kiedyś na polu bitwy? — zapytał niespodziewanie Potter, czym lekko zbił z tropu chłopaka. Chociaż starał się mówić spokojnie, widać było, że jego przytyki wyprowadzają go z równowagi.
— A co to ma do rzeczy?
Wszyscy obserwowali dyskusję w napięciu, nie wiedząc, czego się po niej spodziewać. Peer zerknął na Alison, która obserwowała uważnie rozwój wydarzeń, i unoszącego w zdumieniu brwi Alexa. Jednak jego największą uwagę przykuła Kate. Chociaż pozornie wyglądała na znudzoną, znał ją na tyle dobrze, by wiedzieć, że uważnie się przysłuchuje.
Oczywiście mógł zainterweniować, ale to nie pierwszy raz, kiedy na jego zajęciach dochodziło do wymiany zdań między uczniami i za każdym razem pozwalał na swobodny rozwój wydarzeń, dopóki nie przerodziło się to w zażartą kłótnię.
— To ma do rzeczy, że nie masz pojęcia, jakiego zaklęcia byś użył w takiej sytuacji. Może zapomniałbyś wszystkiego, czego się nauczyłeś, może byś spanikował, nie wiesz tego. Ale mogę cię zapewnić o jednym: czasami nawet zaklęcie rozbrajające może uratować życie, więc lepiej go nie ignorować i dobrze się go nauczyć — powiedział cicho Harry, patrząc chłopakowi prosto w oczy.
— Doskonale znam działanie Expelliarmusa — wycedził w odpowiedzi.
— A sprawiasz wrażenie, jakby było na odwrót — rzucił szybko brunet.
Stojący koło niego Will parsknął krótkim śmiechem, a parę osób pozwoliło sobie na uśmiech. Nawet trzymająca stronę Louisa część uczniów wyglądała na rozbawionych, co zawstydziło chłopaka. Kate uniosła lekko kącik ust, nie zdając sobie sprawy, że Harry to zauważył.
Brian uznał, że na tyle wystarczy i chrząknął, chcąc zwrócić na siebie uwagę. Do Wybrańca chyba dotarło, że wdał się w dyskusję na lekcji, nie pytając o zdanie nauczyciela, bo dość mocno się zmieszał.
— Chociaż nie prosiłem o uzasadnienie swojego wyboru — rzucił krótkie spojrzenie chłopakowi — To zgodzę się, że nawet najprostsze zaklęcie może uratować życie. — Harry zaskoczony, bo spodziewał się bury, uniósł głowę. — Musicie też wiedzieć, że dla każdego z was ten zestaw podstawowych zaklęć będzie inny. Zależy od umiejętności, uzdolnień i intencji. Dla białych magów mogą to być między innymi Drętwota, a dla Śmierciożerców Crucio czy Avada Kedavra.
Polecił dobrać się w pary i do końca zajęć ćwiczyli podstawowe zaklęcia. Większości nie sprawiły one najmniejszego kłopotu, jednak znalazły się i osoby, które z trudem trafiały do celu. Ku rozbawieniu grupy, wśród nich był Louis.
— To już wszystko na dziś — oznajmił w końcu, a wszyscy zaczęli się zbierać do wyjścia. — Kate, zostań na chwilę.
Harry uniósł głowę i zmarszczył brwi z zamyśleniu. Czyżby chodziło o sytuację z wczoraj? Grymas na jego twarzy nie umknął uwadze Willa, w którego oczach błysnęło zaciekawienie. Alex i Alison popatrzyli na blondynkę błagalnie, a ona mruknęła coś do nich w odpowiedzi. Kiedy ostatnie osoby opuściły pomieszczenie, między Brianem a Kate zapadała cisza. Przerwała ją Invicto.
— Przyznaję, poniosło mnie wczoraj, za co przepraszam.
Po pięciu latach umiał odróżnić jej prawdziwie przeprosiny od fałszywych. O dziwo, te były szczere.
— Dawno nie widziałem cię tak wytrąconej z równowagi — zauważył, obserwując jej reakcję. — Zazwyczaj ciężko się dowiedzieć, co myślisz. To z powodu waszego spotkania?
Patrzyła na niego w milczeniu, zastanawiając się nad odpowiedzią. Od chwili kiedy poprosił ją do gabinetu i powiedział o swoich planach dotyczących zwerbowania Pottera, zachowywała się inaczej. Zwykle opanowana, dość oziębła w kontaktach nastolatka ledwo panowała nad swoimi emocjami. Przypominała dawną małą dziewczynkę, którą poznał lata temu. Tę samą, która przez dobre kilka minut darła się na niego, obrażając go za pomocą malowniczych epitetów.
— Chyba próbowałam grać przed nim dawną siebie, ale raczej bliżej mi teraz do wrednej hipokrytki — powiedziała, a potem westchnęła. — On nie musi udawać, nawet jeśli się zmienił, to nie ma czego się wstydzić.
— A ty masz? — zapytał, choć dobrze znał odpowiedź.
— Znał mnie jako mugolską towarzyszkę zabaw. Nie wie, jaką jestem czarodziejką — zauważyła z goryczą. — Naprawdę wysłałeś go do Voldemorta tylko w towarzystwie Dominique? — zmieniła temat.
— Która jest jedną z lepszych agentek do takich misji? — odpowiedział z uśmiechem, ale spoważniał i usiadł za biurkiem. — Oczywiście, że nie. Gdyby przekroczyli więcej niż dziesięć minut spóźnienia, przed bramą Malofy Manor czekali ludzie, gotowi na walkę. Jeden był w środku.
— Mamy szpiega u Riddle'a? — Wyglądała na zaskoczoną tym faktem. — Śmierciożercę?
— Nie ma znaku, nie jest zaufanym sprzymierzeńcem Voldemorta, ale stara się pokazać swoje oddanie. Dużo poświęcił dla tego zadania, ale ma swoje powody. Tyle ci wystarczy — zakończył z naciskiem, wiedząc, że Kate chciałaby drążyć na tyle długo, by odkryć jego tożsamość.
— Masz szpiega i ludzi w gotowości. Mogłeś odzyskać Lupina bez udziału Harry’ego, a jednak go tam wysłałeś. Zrobiłeś to, by go sprawdzić, nie wzbudzić podejrzeń Voldemorta o stowarzyszeniu, czy chciałeś wkurzyć Dumbledore’a?
— To był dobry sprawdzian tego, jak sobie radzi w takich sytuacjach, a im mniej będzie wiedział Riddle, tym lepiej. Co do Dumbledore’a... — urwał na chwilę, a dziewczyna śledziła go uważnym wzrokiem. — Ostatni raz rozmawiałem z nim, kiedy byłem smarkaczem. Wiem o jego poczynaniach tylko z opinii innych, on o mnie nie wie nic. Nie miałbym po co go denerwować — odpowiedział logicznie.
W oczach Kate błysnęło rozbawienie.
— Więc wcale nie chciałeś mu pokazać, że „Patronus” jest lepszy od Zakonu? — zapytała niewinnie.
Brian zmrużył oczy i przybrał surową minę.
— Oczywiście, że nie.
— Mhm — mruknęła blondynka, a potem wstała. — Idę na zajęcia, chyba że masz coś jeszcze do dodania. Wiesz, ja naprawdę rozumiem, że pokazanie naszej przewagi mogło być satysfa...
— Idź już, bo się spóźnisz — przerwał jej, jednocześnie wstając. Uśmiechnęła się do niego ostatni raz i wolno wyszła z sali.
Brian przez chwilę stal bezruchu, a potem mruknął cicho do siebie.
— Oczywiście, że „Patronus” jest lepszy.

***

— Jak ci zajdę za skórę, też mnie skompromitujesz przy ludziach? — zapytał niespodziewanie Will, kiedy zajęli miejsca w kolejnej klasie. Harry obdarzył go zirytowanym spojrzeniem.
— Nie powiedziałem nic wielkiego.
— W ogóle, przecież Louis codziennie słyszy, że nie umie rzucić najprostszego zaklęcia — parsknął blondyn, a na widok skwaszonej miny znajomego, pokręcił głową. — Nie wiem, czym się przejmujesz, dobrze zrobiłeś.
Może i tak, ale nie był z siebie dumny. Nie planował wdawać się w takie dyskusje, nie na samym początku. Chciał tylko odpowiedzieć na pytanie, ale odpowiedź Louisa tak bardzo go zirytowała, że nie mógł się powstrzymać od komentarza. Niemal taką samą sytuację miał z Zachariaszem Smithem, który kilka miesięcy temu również podważał przydatność zaklęcia rozbrajającego.
Harry poradził sobie dobrze na pierwszych zajęciach, chociaż zdawał sobie sprawę, że były to tylko podstawy. W jego głowie już rano pojawił się plan. Koniec z obijaniem się, poleganiem na wiedzy innych i kompletnym ignorowaniem tego, że prawdopodobnie będzie musiał w przyszłości walczyć. Skoro miał tutaj zostać przez kolejne kilka tygodni, postanowił wykorzystać to w dobry sposób. Pierwszy krok chciał wcielić w życie już dzisiaj, jak tylko skończą się ostatnie zajęcia. O ile się nie mylił, powinna być tutaj biblioteka, a w niej kilkanaście wartościowych pozycji.
Niemal nie zauważył, kiedy kilka metrów przed ich biurkiem stanęła kobieta. Wyglądała młodo, ale nie na tyle, by uznać ją za uczennicę, brwi zmarszczyła w skupieniu, a jej strój był bardzo prosty, bo składał się z koszuli i dżinsów. W przeciwieństwie do Briana nie zasygnalizowała w żaden sposób swojej obecności, po prostu czekała, aż w sali zapadnie cisza.
— Witam na zajęciach z magii leczniczej. Nazywam się Samantha Delar. Choć tylko część z was może posiadać wymagany talent, każdy powinien opanować podstawy w jak najlepszym stopniu. Zdaję sobie sprawę, że dla wielu młodych żołnierzy, aurorów, czy poszukiwaczy przygód ten przedmiot może wydawać się zbędny i nudny, ale wystarczy zapytać jedną z osób, która ten zawód wykonuje. Przynajmniej raz w życiu uczestniczyli w sytuacji, w której byli zmuszeni wykorzystać swoje umiejętności lecznicze. Dlatego zachęcam was do uważania i wykorzystania czasu w jak najlepszy sposób.
Kobieta mówiła pewnym głosem jeszcze przez dłuższy czas. Potrafiła zainteresować uczniów tematem, dlatego wśród zebranych panowała cisza i skupienie. Harry chciał dołączyć do tego grona, jednak coś nie dawało mu spokoju. Miał niepokojące wrażenie, że nauczycielka nie jest mu obca, że to nie pierwszy raz, kiedy ją widzi. Obserwował ją uważnie, a w jego głowie huczało od nadmiaru myśli. Will nie mógł nie zauważyć jego zachowania i posłał mu zdumione spojrzenie. Nie odważył się jednak zapytać, o co chodzi, nie chciał zwracać na nich uwagi.
Przez kolejne minuty skupili się na czytaniu krótkiego rozdziału książki, a następnie w oparciu o zdobytą wiedzę mieli wypróbować zaklęcia z działu pierwszej pomocy. Znalazło się wśród nich takie jak zaklęcie oceny, które poprawnie rzucone pomagało wskazać na obrażenia i niepokojące objawy. Profesor Delar chodziła między ławkami, sprawdzając, jak sobie radzą, czasem dając drobne wskazówki.
W końcu podeszła do stanowiska Harry’ego i Willa. Przypomniała blondynowi o odpowiednim ruchu różdżką, a potem przeniosła wzrok na Pottera, a ten w tym samym czasie popatrzył na nią. Niemal poczuł, jak w jego pamięci odtwarza się pewna scena z przeszłości.
— Czy masz jakieś trudności z zaklęciem? — zapytała Samantha, nie zwracając uwagi na zmianę wyrazu twarzy chłopaka.
— Nie, pani profesor — odpowiedział po chwili i machnął różdżką na potwierdzenie. Nad głową Willa zaświeciła się ledwo widoczna czerwona łuna, oznaczająca, że badanemu dolegał lekki ból głowy. Nauczycielka poszła dalej.
— Wszystko w porządku? — zapytał cicho Will, który zauważył dziwną minę kolegi. Harry tylko pokiwał głową.
Kiedy rozległ się dzwonek na przerwę, Potter mruknął do niego, że później do niego dołączy. Chłopak, choć wyraźnie zaintrygowany, wyszedł razem ze wszystkimi z sali. Harry podszedł do biurka, wbijając wzrok w siedzącą kobietę. Delar uniosła pytająco brwi.
— Znam panią — wypalił nieoczekiwanie, zanim zdążyła zapytać, o co chodzi. — Była pani na jednym spotkaniu Zakonu.
W jej oczach zobaczył zrozumienie. Wstała ze spokojem i zerknęła na drzwi, które zamknęły się przed chwilą za ostatnim uczniem. Zwróciła się w stronę bruneta.
— Masz dobrą pamięć — powiedziała z uśmiechem, ale Harry go nie odwzajemnił.
— Szpieguje pani Zakon?
Zdawał sobie sprawę, że nie było to ani grzeczne, ani przemyślane, ale chciał znać odpowiedź. Zaczynał rozumieć, skąd wzięła się tak obszerna wiedza Briana na jego temat, całe to gadanie o tym, że słyszano o jego osiągnięciach.
— Nie, jestem jednym z członków.
— To znaczy, że Dumbledore wie, że należy pani też do Tectum?
Milczała przez chwilę, rozważając odpowiedź.
— Nie. Owszem — zaczęła, widząc, jak otwiera usta. — Nie jestem w pełni szczera, ale to moje zadanie. Możesz uważać, że to niehonorowe posunięcie, ale nasze stowarzyszenie musi pozostać tajne. Wiedzą o nim tylko członkowie i niech tak pozostanie. Zakon nie traci na mojej obecności. Posiadam dla niego również sporo przydatnych sytuacji.
— Szukała pani informacji o mnie?
— Po części tak, ale nie chodziło tylko o to. Wybacz, Potter — powiedziała nagle. — To wszystko, co mogę ci powiedzieć. Jeśli chcesz spróbować dowiedzieć się czegoś więcej, musisz iść do Briana.
Miał ochotę pójść do niego od razu, ale dzwonek oznajmił początek kolejnej lekcji, więc nie pozostało mu nic innego, jak odłożyć swoje plany na później. Pożegnał się szybko z profesor i wyszedł z sali. Nie spodziewał się, że ktoś z tego całego stowarzyszenia ma związek z Zakonem. Chociaż rozumiał dlaczego Samantha Delar jest pewnego rodzaju szpiegiem, nie podobało mu się to.  Po pierwsze dlatego, że tak naprawdę Zakon łatwo jest infiltrować.
Po drugie, „Patronus” musiał wiedzieć o ataku Śmierciożerców na Ministerstwo i nie kiwnął palcem, by pomóc w jego obronie. A to stawiało w jego głowie pytanie: Czym zajmuje się to stowarzyszenie i czy na pewno chce do niego należeć. 



____________________________________________________________________________

Hej! Wybaczcie to drobne opóźnienie, ale nie chciałam publikować niezbetowanego rozdziału, a po drugie, ze względu na sprawy prywatne i tak nie miałabym czasu. Następny rozdział powinien pojawić się w wyznaczonym terminie, jednak nie obiecuję, czy sytuacja się nie powtórzy.

Rozdział jak zawsze betowała Noelia Cotto.