04.11.2017

Rozdział 7

Niewyjaśnione sprawy

Do zagraconego pokoju wparowała dziewczyna. Jej wejście nie pozostało niezauważone, o czym świadczyły dźwięki dochodzące z łóżka po lewej stronie. Ona jednak nie zwróciła na to większej uwagi i skierowała się prosto do drugiego. Stanęła tuż nad nim, a na jej twarzy zagościł niepokojący uśmieszek.
Harry przyglądający się całej sytuacji, uznał, że to nie najlepszy znak.
Niespodziewanie w rękach gościa pojawiła się różdżka i zanim zdążył mrugnąć, z jej końca wytrysnął strumień wody. Nie trafił on jednak w poduszkę, a prosto w twarz jej właściciela.
— Oszalałaś?!                                           
Chłopak podniósł się gwałtownie i wyskoczył z łóżka. Z wodą ściekającą z jego krótkich włosów prezentował się dość żałośnie. Mimo tego wszystkiego nadal wyglądał na zaspanego.
— Nie, wyświadczam ci przyjacielską przysługę — zaczęła słodko. Popatrzył na nią jak na wariatkę. — Zdajesz sobie sprawę, która jest godzina?
Alex zmarszczył brwi, obejrzał się za siebie i spojrzał na tarczę zegarka. Przez chwilę wpatrywał się wskazówki bez słowa, kiedy dotarło do niego, co widzi.
— Kurwa — wydukał i podskoczył jak oparzony. — Szlag, szlag, szlag — powtarzał, próbując dopasować do siebie leżące na podłodze części garderoby. Czarownica przyglądała się temu ze spokojem. W przeciwieństwie do chłopaka wyglądała na wyspaną i gotową do działania. Trzymała ręce oparte na biodrach przez co skojarzyła się Harry’emu z panią Weasley. 
Poczuł się bardzo niezręcznie, kiedy dostał prosto w twarz bokserkami w latające znicze. To nie tak, że mieszkając z Ronem nie zostawał obrzucany różnymi częściami garderoby, kiedy ten próbował się szybko ubrać, ale inaczej się czuł, jeśli chodziło o jego przyjaciela, niż o obcą jeszcze osobę. Kiedy obok niego wylądowały jeszcze skarpetki, chrząknął lekko zażenowany. Przykuło to uwagę dwójki pozostałych.
— Sorry — wymamrotał winowajca, jednocześnie wkładając spodnie. — On mnie zabije, prawda?
Wyglądał na przerażonego na samą myśl. Z trudem doszukał się odpowiednich i czystych ubrań, założył spodnie na lewą stronę, co spotkało się z parsknięciem dziewczyny, a potem zaczął siłować się z wyjątkowo nieposłusznymi guzikami przy koszuli.
— Jeżeli wpadniesz tam z mokrą głową, i w butach nie do pary, to prawdopodobne tak. —  Wywróciła oczami, a on jęknął ponownie. Przyglądała mu się przez chwilę, a widząc jego bezradność, machnęła różdżką po raz kolejny.
Najpierw włosy chłopaka zostały osuszone, potem z adidasów zniknęły zanieczyszczenia niewiadomego pochodzenia. Po tych zabiegach Alex wyglądał w miarę przyzwoicie. Najwidoczniej sam zdał sobie z tego sprawę, bo przysunął się do dziewczyny i pocałował ją szybko w usta. Zdążył odchylić się przed jej uderzeniem, wyszczerzył się do Harry’ego i wybiegł z pokoju, trzaskając drzwiami. Zapadła niezręczna cisza.
— Muszę zmienić przyjaciół — mruknęła do siebie, a potem odwróciła się w stronę Pottera. — Jak się spało?
Zapowiadał się bardzo, bardzo ciekawy dzień.

***

— Powiedziałem wszystko, co wiem — powtórzył po raz kolejny zmęczony Remus. W jego żyłach nadal krążyło podane przez Moody’ego veritaserum, a obecni w gabinecie członkowie Zakonu nie spuszczali z niego wzroku.
— Kim mogła być ta kobieta? — zastanawiał się Alastor, krążąc w kółko. — Jesteś pewien, że nie miała Mrocznego Znaku? Może to jakaś pułapka?
Usłyszeli prychnięcie. Tonks pokręciła głową i mruknęła coś pod nosem. Remus usłyszał „podejrzliwy idiota” oraz coś na kształt „Jak zwykle teorie spiskowe na każdym kroku” i nie mógł się nie uśmiechnąć. Potem przeniósł spojrzenie na starszego aurora i zaczął tłumaczyć:
— To nie miałoby żadnego sensu. Żaden Śmierciożerca jej nie znał, a po drugie... — zawahał się, co zauważył Albus.
— Coś przykuło twoją uwagę?
Lunatyk dobrze wiedział, o co właściwie chodzi mężczyźnie. Jako wilkołak miał wyczulone zmysły, a to dawało mu dużą przewagę. Co ciekawe, potrafił wyczuć czarodzieja. W przypadku tej kobiety, Dominique, miał bardzo sprzeczne odczucia. Nie pachniała jak mugol, ale… ani razu nie użyła różdżki. Zastanawiał się nad tym od kilku minut.
— Biorę pod uwagę, że kobieta może być charłakiem — powiedział w końcu, co spotkało się z głośnym odzewem.
— Charłak w życiu nie dałby sobie rady z grupą Śmierciożerców, a po drugie, jaki miałby interes, żeby cię ratować?
— Zapomniałeś jeszcze dodać, że była kobietą, co nie, Szalonooki? — mruknęła Tonks.
Dobrze znała podejście mężczyzny. To nie tak że dyskryminował kobiety, ale musiał się najpierw na własne oczy przekonać, że są tak samo zdolne jak mężczyźni. Pamiętała bardzo dobrze, ile musiała włożyć wysiłku, by ją zaakceptował. Owszem, szanowała tego czarodzieja, nawet go lubiła. Mimo wszystko zirytowały ja jego słowa.
— Nie mam zielonego pojęcia, co ona tam robiła — westchnął wilkołak, a Tonks ponownie skupiła na nim swoją uwagę.
Remus był ciekawy tak jak reszta, ale w przeciwieństwie do nich, ani przez chwilę nie uwierzył, że tajemnicza wybawicielka źle mu życzyła. Dodatkowo miał dziwne przeczucie… Jakby nie wszystko dobrze pamiętał. Miał wrażenie, że coś mu umknęło, coś bardzo ważnego. Chociaż skupiał się jak tylko mógł, nic mu nie przychodziło do głowy.
Ktoś zapukał do drzwi, a po chwili mogli zobaczyć Severusa Snape’a w całej okazałości. Na widok Lupina uśmiechnął się złośliwie.
— A jednak to prawda — zaczął, podchodząc bliżej. Wbili w niego niezrozumiałe spojrzenia, a Albus odchylił się w krześle. — Zostałeś odbity.
Remusowi nie podobał się wyraz twarzy szkolnego wroga oraz to, że najwidoczniej znał więcej faktów na temat jego ucieczki. Severus nie patrzył już na niego, lecz wbijał przeszywający wzrok spojrzenie w Dumbledore’a.
— Masz nam coś do powiedzenia? — warknął Alastor, obrzucając Śmierciożercę nieufnym spojrzeniem. Pod tym względem nic się nie zmieniło, auror nadal ani trochę nie ufał Snape’owi, mimo zapewnień dyrektora o jego niewinności.
— Nie jestem pewien, czy ta informacja przeznaczona jest dla wszystkich, Moody. — Wykrzywił się złośliwie Severus. — Wolałbym to najpierw uzgodnić z dyrektorem.
Nie spodobało się to zarówno Alastorowi, jak i Tonks, która miała już na końcu języka ciętą ripostę, kiedy przemówił główny zainteresowany:
— Dziękuję wam za spotkanie, ale uważam, że Remus powinien jak najszybciej zgłosić się do pani Pomfrey, by ta sprawdziła, czy nie odniósł jakichś poważnych obrażeń — powiedział spokojnie Dumbledore. — Nimfadoro, czy mogłabyś mu towarzyszyć? Alastorze, powiadom resztę Zakonu o szczęśliwym powrocie naszego profesora Lupina.
Innymi słowy po prostu chciał się ich pozbyć. Nikt z wymienionych nie był z tego powodu zadowolony, ale nie pozostało nic innego, jak wypełnić polecenie. Lunatyk widząc nie zapowiadającą nic dobrego minę Tonks, pociągnął ja za ramię i razem wyszli z gabinetu, wcześniej żegnając się z pozostałymi. Szalonooki poszedł w ich ślady.
Snape i Dumbledore pozostali sami, nie licząc uważnie przysłuchujących się portretów.
— To Potter — wyrzucił od razu młodszy mężczyzna.
Albus ukrył zaskoczenie, po czym szybko zaczął myśleć. Szybko doszedł do pewnych wniosków, jednak wolał się upewnić.
— Kto mu towarzyszył?
— Nieznajoma kobieta, która wywiodła w pole prawie wszystkich Śmierciożerców. Przybyła razem z chłopakiem i jak mi wiadomo, posługiwała się mugolską bronią.
Działalność naszych agentów wykracza poza świat magiczny, ludzie działają również w szeregach mugolskich służb specjalnych, polityków i lekarzy.
Nie miał innego wytłumaczenia. Zaskoczyło go jak szybko Brian zaczął wcielać swój plan w życie. Jeszcze przedwczoraj rano odwiedziła go Kate Invicto, a najwidoczniej Harry już znalazł się pod… opieką mężczyzny. Według niego zdecydowanie za szybko, a to oznaczało, że chłopak od razu im zaufał. Dumbledore poczuł niepokój, bo był niemal pewien, że młody czarodziej poradzi się najpierw niego. Wszystko wymykało mu się spod kontroli.
— Nie wyglądasz na zaskoczonego — odezwał się Severus, bacznie mu się przyglądając. Spodziewał się trochę innej reakcji, choć z drugiej strony dyrektor miał szerokie kontakty.
Dumbledore nie odpowiedział. Nie tak wyobrażał sobie letnie miesiące. Chciał skupić się na znalezieniu sposobu na pokonanie Toma, może znaleźć nowych członków Zakonu, ale przede wszystkim zamierzał naprawić swoje relacje z Harrym. Zdawał sobie sprawę, jaki błąd popełnił, zatajając przed chłopakiem przepowiednię i ignorując go przez cały rok. Teraz widział tego skutki.
— Chciałbym, aby to pozostało między nami, Severusie — powiedział nagle. — Remus przedstawił inną wersję wydarzeń i taką właśnie przekażemy pozostałym.
— Najprawdopodobniej ktoś grzebał przy umyśle Lupina — rzucił Snape. — Mogę to...
— Nie — uciął zdecydowanie. Mężczyzna nie dał po sobie poznać, jak bardzo poczuł się zaskoczony tym oświadczeniem. — To wprowadziłoby niepotrzebny zamęt.
— Ale Potter… — zaczął ze zdziwieniem mistrz eliksirów.
— Zajmę się tym, bez obaw.
Pora wziąć sprawy w swoje ręce.

***
— Jak się spało?
Przez chwilę Harry po prostu siedział na łóżku, nic nie odpowiadając. W ciągu niecałych pięciu minut całkowicie się rozbudził. Nadal nie do końca wiedział, co się dokładnie stało, ale robił dobrą minę do złej gry. Dziewczyna patrzyła na niego z wyczekiwaniem.
— Emm… dobrze — wymamrotał ciągle speszony. Najwidoczniej to zauważyła, bo w jej oczach mignęło rozbawienie.
— Prawie zapomniałam, że jesteś tu nowy — zaczęła i usiadła na łóżku Alexa. — Takie scenki to u nas normalność, ale spokojnie, przyzwyczaisz się z czasem.
— Gdzie Alex się spieszył?
— Jest niedziela, a ten dzień zwykle spędza z ojcem. Warto dodać, że staruszek nie przepada za spóźnialskimi, a tym bardziej nie cierpi, gdy jego syn zachowuje się w taki sposób — wyjaśniła beztrosko.
Harry w końcu przypomniał sobie jej imię – Alison. Zdążył już się zorientować, że przyjaźni się z jego współlokatorem, a może nawet łączy ich coś więcej. Korciło go, by o to zapytać, a to dziwne, bo nigdy wcześniej nie należał do osób wtrącających się zbytnio w życie innych. W końcu stwierdził, że raz się żyje i postanowił się jednak dowiedzieć.
— Wy coś...
— Nie — przerwała mu zanim zdążył dokończyć, potem parsknęła śmiechem. — Merlinie broń, jeszcze aż tak źle ze mną nie jest. Jesteśmy tylko przyjaciółmi, a przynajmniej ja tak uważam.
— Często budzisz go w taki sposób?
Uśmiechnęła się szeroko.
— Rzadko się zdarza, żebym w ogóle to robiła. Zwykle to Kate wywala go z łóżka.
Spiął się, słysząc imię przyjaciółki i przypomniał sobie przebieg ich wczorajszej rozmowy. I to o czym rozmyślał potem. Starał się odrzucić nieprzyjemne myśli i ponownie skupić się na luźnej rozmowie z dziewczyną. Nie zdawał sobie jednak sprawy, z kim ma do czynienia.
— To jak to między wami będzie? — zapytała spokojnie.
Był pewien, że nie zauważy. Teraz nie miał pojęcia, co ma odpowiedzieć. Czuł się źle z samą myślą, że jego emocje są aż tak dobrze widoczne. Nie pomagał też fakt, że najprawdopodobniej Alison jest kolejną osobą, która zna wspólną historię jego i Kate.
Przyglądała mu się uważnie. Rozumiała, że mógł wysunąć błędne wnioski, ale mimo wszystko Kate nigdy nie rozpowiadała o ich przeszłości. Alex dowiedział się przez przypadek, wracał ze szlabanu i napotkał dziewczynę rozmawiającą o tym z Brianem, Alison domyśliła się sama. Przez lata wyrobiła sobie nawyk obserwacji; była biernym uczestnikiem rozmów oraz dyskusji, należała do osób spostrzegawczych no i nie brakowało jej kobiecej intuicji. Mało kto zdawał sobie sprawę, jaką jest skarbnicą wiedzy, a sama nauczyła się z tym nie obnosić.
Czekała na jego odpowiedź, bo to od niej zależało, jakie zdanie sobie o nim wyrobi. To była jej olbrzymia wada – szybko przyklejała ludziom łatki. Pocieszała się tym, że zwykle się nie myliła.
— Najlepiej będzie, jeśli nasza znajomość się na tym zakończy — powiedział w końcu i czekał na reakcję, niestety jej wyraz twarzy pozostał nieczytelny.— Nie chcę kłótni i wyrzutów. — Kontynuował. — Mam dosyć problemów i naprawdę nie mam ochoty na kolejny konflikt. Będę żył swoim życiem, ale... — zaciął się i zastanowił, jak ubrać swoje myśli w słowa. —Chciałbym, żebyśmy wszystko sobie wyjaśnili — dokończył cicho.
Przez chwilę oboje milczeli, Alison wstała i wygładziła bluzkę. Potem odezwała się przyjaznym głosem:
— Powinieneś pójść do Zayna. — Zauważyła nieme pytanie w jego oczach. — Jutro poniedziałek, zaczyna się kolejny tydzień zajęć, a ty jesteś nowy i nie masz własnego planu. Musisz jak każdy zgłosić się na konsultacje i dostosować rozkład do swoich potrzeb i umiejętności — wyjaśniła.
Fajnie, że dowiaduje się o tym dopiero teraz. Harry westchnął.
— Gdzie to jest?
— Korytarzem w prawo, potem szóste drzwi na lewo. To większe pomieszczenie, prawdopodobnie będą tam inni potrzebujący porady. Zayna poznasz bez problemu, albo będzie spał, albo słuchał muzyki na swoim rozwalającym się discmanie.
Podziękował i chciał wstać, ale szybko zorientował się, że ma na sobie tylko bokserki. Zażenowanie wzrosło, kiedy uświadomił sobie, że ma tylko wczorajsze ubrania, a te nie były w najlepszym stanie. Znalazł się w trudnej sytuacji.
— W twojej szafie masz ciuchy — rzuciła niespodziewanie dziewczyna, a on spłonął rumieńcem. Gdy to zobaczyła, jej usta drgnęły. — Nie ma się czym przejmować, nie jesteś jedynym wziętym z ulicy, który nie ma przy sobie prawie niczego.
Trochę go to uspokoiło, choć nadal nie czuł się komfortowo. Alison ruszyła w stronę drzwi, chcąc dać mu trochę prywatności. Miała już naciskać klamkę, gdy nagle się zatrzymała. Odwróciła się w jego stronę po raz ostatni.
— Spróbujcie dać sobie jeszcze jedną szansę — powiedziała cicho, ale wyraźnie i wyszła.
Siedział chwilę bez ruchu, zastanawiając się nad jej słowami. Kiedy poczuł, że zaczyna go od tego boleć głowa, wstał i podszedł do szafy. Wewnątrz znalazł kilka prostych, sportowych koszulek, dwie pary dżinsów, zwykłe trampki i jedną czarną koszulę. Wyciągnął to, czego potrzebował i zmarszczył brwi. Przecież to nie mój rozmiar. Problem się jednak rozwiązał, ponieważ okazało się, że rzeczy były zaczarowane w taki sposób, by dostosowywać się do właściciela.
Bez niepotrzebnego przedłużania wyszedł na korytarz i kierował się tak, jak poradziła mu Alison. Nie spotkał nikogo po drodze, więc bardzo szybko trafił pod wskazane drzwi. Postanowił zapukać, a kiedy usłyszał głośne „Wejść”, nacisnął klamkę.
To właściwie nie był mały pokoik, a większa sala, zbliżona wielkością do lekcyjnych, które znał z Hogwartu. Zauważył kilka półek z książkami, fotele rozstawione po kątach, ale przede wszystkim biurko stojące po środku, a za nim chłopak, najprawdopodobniej Zayn . Nie liczył sobie więcej niż dwadzieścia parę lat, miał krótkie, brązowe włosy i morskie oczy. Wyglądał na znudzonego.
Nie był tutaj jedyną obecną osobą. Harry przeniósł spojrzenie na chłopaka, możliwe, że  w jego wieku, który przeglądał plik papierów. Odgarnął blond włosy opadające na oczy o piwnych tęczówkach. Na chwilę uniósł głowę, przyglądając się nowo przybyłemu i najwidoczniej rozpoznał Pottera, bo zrobił dziwną minę. 
— Kolejny nowy? — zapytał chłopak zza biurka i zabrał nogi z blatu. — Taa, przynajmniej mam co robić.
Harry usiadł na prośbę Zayna. Nadal czuł na sobie wzrok blondyna siedzącego w kącie. Spróbował go zignorować i skupił się na słowach bruneta.
— Każdy musi ułożyć własny plan zajęć. Masz do wyboru masę przedmiotów, gdzie połowa z nich do niczego ci się w życiu nie przyda, ale to już tylko moje skromne zdanie — zaczął swobodnym tonem. — Wybierasz dziewięć przedmiotów: trzy najważniejsze dla ciebie, więc będziesz miał  je codziennie, trzy podstawowe, w których uczestniczysz trzy razy w tygodniu i trzy dodatkowe, odbywające się raz w tygodniu. Tu masz listę. — Podał mu gruby plik kartek. — Możesz się nad tym zastanowić, gdzie chcesz, ale masz czas do wieczora. Jakby co, to pytaj.
— Dzięki — mruknął Potter, wstał i skierował się w stronę drzwi.
— Hej, może spróbujemy to ogarnąć we dwóch? — Usłyszał z kąta i przeniósł tam spojrzenie. Tajemniczy chłopak patrzył na niego pytająco.
Harry wahał się tylko przez chwilę. W końcu uznał, że mała pomoc nie zaszkodzi, a przynajmniej pogada z kimś w podobnej sytuacji do niego. Uśmiechnął się więc lekko i podszedł do blondyna. Wyciągnął dłoń w jego stronę.
 — Jasne. Harry.
— Will. — Przyjął powitanie i wskazał miejsce obok siebie. — Nie spodziewałem się, że zobaczę tu Pottera — zaczął, przechodząc od razu do rzeczy.
— Uwierz mi, ja też — parsknął Harry, na co jego towarzysz uniósł brwi zaciekawiony, więc streścił krótko jego przybycie tutaj, nie zatrzymując się zbyt długo na temacie Kate. Pominął również dzisiejszą noc, to powinno zostać w tajemnicy, przynajmniej na razie.
— Czyli nie ja jeden kompletnie nie ogarniam, jak to wszystko tu działa — skomentował Will z ulgą. — Moja historia jest chyba jeszcze bardziej popieprzona.
— Dawaj.
— Nie wiem, czy zauważyłeś, ale nie mam waszego akcentu.  — Harry skinął głową zaintrygowany. — Cały czas mieszkałem z matką w Stanach, no i było nawet spoko, chociaż bez żadnych ciekawych akcji. Mama nigdy nie powiedziała mi, kim jest mój ojciec, a ja po pewnym czasie nawet przestałem pytać. No i dwa dni temu nagle się zjawił jakiś facet, podając się za mojego ojca — skrzywił się blondyn. — W pierwszej chwili miałem ochotę mu przywalić, bo szybko się zorientowałem, że dobrze wiedział o moim istnieniu. Co najlepsze nawet się jakoś nie wytłumaczył, tylko od razu z grubej rury wypalił, że jest członkiem stowarzyszenia i jako jego syn powinienem również nim zostać. Chyba przez dobre dziesięć minut ani ja, ani matka nie wiedzieliśmy, co powiedzieć.
— Twoja mama nie wiedziała, czym się zajmuje twój ojciec?
— No nie — odpowiedział Will. — Nieźle się na niego wściekła i jak już odzyskała głos, to darła się na niego tak, że sąsiadka przyszła pytać, czy dzwonić na policję — zarechotał, a Harry uśmiechnął sie z rozbawieniem. — W końcu oboje się zamknęli i… ojciec zapytał, co ja na to powiem. Na początku chciałem walnąć prosto z mostu, że niech się wali i spieprza, ale zaczął gadać o korzyściach, jakie przyniesie mi szkolenie. I złapał mnie na gadkę o aurorach.
— Chcesz byś aurorem? —zapytał Potter z zaskoczeniem.
— To moje marzenie od dzieciaka. U nas w Stanach to jest cholernie trudne, całe studia trwają pięć lat, zamiast trzech i później gnijesz w biurze, spisując raporty. Nie to, co tutaj, tylko trzy lata i od razu praktyka. A jak jeszcze dodał, że po szkoleniu będę miał później łatwiej na studiach i w ogóle, no to przepadłem. I tak jakoś wyszło, że się zgodziłem. Trochę mama się wściekła, no ale przejdzie jej. — zakończył z uśmiechem, a potem zmarszczył brwi. — Chyba — dodał z wahaniem.
Rozmawiali jeszcze przez kilka minut. Złapali dobry kontakt i szybko rozluźnili się w swoim towarzystwie. Will nie pytał o sprawy związane z Voldemortem, blizną i tym podobne, co jeszcze bardziej ucieszyło Harry’ego. W końcu zabrali się za formularze.
Przedmiotów do wyboru było zdecydowanie więcej niż w Hogwarcie, a to wcale nie ułatwiało sprawy. Co ciekawe, nie znalazł transmutacji ogólnej, której uczył się od pięciu lat, a jej odłamy, podobnie sprawa miała się z eliksirami czy zaklęciami. Inne nazwy nic mu nie mówiły. Już po przejrzeniu pierwszej strony zaczęła boleć go głowa. Jak ja mam z tego wybrać tylko dziewięć przedmiotów?
— To jakiś żart, prawda? — jęknął Will, który najwidoczniej pomyślał to samo. — Skąd ja mam wiedzieć, co właściwie chcę?
— O ile wam to w jakiś sposób pomoże, to przedmioty zaznaczone gwiazdką musicie wziąć, od was tylko zależy w jakim programie — odezwał się Zayn, który od dłuższego  przyglądał im się przyglądał.
Harry zerknął do kartek jeszcze raz, bo wcześniej nie zauważył żadnych dodatkowych oznaczeń. Kiedy przeczytał nazwy, obok których widniały symbole, przełknął głośno ślinę. Will skomentował to, co przeczytał na głos.
— Okej, rozumiem zajęcia sportowe, naprawdę, ale oklumencja i ELIKSIRY? A po cholerę mi eliksiry?
— Nie moja decyzja, wszyscy musieliśmy przez to przejść — wzruszył ramionami Zayn, ale wyglądał na rozbawionego. — Zawsze możesz je mieć tylko raz w tygodniu.
— Nienawidzę eliksirów. Nie nadaję się do tego. Nie, po prostu nie — zaprotestował blondyn. — Wiesz, jak zakończyła się moja ostatnia wizyta w laboratorium? Wysadziłem w powietrze pół sali, a moja koleżanka z ławki zamieniła się w żabę.
Harry może i nie miał takich przygód, ale też nie uśmiechało mu się branie eliksirów, jednak nie to go zaniepokoiło. Oklumencja. Znowu będzie musiał się jej uczyć, a jego ostatnie próby… Na sam dźwięk tego słowa robiło mu się niedobrze. Mimo to zdawał sobie sprawę, że to odpowiednie obowiązkowe zajęcia. Sprawność fizyczna przyda się każdemu, sam miał zamiar nad nią pracować, eliksiry… No cóż, przydatne umiejętności, a obrona umysłu w czasach Voldemorta wydawała się koniecznością.
Will jeszcze chwilę ponarzekał, ale w końcu jakoś zaakceptował swój los. Z bólem serca wziął swój znienawidzony przedmiot jako dodatkowy, zajęcia sportowe chciał mieć w planie codziennie i zdecydował się na podstawową oklumecję. Do tego dołączył codzienną naukę maskowania oraz pojedynki, podstawy animagii i uzdrowicielstwa, a jako przedmioty dodatkowe wziął zajęcia nazywane „Praktycznymi umiejętnościami mugolskimi” oraz język hiszpański. Zdecydował się na wybór tego ostatniego, ponieważ rozważał ewentualne studiowanie w Hiszpanii.
— O ile dobrze pamiętam, by zostać aurorem potrzeba jeszcze egzaminu z zielarstwa, zaklęć i transmutacji — rzucił Harry.
— Przecież się tego uczyłem, a jeśli dobrze zrozumiałem, w czasie pobytu tutaj mogę dobrać sobie kolejny przedmioty, co nie? — Zerknął w stronę Zayna, a ten pokiwał twierdząco głową.
Dla Willa wybór przedmiotów okazał się o wiele łatwiejszy niż dla Harry’ego. Pierwszy problem napotkał już przy ustaleniu, na jakim poziomie będzie się uczył wymaganych przedmiotów. Od samego początku planował poprawić kondycję, dlatego zajęcia sportowe zakreślił jako przedmiot zaawansowany, dłuższy czas myślał nad pozostałymi dwoma.  Eliksiry były jego zmorą przez ostatnie pięć lat, oczywiście zdawał sobie sprawę, jak wiele zależało to od nauczyciela, ale mimo wszystko nigdy nie przepadał za mieszaniem w kociołku. Z drugiej strony eliksiry niejednokrotnie pomogły mu w realizacji planów – choćby sytuacja z wielosokowym, który z wielką precyzją uwarzyła Hermiona w drugiej klasie. W końcu postanowił, że z nauką na podstawowym poziomie powinien sobie poradzić.
Pozostawała więc najgorsza sprawa – oklumencja. W pierwszej chwili miał ochotę zaznaczyć ją jako przedmiot dodatkowy, ale zrezygnował z tego pomysłu. Może dla innych by to wystarczyło, ale on był w zupełnie innej sytuacji. Połączenie umysłowe z Voldemortem utrzymywało się już od dobrego roku, oczywiście po bitwie w Ministerstwie nie tak często nawiązywał kontakt, ale przecież jeszcze kilka godzin temu właśnie to się stało. Tak, często to połączenie pozwalało mu zdobyć informacje, których inaczej by nie pozyskał, ale doprowadziło też do śmierci Syriusza. A to wszystko tylko dlatego, że nie poświęcił odpowiedniej ilości czasu na naukę oklumencji.
Nie mógł narażać przyjaciół na niebezpieczeństwo, a wystawianie się na atak umysłowy ze strony Voldemorta tym właśnie było. Obiecał sobie, że zacznie się przykładać do nauki, więc dlaczego nie dołączyć do niej oklumencji? Zakreślił zajęcia jako te w zakresie rozszerzonym. Jakoś sobie poradzi, a olanie magii umysłu może mu przynieść tylko problemy.
Wybór pozostałych przedmiotów przyszedł mu z łatwością. Zdecydował się również na pojedynki oraz mugolskie umiejętności, oba dopisał do grupy z oklumencją. Zainteresowała go nauka animagii, wcześniej nigdy nie wykazywał chęci, by opanować umiejętność Huncwotów, ale teraz uznał, że może mu się przydać. Nie wiedział, co mu przyniesie przyszłość, więc podstawy uzdrowicielstwa również były dobrym wyborem. Dodatkowymi przedmiotami zostały historia magii, zaklęcia domowego użytku (sam nie wiedział, po co to wziął) i – o dziwo – legilimencja.
Zayn, marszcząc brwi, przeczytał formularz Harry’ego.
— Wybrałeś dziesięć przedmiotów, w tym cztery rozszerzone. Jesteś pewien swojej decyzji?
Podejrzewał, ile go to będzie kosztowało pracy, ale naprawdę chciał do tego podejść poważnie. Miał szansę poprawić swoje umiejętności, wykorzystać te pozostałe pięć tygodni wakacji. Skinął głową, podejmując ostateczną decyzję. Dogadali szczegóły i Harry wyszedł z gotowym planem na następne tygodnie. Will czekał na niego pod drzwiami.
Jest trochę roboty, co nie? — mruknął, analizując swój plan.
Harry zerknął na swój. Fakt, poranny trening miał o siódmej rano, więc czekała go wczesna pobudka. Później zajęcia rozplanowane były w taki sposób, że czas wolny mógł wygospodarować sobie dopiero po siedemnastej. No cóż, przecież nie przyjechał się tu obijać, prawda?
Masz jakieś plany na dziś? — zapytał niespodziewanie jego towarzysz, a brunet popatrzył na niego zdziwiony. — Zastanawiam się, czy wiesz może, gdzie tu jest ten osławiony bar, ale prawdopodobnie nie…
Wiem, gdzie jest, byłem tam wczoraj — przerwał mu Harry, na co chłopak uniósł brwi. Wyglądał, jakby chciał coś powiedzieć. — Co?
Eee, po prostu... — zaciął się. Potter przyglądał mu się z coraz większym zaciekawieniem. — No nie myślałem, że Harry Potter lubi takie miejsca — wymamrotał w końcu Will.
Może jeszcze niedawno zdenerwowałby się na takie słowa, ale teraz tylko się uśmiechnął. Ludzie mieli o nim różne zdanie, ale chyba wszyscy byli przekonani, że w pewnym sensie jest tym Złotym Chłopcem, co go naprawdę dziwiło, biorąc pod uwagę w jakie kłopoty pakował się w Hogwarcie. Z drugiej strony nigdy nie czuł się Huncwotem, raczej stronił od psikusów godnych jego ojca czy bliźniaków Weasley nie brał udziału w licznych imprezach i ograniczał swoje grono znajomych do Rona, Hermiony i może Nevilla. Duży udział w kreowaniu jego wizerunku miały gazety, raz przedstawiając go jako zagubionego chłopca, który płacze po nocach za rodzicami (treść artykułu Rity Skeeter nadal go prześladowała) tylko po to, by za parę miesięcy uznać go za niepoczytalnego.
Pora wyprowadzić cię z błędu rzucił lekko i ruszył korytarzem. — Co powiesz na wspólne piwo? — zawołał do Willa, który został w tyle.
Chłopak rozszerzył oczy, czego oczywiście Harry nie mógł zobaczyć, ale potem wyszczerzył się szeroko. Może być tu ciekawie, pomyślał, próbując dogonić nowego znajomego.

***
— Ile się siedzi za zabójstwo ojca? — zapytał niespodziewanie Alex, a Alsion zakrztusiła się sokiem. — Z ciekawości pytam — dodał szybko na widok jej miny.
Oczywiście, że z ciekawości. — Alison odstawiła szklankę. — W życiu nie udałoby ci się tego zrobić.
A to niby czemu? — oburzył się chłopak, po czym posłał promienny uśmiech rudowłosej piękności siedzącej przy sąsiednim stoliku.
Jesteś za głupi, a on był aurorem — zauważyła Alison, a potem podążyła za jego spojrzeniem. — Daj sobie spokój, kochany.
Hę? — rzucił, nie odrywając wzroku od dziewczyny, która prowokująco przygryzała wargę.
Chartier wywróciła oczami.
Ma chłopaka, a przy okazji to niezła cizia, zdradza go przy każdej nadarzającej się okazji. Nie lubimy takich.
Nie?
Nie — ucięła, pociągając go za ramię, żeby się odwrócił. Alex westchnął rozczarowany, ale posłuchał przyjaciółki.
Oboje zwrócili się teraz w stronę wyjątkowo milczącej dziewczyny siedzącej przy ich stoliku. Chłopakowi zadrgały wargi, kiedy zauważył, w co się wpatruje.
Stalkerka — zarechotał, sięgając po szklankę z sokiem stojącą przed Alison. Posłała mu spojrzenie a'la bazyliszek, więc cofnął rękę.
Odezwał się święty — powiedziała spokojnie Kate, nadal patrząc na bruneta, który śmiał się z czegoś, co powiedział jego towarzysz.
Nie sądzisz, że to ciut niestosowne? — drążył temat Alex. — W końcu to twój były przyjaciel, spróbuj poderwać kogoś innego.
Kate w końcu zwróciła się w jego stronę, a Alison parsknęła na widok jej miny.
Courage, zamknij się, proszę. Zastanawiałam się, kim jest ten nowy chłopak obok niego. Wygląda dziwnie znajomo, nie sądzisz Al?
Wspominania dziewczyna wychyliła się w krześle i zmierzyła spojrzeniem Willa. Zmarszczyła brwi, a po chwili w jej oczach błysnęło zrozumienie.
— Patrick wspominał coś o nieślubnym synu Halveya, a on go nawet przypomina.
Alex również przyjrzał się chłopakowi.
Ja tam nie wiedzę podobieństwa powiedział głosem znawcy.
— Bo jesteś ślepy — mruknęły równocześnie dziewczyny.
Może, ale nadal nie rozumiem, po co się tak im przyglądasz.
Invicto milczała. Jak mogła odpowiedzieć na to pytanie, skoro sama nie wiedziała? Dawno nie czułą się tak niepewnie w Tectum. Gdziekolwiek by nie poszła, cały czas miała w głowie, że on tu jest, że rozmawiali i to już nie jest tylko postać z przeszłości. A Kate nie lubiła powracać do czegoś, co już było. Zawsze coś zaczynała i kończyła, rzadko kiedy o tym wspominając. Teraz też chciała tak zrobić, ale nie potrafiła. Bo miała jeszcze jedną cechę, która dawała o sobie znać – nie lubiła zostawiać niedokończonych spraw. Dlatego czy jej się to podoba, czy nie, będą musieli porozmawiać.
Zastanawiała się, kto bardziej obawia się tej rozmowy.


__________________________________________________________________________


 I za nami kolejny rozdział. Ponieważ ostatnio nie odpowiedziałam na komentarze, postanowiłam zrobić to tu i teraz, przy okazji wyjaśniając kilka wątków.

Mroczny Książę Dla mnie Remus nigdy nie był takim łagodnym Huncwotem, który zawsze wszystko wybacza. Mimo wszystko należał do grona największych rozrabiaków w szkolnych latach, przeżył zdradę najlepszego przyjaciela i musiał zmagać się z wilkołactwem. W moim opowiadaniu pojawi się jeszcze wielokrotnie, ale na pewno nie w roli tego, który łagodzi wszystkie konflikty. 

Jeśli chodzi o Twoje spekulacje dotyczące ewentualnego związku HarryxKate, to oczywiście nie odpowiem na nie ani twierdząco, ani przecząco. Mogę tylko powiedzieć, że wszystkie pary zostały już ustalone kilka miesięcy temu i chociaż nie posiadam dokładnego zarysu każdego rozdziału, wiem, kto z kim skończy. Przyjemnie będzie poczytać wasze pomysły i domniemania, ale ja zdania nie zmienię :D

Daniel King Myślę, że panika Harry'ego ma swoje uzasadnienie w tym, że chłopak inaczej to sobie wszystko wyobrażał. Tak jak zauważyłeś, mógł myśleć, że Remus będzie nieprzytomny, a może nawet nie dowie się o udziale Pottera w całym wydarzeniu.

Oczywiście rozumiem też Twoje mieszane uczucia. Harry zawsze postępował trochę nierozsądnie, ale Lupin miał prawo uważać, że spora część jego problemów nie jest jego winą. Wydaję mi się też, że łatwiej byłoby mu się pogodzić z podobieństwem Harry'ego do Lily i jej rozsądnym podejściem do życia :D

Brian nie był może zaskoczony walką z Voldemortem, a tym, że Harry wyszedł z niej bez większych szkód. W następnym rozdziale pojawią się nowe fakty dotyczące tego całego wysłania Pottera prosto w paszę lwa (a może bardziej węża), więc na razie to całe wyjaśnienie. 

Na koniec poruszę kwestię, która pojawiła się w obu komentarzach - Draco. Powiem tak, lubię tę postać, chociaż nie przepadam za argumentacją wielu jego fanów, że nie miał wyboru. Przepraszam bardzo, a Syriusz? Obaj pochodzili z rodzin czystej krwi sprzymierzonych z Voldemortem, a jednak Black się przeciwstawił i wybrał swoją drogę. Dla mnie Draco był po części tchórzem, co nie znaczy, że nie rozumiem jego postępowania, bo wielu z nas chciałoby ratować własną skórę w takiej sytuacji jak on. Tak czy inaczej, Malofy nie stanie się tutaj odważnym bohaterem, bo to po prostu nie w jego stylu.

Aha, Will został dodany do zakładki bohaterów, jako bohater drugoplanowy, chociaż w kolejnych rozdziałach, będzie się pojawiał dosyć często :)

Rozdział jak zawsze betowała Noelia Cotto

21.10.2017

Rozdział 6

Nocne rozmowy

Harry uderzył mocno o ziemię. Nie ruszał się przez chwilę w obawie, że coś sobie złamał. W końcu powoli podniósł się na kolana. Zauważył, że Dominique stabilnie stała kilka centymetrów od niego. Nie patrzyła na niego, wzrok miała utkwiony w mężczyźnie stojącym naprzeciwko.
Profesor Lupin. Szlag by to trafił. Może ich misja zakończyła się powodzeniem, ale teraz mieli wcale nie mniejszy problem. Remus wiedział, kto dokładnie go uratował i nie mógł oderwać spojrzenia od Pottera. Harry przełknął ślinę z mocno bijącym sercem. Nie miał żadnego sensownego wytłumaczenia dla wilkołaka. Co gorsza obawiał się, że Remus słyszał jego rozmowę z Voldemortem, a to pogrążało go jeszcze bardziej.
Zapadła krótka, napięta cisza. Dominique zmarszczyła brwi, przyglądając się to jednemu, to drugiemu czarodziejowi.
— Coś ty zrobił, Harry? — Remus w końcu przerwał ciszę. W jego głosie wyczuł złość, szok i przerażenie. Nie wiedział jeszcze, co z tego było najgorsze. — Jak, do cholery, trafiłeś prosto do siedziby Voldemorta? Jakim cudem z nim rozmawiałeś? I kim jest ta kobieta?
Jest źle. Zdecydowanie.
— Profesorze… — zaczął niepewnie Harry. Choć mężczyzna uczył go dwa lata temu, nadal uważał, że najlepiej będzie zwracać się do niego w taki sposób. — Ja… nie wiem, jak mam to wyjaśnić.
— Czy Dumbledore wie, że tu jesteś i co zrobiłeś? — zapytał nagle, a Potter zamarł. Nie uszło to uwadze Remusa. — Chcesz mi powiedzieć, że nikt z Zakonu nie wie, w co się wpakowałeś? — Ledwo panował nad swoim głosem. Właściwie już prawie krzyczał.
Zawsze, ale to zawsze był przekonany, że Harry jest bardziej podobny do Lily niż do Jamesa. Kiedy nauczał w Hogwarcie spotkał się z taką opinią wiele razy – nie licząc oczywiście Severusa – i sam zdążył się upewnić, że to prawda. Chłopak był odpowiedzialniejszy, wpadał w kłopoty nie ze swojej winy i zdecydowanie nie w głowie były mu psoty. Ale teraz Remus zaczynał mieć wątpliwości, czy aby na pewno Harry różni się od Jamesa. Bo znalezienie się w siedzibie Śmierciożerców nie było zbiegiem okoliczności a szukaniem kłopotów.
— A więc? Masz mi coś do powiedzenia, Harry?
Zanim ten zdążył wydusić z siebie jakieś słowa, Remus padł nieprzytomny na ziemię. Harry instynktownie wyciągnął swoją różdżkę i skierował ją w stronę napastnika. Opuścił ją jednak, kiedy rozpoznał, kim on jest.
— Zajęło wam to więcej czasu, niż powinno — mruknął Brian, kucając obok Lupina. Dominique prychnęła ze złością.
— Tak, spróbuj wyrobić się z czasem, kiedy musisz zmierzyć się z kilkoma wściekłymi Śmierciożercami i ich super przywódcą, który chętnie rzuca klątwami uśmiercającymi — zauważyła z ironią.
Brian odwrócił się do niej błyskawicznie, a potem zerknął na Harry’ego.
— Walczyliście z Voldemortem?
— Nie do końca — mruknął Harry,  więc zwrócili na niego uwagę. — Dlaczego go oszołomiłeś? — zmienił temat. Nie przejął się, że rozmawiał z mężczyzną jak ze znajomym, a nie z człowiekiem, którego dopiero co poznał.
Przez chwilę Peer milczał, przyglądając się chłopakowi z nieczytelną miną, po czym jakby się ocknął.
— Nie może wiedzieć, kto go uratował i dlaczego. Musimy zmodyfikować mu pamięć. Zrozum — dodał, kiedy Harry zaczął protestować. — Im mniej osób wie o stowarzyszeniu i jego członkach, tym lepiej. Nie zapominaj też, że jeżeli Zakon dowie się o twoim udziale w jego ratunku, możesz mieć problemy. A chyba nie chcesz, by ktoś zainteresował się, dlaczego nie ma cię na Privet Drive?
Oczywiście, że nie chciał. A jednak nie czuł się dobrze z myślą, że ktokolwiek miał grzebać we wspomnieniach Lupina. Choć z drugiej strony… przyszła mu do głowy pewna myśl.
— Czy nie mógłbyś przy okazji wymazać mu… tortur? — zapytał z napięciem.
O dziwo na pytanie nie odpowiedział Brian, a Dominique.
— Nie, Potter. Do tego nie możemy się posunąć.
— Dlaczego?
— Po pierwsze, nadal ma fizyczne ślady po torturach, których nie można wyleczyć w ciągu paru sekund kilkoma machnięciami różdżki. Jakbyś się poczuł, gdybyś obudził się z dziurą w pamięci i ranami na ciele? Na pewno nie byłbyś spokojny.
— Tak, ale…
— Istnieje jeszcze jedna, groźniejsza konsekwencja — dodała, a on spojrzał na nią z zdezorientowaniem. — Tortury zostawiają w człowieku ślad. A szczególnie te magiczne, za pomocą różnorodnych i nieprzyjemnych klątw. To, że zabralibyśmy mu wspomnienia, nie wymazałoby urazu psychicznego. Gdyby kiedyś zaczął odczuwać nieokreślony strach, ból, przygnębienie nie wiedziałby, co się z nim dzieje. Chcesz tego dla niego? Zresztą Zakon ma prawo dowiedzieć się, co się z nim działo przez ostatnie kilka dni.
Nie mógł nie przyznać jej racji. Ale mimo wszystko… grzebanie w czyimś umyśle kojarzyło mu się z samym złym. Nie chciał też, by na niego spadł obowiązek podjęcia decyzji, a wszystko na to wskazywało. Zaczynała go boleć głowa, ale tym razem był to całkowicie normalny ból. Poczuł się zmęczony i nie mógł uwierzyć, że w ciągu ostatnich dwudziestu czterech godzin tyle się wydarzyło. Nakazał sobie skupienie. To nie jest odpowiedni moment na użalanie się nad sobą.
— Zróbcie to — zdecydował, choć nadal nie był przekonany. Brianowi to wystarczyło, bo natychmiast pochylił się nad wilkołakiem i rzucił zaklęcie modyfikujące pamięć. Harry był ciekawy, co dokładnie mężczyzna zmienił, jednak nie chciał mu przeszkadzać.
Usłyszał szelest liści za sobą i odwrócił się, wyciągając różdżkę przed siebie. Ed Washer ledwo na niego spojrzał.
— Dwanaście minut spóźnienia — zauważył cierpko, na co Forti prychnęła.
— Oczywiście, że powinniśmy zmieścić się w dwudziestu minutach, kiedy pojawiła się banda Śmierciożerców, wraz ze swoim guru na czele. Następnym razem ty pójdziesz bez swojej różdżki do jednej z posiadłości, a ja będę stała ze stoperem w rękach i cię poganiała — warknęła, mierząc go ostrym wzrokiem.
— Mówiąc „różdżkę”, masz na myśli patyk czy… — Wystarczył krótki rzut oka na jej twarz, żeby Ed zrezygnował z próby żartowania. — Czyli mieliście małe spotkanie z Voldemortem?
Harry właśnie odgarniał włosy ze spoconego czoła, kiedy dostrzegł wymianę znaczących spojrzeń między tą dwójką. Coś przewróciło mu się w żołądku. Czyżby mieli zamiar dowiedzieć się, o czym rozmawiał z Riddlem? Dominique jeszcze nikomu nie wspomniała o tej rozmowie, ale Harry nie łudził się, że tego nie zrobi.
— Mhm — mruknęła, poprawiając pas.
Peer w końcu opuścił różdżkę i schował ją do kieszeni. Wyglądał na zadowolonego. Zwrócił się do Eda.
— Zabierz go w okolice Hogsmeade, ale rozejrzyj się przedtem, czy nie ma tam nikogo podejrzanego — polecił i zanim Ed odpowiedział, dodał błagalnie — Tylko nie próbuj się zatrzymywać w pubie.
— Dlaczego miałbym to zrobić? — zapytał niewinnie. Dominique uśmiechnęła się złośliwie.
— Och, to byłoby niebezpieczne. Gdyby zobaczyły takiego samca alfa, mógłbyś się nie odpędzić od chętnych kobiet. A przecież byś im nie odmówił, jesteś zbyt… szarmancki.
— Kpisz sobie ze mnie?
— Jakżebym śmiała.
— Przestańcie. Oboje — przerwał im Brian, a Harry podziękował mu za to w myślach. Nie czuł się zbyt dobrze, wysłuchując dość sprośnych potyczek tej dwójki.
— Tak jest! — rzucił ironicznie Ed, ale posłuchał przyjaciela. Po chwili zniknął, zabierając ze sobą Remusa. Harry nie powiedział na to ani słowa, nie miał już siły pytać, czy protestować. Nie spał prawie dobę, głowa pulsowała w rytm bicia serca i ledwo stał na nogach. Milczał jednak, czekając, aż ktoś pozwoli mu odejść.
Forti oddaliła się, wymigując się obowiązkiem sporządzenia raportu, więc Harry i Brian zostali sami. Pomimo ich wcześniejszej rozmowy, nadal czuł się przy nim nieswojo. Czuł wobec niego pewien rodzaj szacunku, niemal taki sam jak do Dumbledore’a.
Brian wskazał głową kierunek, w którym powinni iść. Ruszył, a Harry za nim. Rozglądał się wokół siebie, ale nie rozpoznawał tej okolicy. Nigdzie również nie widział Tectum, a przecież nie mogli być daleko od niego.
Po dwóch minutach zagadka rozwiązała się sama, kiedy Harry, przechodząc między dwoma nienaturalnie rosnącymi drzewami, poczuł zimny dreszcz i natychmiast zobaczył Tectum. Trochę go to zaskoczyło, bo za pierwszym razem nie przechodził przez żadną barierę, a przynajmniej tak tego nie odczuł. Ucieszył się na widok murów i chyba pierwszy raz od kilku tygodniu naprawdę poczuł ulgę na myśl o łóżku.
—  Powiedziałeś wcześniej, że nie walczyliście z Voldemortem. Co miałeś na myśli?
 A więc nie ma co liczyć, że dzisiejszy dzień pójdzie w zapomnienie.
— To nie do końca prawda — zaczął ostrożnie. — Właściwie to on zaczął walkę.
To akurat nie było kłamstwo. No może trochę, bo Voldemort raczej nie zamierzał walczyć, po prostu chciał rzucić na niego Avadę. Nie pierwszy raz. I pewnie nie ostatni, na jego nieszczęście.
— Jednak zrobił to dopiero, kiedy większa część waszego planu była zrealizowana, dlaczego nie wcześniej? — Brian przyglądał mu się badawczo, a mimo wszystko Harry miał wrażenie, że czarodziej dobrze zna prawdę.
W pierwszym odruchu miał ochotę zmyślić coś na poczekaniu. Sama myśl, że Voldemort mu coś proponował go przerażała, a przecież... ogarniał go wstyd, kiedy przypomniał sobie, że w pewnym momencie był zainteresowany jego ofertą. Nie chciał, żeby ktokolwiek się o tym dowiedział. Ale pomysł okłamania Briana Peera nie przypadł mu do gustu. Ten człowiek z pewnością dowiedziałby się o jego kłamstwie, a Harry’emu... zależało na zaufaniu Briana, sam jeszcze nie rozumiał dlaczego.
Dodatkowo miał już dosyć wszechobecnych tajemnic, z którymi musiał mierzyć się samodzielnie.
— Zaprowadzili mnie do niego i byłem przekonany, że będzie chciał mnie zabić, a… — zaciął się na chwilę. Wziął głęboki oddech. — A on zaproponował mi… sojusz. Po pięciu latach chęci wykończenia mnie na dobre, tak po prostu zaczął przekonywać, żebym przeszedł na jego stronę. Przecież to nielogiczne.
— W pewnym sensie go rozumiem — powiedział Brian, a Potter nie mógł uwierzyć w to, co usłyszał. Musiało się to odbić na jego twarzy, bo mężczyzna uśmiechnął się lekko. — Zaskoczyłeś go. Nie był w stanie nad tobą zapanować, sam przegoniłeś go ze swojego umysłu i ani przez chwilę nie przejąłeś się tym, że możesz zginąć. Najwidoczniej wierzy też, że posiadasz coś, co może go zniszczyć. Zainteresował się tobą, zresztą nie on jeden w ciągu ostatnich tygodni.
Harry nawet nie pytał, skąd mężczyzna wie o wydarzeniach w Ministerstwie, a nawet się ucieszył, bo dzięki temu uniknie rozmów na ten temat. Zauważył jednak, że chyba nie wie nic o przepowiedni. Właściwie to dobrze, przynajmniej było coś, co tylko on wiedział. No i Dumbledore. Na razie nie chciał poszerzać grona wtajemniczonych w całe to „Żaden nie może żyć, kiedy drugi przeżyje”.
Zignorował całkowicie drugą część wypowiedzi mężczyzny, choć ta też powinna go zainteresować.
— Jego działania przyniosły oczekiwane skutki? — Harry rzucił mu pytające spojrzenie. — Zainteresowałeś się jego ofertą?
Długo myślał nad odpowiedzią. Chciał powiedzieć prawdę, jednocześnie nie ujawniając zbyt osobistych spostrzeżeń, których sam nie rozumiał. Bo co właściwie poczuł, gdy Riddle rzucił propozycję? Oczywiście, w pierwszej sekundzie był tak zszokowany, że z trudem do niego dotarło, co właściwie powiedział, ale potem? Chciałby, bardzo chciałby powiedzieć, że przez cały czas był pewien swojej  odmowy, jednak... tak nie było. Zawahał się, pomyślał, jak miałoby to wyglądać, co powiedzieliby jego przyjaciele, Zakon, Dumbledore i... samo to, że  rozważał jego propozycję, przerażało go.
Brian czekał. Zanim Harry ułożył w głowie odpowiednią odpowiedź, zdążyli znaleźć się wewnątrz zamku. Potter z ulgą przyjął uspokajający chłód murów i błogą ciszę.
— W pewnym momencie... tak. Przeszło mi przez myśl,  że mógłbym na to pójść. Ale potem... — Popatrzył prosto w oczy towarzyszowi. — Voldemort zabił moich rodziców. Z jego rozkazu zginęły setki niewinnych ludzi. — Przypomniał sobie o rodzicach Neville’a. — A niektórych spotkał jeszcze gorszy los. Niesie za sobą cierpienie i śmierć. Nie chcę mieć z nim nic wspólnego. Chcę tylko, by za to zapłacił.
— Wszyscy tego chcemy — odparł tylko Brian, ale Harry czuł, że miał do powiedzenia o wiele więcej. Nic już jednak nie usłyszał. — To już wszystko, zasługujesz na odpoczynek. Mam nadzieję, że sam trafisz do pokoju?
Skinął głową, więc Peer obrócił się na pięcie, kierując się szybkim krokiem w stronę prawego skrzydła, gdzie znajdował się jego gabinet. Harry został sam. Potarł dłońmi skronie, czując się tak bardzo wyczerpany, że naprawdę się dziwił, jest jeszcze w stanie stać prosto. Nie pozostało mu nic innego jak wrócić do nowego pokoju i odespać nieprzespane godziny.
Tym razem nie przyglądał się obrazom na ścianach, a widoki za oknem nie robiły na nim wrażenia. Za to korytarze wydawały się dwa razy dłuższe, a on wcale nie przybliżał się do swojego celu. Całkowicie skupiony na stawianiu kroków w linii prostej, zbyt późno zauważył, że nie jest sam. Zanim zdążył wykonać jakikolwiek ruch, wpadł na stojącą pośrodku korytarza dziewczynę.
— Przepraszam, nie chciałem — mruknął, próbując się odsunąć i speszony spojrzał w górę. Zamarł, kiedy napotkał spojrzenie szarych oczu. Znajomych oczu.
— Ledwo stoisz na nogach — zauważyła cicho Kate, nadal stojąc zdecydowanie za blisko. Zrobił jeszcze jeden dyskretny krok w tył. — Dopiero wróciliście?
Próbował sobie przypomnieć, kiedy dokładnie wyszła z tamtego pomieszczenia. Jeszcze przed tym, jak zaczęli obmyślać plan, czy już po? Niestety mimo szczerych chęci, jego umysł nie pracował tak, jak powinien. Postanowił więc zaryzykować.
— Tak, ale wszystko poszło zgodnie z planem. — Och, jesteś tego pewien, Potter? — A co ty tu robisz?
— Zawsze lubiłam nocne spacery. A więc Remus jest wolny?
— Tak, Brian zmodyfikował mu wspomnienia, żeby nie stwarzać zagrożenia dla sekretu stowarzyszenia. Nocne spacery nie są chyba najlepszym rozwiązaniem, jeśli następnego dnia musisz być w jak najlepszej dyspozycji?
Dostrzegł ledwo zauważalny uśmiech na jej twarzy. Jak za dawnych lat. Ten sam styl rozmowy. Krótka odpowiedź na ważniejsze i bardziej nurtujące pytanie, po czym zmiana tematu. Byli mistrzami w takim sposobie rozmawiania. Kiedyś. A teraz? Jak było teraz?
— Aż tak potrzebny jest sen, by rano funkcjonować w miarę normalnie? Nie powiesz mi chyba, że przesypiasz wszystkie noce? — zapytała i jakby znając jego myśli, dodała — Odpuśćmy sobie naszą zabawę w unikanie tematu, co ty na to?
Stali w tym ciemnym korytarzu, o kilka centymetrów za blisko siebie, patrząc sobie prosto w oczy. Wypełnione niezręcznością zielone tęczówki i lekko rozbawione szare. Dawniej Harry był od niej parę centymetrów niższy, teraz byli równi wzrostem. Czarne włosy kontrastujące z jej jasnymi. Wszystko niby tak podobne, a jednak zupełnie inne. Teraz brakowało mu wcześniejszej swobody.
— Dlaczego to robisz, Kate? — wypalił, zanim zdążył się zastanowić. — Udajesz, jakby wszystko było w porządku, jakby sześć lat rozłąki nic nie znaczyło.
Pokręciła głową.
— Niczego nie udaję, Harry. To tylko od ciebie zależy, czy będziesz chciał wrócić do tego, co było.
— Wolałbym zostawić przeszłość za sobą — odpowiedział tylko z pełnią świadomością, jak przykre były to słowa. Zaskoczyło go, bo nie zauważył żadnego grymasu na jej twarzy.
— Właściwie, to tak jest prościej, prawda? — powiedziała tylko i się cofnęła. — Dobranoc, Harry.
Nim zdążył odpowiedzieć,  czy poruszyć się, jej już nie było. Nie zniknęła, oczywiście, po prostu odeszła tak szybko, że ledwo to zarejestrował. Poczuł się źle, a zarazem gdzieś głęboko w środku odczuł pewnego rodzaju satysfakcję. Musiał jednak jak najszybciej ulotnić się z tego miejsca.
Drogę do pokoju pokonał w błyskawicznym tempie.
Na szczęście Alex już spał, o czym dowiedział się już w momencie, gdy otwierał drzwi, bo dobiegło go głośne chrapanie. Odetchnął z ulgą. Wystarczy mu tych nocnych rozmów.
Szybko zdjął tenisówki, ściągnął spodnie i rzucił w kąt narzuconą w pośpiechu koszulę. Najchętniej rzuciłby się na łóżko i natychmiast zamknął oczy, ale coś mu na to nie pozwalało. Choć jeszcze przed chwilą dobijała go niewiarygodna senność, teraz z trudem powstrzymywał energię. Poirytowany usiadł i zapatrzył się w okno. Zauważył już pierwsze promienie słońca, a więc mógł już powiedzieć, że to kolejna nieprzespana noc. A od kilku dni spał lepiej!
Miał sporo spraw do rozważenia: zaskakującą organizację, misję ratunkową, propozycję Voldemorta. Ale za każdym razem, gdy próbował przeanalizować coś z tych rzeczy, na pierwszy plan wybijała się inna myśl: Kate. To od niej się zaczęło. I wcale nie miał tu na myśli tylko tego dzisiejszego dnia.
Jeszcze przed trzema minutami był przekonany, że postąpił dobrze, odcinając się od przeszłości, czyli między innymi od przyjaciółki. Teraz dopadły go wątpliwości i... wyrzuty sumienia? Potrząsnął głową w niedowierzaniu. Przecież to ona go zostawiła bez żadnych wyjaśnień, prawda?
Dobrze wiesz, że to nie cała prawda.
Och, to nie jest najlepszy pomysł, żeby teraz nad tym myśleć. Powinien iść jak najszybciej spać i zapomnieć o zmartwieniach, choć na kilka godzin. Jeszcze przed chwilą czuł ogromne zmęczenie, więc na co jeszcze czeka? Ale z jego głowy nie znikały te same wątpliwości. Czy aby na pewno to Kate była wszystkiemu winna?
Jak to właściwie wyglądało? Jak to naprawdę było? Czy Harry przez te lata po prostu wymazał prawdę i stworzył własną wersję wydarzeń? Zacisnął zęby. Do tego chyba nie był zdolny. Ale gdyby tak było, nie zastanawiałby się teraz nad taką możliwością.
Początkowe pobudzenie zaczęło ustępować wcześniejszej senności. Leżał w łóżku i czuł, że powoli zasypia. Nadal jednak kontynuował swoje rozważania. Był coraz bardziej zły na siebie, bo zamiast znaleźć odpowiedzi, zadawał sobie coraz więcej pytań. Toczył ze sobą wewnętrzną walkę, a właściwie rozmowę.
— To jej wina — powiedział w myślach.
— Och, doprawdy? Przecież też wyjechałeś. — Tym razem do głosu doszło jego sumienie.
— Ale ona zrobiła to pierwsza — upierał się „zły Harry”.
— A ty nie powiedziałeś jej o liście — zauważył po chwili.
— Bo by nie zrozumiała.
— Dziewczyna, która robiła dość nierealne rzeczy, miałaby ci nie uwierzyć, że dostałeś list do Hogwartu.
— Ja bym nie uwierzył.
Harry kontynuował swój dialog.
— Ale ona wiedziała, kim jesteś.
— Skoro tak, to mogła mi powiedzieć, wtedy uniknęlibyśmy tej sytuacji.
— Oczywiście, szukaj wymówek, Potter — parsknął, jednocześnie zastanawiając się, dlaczego do siebie gada.
— Nie chcę wracać do przeszłości. To się stało i minęło.
— I z tego powodu teraz się nad tym wszystkim głowisz.
— Po prostu idź spać, Potter. — westchnął w końcu.

***

Jedną z rzeczy, których wolałby uniknąć każdy Śmierciożerca, było przebywanie w bliskiej obecności wściekłego Czarnego Pana. Nikt nie miał ochoty dostać potężnym Cruciatusem, bądź gorszym zaklęciem, które zakończyłoby jego życie. Owszem, byli i tacy, którzy przyglądali się temu z uwielbieniem, ale oni należeli do rzadkości. Nawet Bellatrix podchodziła do takich sytuacji z dużą ostrożnością, szczególnie, jeśli sama mogła paść ofiarą rozładowania gniewu Voldemorta. Byli też głupcy z wypiekami na twarzach oczekujący na wybuch wściekłości Czarnego Pana.
Draco do nich nie należał.
Choć najchętniej zaszyłby się w jak najbardziej oddalonej komnacie, musiał przebywać w jednym pomieszczeniu z Voldemortem i innymi Śmierciożercami. Byli w dworze Malofyów, a on do nich należał, więc wymagało to jego obecności. Na szczęście mógł trzymać się w bezpiecznej odległości, o ile taka istniała…
Draco nigdy nie narzekał na swój los. Od pierwszego dnia po powrocie wiedział Lorda Voldemorta, a przynajmniej przeczuwał, co to dla niego oznacza. Jego rodzice, a w szczególności ojciec, należeli do zaufanego grona zwolenników. Lucjusz chciał, a właściwie musiał, odzyskać choć najmniejsze zaufanie Czarnego Pana, inaczej czekał go trudny los. Nie było więc zaskoczeniem dla młodego Malfoya to, że Voldemort zażądał, aby i on zaczął mu służyć. 
Oczywiście nie stało się to od razu, kiedy czarnoksiężnik powrócił do żywych, a zaledwie kilka tygodni temu. Nie było czemu się dziwić, rodzina Lucjusza znalazła się w krytycznej sytuacji. Po jego nieudanej misji w Ministerstwie został uwięziony w Azkabanie i choć nie stracili majątku, mogli zapomnieć o swojej dawnej pozycji. Przynajmniej do czasu, aż do rządów w państwie nie przejmą zwolennicy Voldemorta.
Początkowo matka gwałtownie zaprotestowała i próbowała zrobić wszystko, by jej syn nie musiał zostać Śmierciożercą. Sama starała się być jak najbardziej neutralna, co przy poglądach jej męża nie zawsze wychodziło. W aktualnej sytuacji nie mogła nic zrobić. Draco musiał zgodzić się na Mroczny Znak. Kobieta wiedziała, że to go zniszczy i wyciągnie z niego najgorsze cechy, które odziedziczył po Lucjuszu.
Draco rozpoczął już pierwszy etap przygotowań do wtajemniczenia. Pod czujnym i bezlitosnym okiem ciotki Belli uczył się czarnej magii. Przeszedł intensywny kurs rzucania klątw na więźniów. Nie narzekał, nie buntował się, choć chwilami drżała mu ręka. Wolał jednak wykonać polecenie, niż sam poczuć skutki zaklęcia torturującego. I tak mógł się cieszyć, że nie musiał nikogo zabijać. Wiedział jednak, że i na to przyjdzie pora.
— Kto był odpowiedzialny za ochronę więźnia? — zaczął cichym głosem Voldemort, a wśród zgromadzonych przeszedł szum.
Z tłumu wystąpił niewysoki mężczyzna o bladej twarzy. Draco wyczytał z jego oczy czyste przerażenie.
— Ja, Panie — wykrztusił drżącym głosem Śmierciożerca.
— Czy zadanie, które ci wyznaczono, było tak trudne? — Riddle obracał w rękach swoją różdżkę. Nie spuszczał jednak wzroku z mężczyzny. Choć w jego głosie nie było słychać złości, każdy zdawał sobie sprawę, jak bardzo rozgniewany jest ich Pan. — Co się tam wydarzyło?
— To ta kobieta, Panie — zaczął szybko tłumaczenie. — Wpadła tam niewiadomo jak i zabrała więźnia. Nie mogłem nic zrobić, była za szybka.
— Och, doprawdy, Albercie? — Voldemort uniósł lekko brwi, co tylko jeszcze bardziej przeraziło pozostałych. — Nie potrafiłeś powstrzymać kobiety, która nie posługiwała się magią?
Kilka osób poruszyło się niepewnie. Zdawali sobie sprawę, że to pytanie również do nich. Riddle zauważył jaką bronią posługiwała się Dominique – białą i palną. Nie lekceważył takiego rodzaju ataku, ale wskazywało to na ciekawy wniosek: kobieta albo była nie najlepszą czarownicą, albo charłakiem. Sama myśl, że jego ludzi pokonała jakaś charłaczka, potęgowała wściekłość.
— Ponieśliście dzisiaj porażkę. Pozwoliliście odejść nie tylko więźniowi i jego wybawicielce, również Potter wam umknął.
Draco drgnął, na szczęście nie zwrócił tym uwagi zgromadzonych.
Potter?
A co on tutaj robił, na Salazara? Ślizgon przez chwilę próbował rozpoznać swoje uczucia. Nie wiedział, czy bardziej podziwia odwagę Pottera, czy może nie potrafi pojąć jego olbrzymiej głupoty. Kto normalny pakuje się wprost do gniazda swojego wroga? No cóż, znał tego Gryfona od sześciu lat i zdążył dostrzec, że jego idiotyzm dorównuje odwadze.
Czarny Pan powiedział, że uciekł. Cóż, można to uznać za szczęśliwy zbieg okoliczności dla Złotego Chłopca, który towarzyszył mu zdecydowanie zbyt często, jeśli chodzi o zdanie Draco. Gdyby nie pomoc Granger, Potter byłby martwy już na pierwszym roku, nie oszukujmy się.
Teraz jej tu nie było, a jednak udało mu się zwiać, zabierając po drodze więźnia i zostawiając za sobą kilku poturbowanych Śmierciożerców (choć to akurat było sprawką tajemniczej kobiety). No i dość mocno zirytowanego Lorda Voldemorta.
Nie mógł zaprzeczyć, nawet jemu to zaimponowało. I rozbawiło, Draco, nie udawaj, że nie.
— Bellatrix, zajmij się odpowiednim wymierzeniem kary dla tych, którzy zawiedli najbardziej — zażądał w końcu Voldemort (Draco nie słuchał, czy wcześniej mówił coś jeszcze). Nie zdziwiło go, że polecił to zadanie jego ciotce. Bella znała się na torturach jak nikt inny.
Śmierciożerczyni skłoniła się swojemu Panu, po czym wskazując różdżką na Alberta Garrowa, ruszyła do wyjścia. To nie miała być jedyna ofiara, ale na razie to jej wystarczy. Lestrange zdecydowanym krokiem podeszła do swojego siostrzeńca, co ten przyjął z ledwo zauważalnym skrzywieniem.
— Draco, pomożesz mi — rzuciła cicho władczym tonem.
— Bella... — Narcyza stoją nieopodal posłała siostrze proszące spojrzenie.
— Nie, Cyziu, ostatnio zbyt mało czasu poświęciłam na jego naukę — ucięła zdecydowanie Lestrange i skinęła Draconowi. —  Pospiesz się.
Malfoy rzucił swojej matce uspokajające spojrzenie. Mimo że ich relacje nie należały do najlepszych, Draco rozumiał mamę. Jej działania, mające naprowadzić go na inną drogę niestety nie miały sensu. Zbyt długo zależny był od ojca, a ten wpoił w niego wszystkie przekonania godne Śmierciożercy. Owszem, miał własny rozum, ale zdawał sobie sprawę, że ma małe szanse pozbyć się dawnych zwyczajów. Pogodził się ze swoim losem. Niedawno poradził matce, by zrobiła to samo.
Podążył za swoją ciotką, zostawiając Narcyzę Malofy w stanie przygniatającej rozpaczy.

***

W gabinecie dyrektora wrzało. Kingsley, Moody i Tonks przekrzykiwali się wzajemnie, choć awanturowała się głównie ostatnia dwójka. Czarnoskóry czarodziej starał się załagodzić konflikt swoim spokojnym basowym głosem, na nic się to jednak zdało. Łatwo było nadepnąć na odcisk Nimfadorze Tonks, a o wiele trudnej było ją uspokoić.
— Gówno mnie to obchodzi! — warknęła w końcu. Zirytowana długą kłótnią przestała panować nad językiem. Zresztą nie należała do dyplomatycznych kobiet, raczej nie przebierała w słowach. — Zakon powinien dbać o swoich ludzi! A już w szczególności o tych, którzy poświęcili dla niego tak wiele.
— Nikt nie pośle ludzi w sam środek gniazda Voldemorta tylko dla jednego człowieka, Tonks — zaprotestował gwałtownie Szalonooki, a ona prychnęła.
— To pozwólcie mi iść samej, do cholery! — wyrzuciła z siebie, rzucając wszystkim wrogie spojrzenia.
Dumbledore powstrzymał westchnięcie. Ta wymiana zdań trwała już od dłuższego czasu, a nadal stali w miejscu. Czarownica uparcie trzymała się swoich planów i niezliczone argumenty pozostałych aurorów na nic się zdały. Nawet autorytet kobiety, Kingsley do niej nie dotarł. Dyrektor zdawał sobie sprawę, że to on musi teraz zabrać głos.
— Wszyscy powinniśmy się uspokoić — zaczął spokojnym, ale dobrze słyszalnym tonem. Tonks otworzyła usta, by zaprotestować. — Rozumiem twoje wzburzenie, Nimfadoro, jednak musimy być racjonalni.
Na sam dźwięk własnego imienia jeszcze bardziej się zdenerwowała, ale w końcu postanowiła wysłuchać starca.
— Remus został porwany kilka dni temu, a dowiedzieliśmy się tego tylko dzięki naszemu szpiegowi. Zrozum, każdy z nas jest tym faktem zaniepokojony i przerażony, ale nasze działania nie mogą być nieprzemyślane. Severus próbuje dowiedzieć się jak najwięcej o położeniu więzienia oraz o ewentualnych drogach ucieczki.
— Chcesz mi powiedzieć — zaczęła, ignorując zasadę zwracania się do niego w kulturalniejszy sposób — że pokładamy naszą nadzieję w tym ślizgońskim dupku?
Ze swojego portretu zawołał oburzony Fineas Black:
— Proszę uważać na słowa! W taki sposób zwracać się do dyrektora Hogwartu, to skandaliczne! Jeszcze wyrażać się niepochlebnie o mieszkańcach mojego domu, którzy narażają życie dla ogółu...
— Wystarczy, Fineasie — przerwał mu Albus. Potem przeniósł spojrzenie z powrotem na kobietę. — Powierzyłbym życie Severusowi Snapeowi. Ma największe szanse na odbicie Remusa z nas wszystkich. Dlatego...
Nigdy nie dowiedzieli się, co chciał im powiedzieć Dumbledore, ponieważ w drzwiach gabinetu stanęła wyczerpana postać, opierająca się o framugę drzwi. Wszyscy odwrócili się w tamtą stronę, a Tonks otworzyła niemo usta.
— To nie będzie konieczne — wykrztusił Remus Lupin, po czym uśmiechnął się słabo.

_______________________________________________________________________

Kolejny rozdział za nami! Zdaję sobie sprawę, że akcja nie rozwija się zbyt szybko i na razie niemal stoimy w miejscu, jednak muszę w dobrze nakreślić zarys fabuły. Po rozpisaniu planu na najbliższe rozdziały mogę tylko powiedzieć, że pojawi się jeszcze przynajmniej pięć rozdziałów ze Stowarzyszenia. Potem, wraz z rozwojem wątków z Księcia Półkrwi, wszystko nabierze tempa. 

Chciałaby przy okazji pochwalić się moim pierwszym filmikiem, co prawda nie dotyczy on tego opowiadania, ale jest o Hermionie, więc w jakiś sposób pasuje do tematu :) Nie mam jeszcze zbyt dużo doświadczenia, jeśli chodzi o pracę w Sony Vegas, chociaż pracuje mi się na tym programie wyśmienicie, porównując moje męczarnie z innym. 

Rozdział betowała wspaniała Noelia Cotto