09.09.2017

Rozdział 3

 Cześć, jestem Harry Potter

Zegary w Szkocji właśnie wybiły czternastą, kiedy słońce najbardziej dawało o sobie znać. Również w pomieszczeniach Tectum promienie przedzierały się przez grube mury i ogrzewały chłodne sale. Jedno z pomieszczeń wyróżniało się wśród pozostałych. Ścian nie było niemal widać, bo były przysłonięte wysokimi półkami zawalonymi książkami, teczkami i zwojami papieru. Na środku obszernego pokoju ktoś kiedyś postawił jedno masywne biurko, które wystarczyłoby dla trzech osób, a ilość szuflad i skrytek przerażała. Wiele lat temu do wiekowego mebla dostawiono kilka mniejszych, mniej wyszukanych ławek, które razem stanowiły niemal okrągłą konstrukcję. 
Przy biurku zwanym przez wszystkich Zeusem siedziała kobieta. Otoczona była kilkoma grubymi woluminami i zmiętymi kawałkami papieru, nie brakowało również walających się długopisów, piór i pospiesznie zgarniętych w jedno miejsce wysuszonych resztek czegoś, co kiedyś mogło być żabą. Pochylała się nad starą, śmierdzącą szczurami książką, a jej czoło marszczyło się co chwila w skupieniu. Miała czekoladowe oczy, dość krzaczaste, ale regularne brwi, długi nos i wąskie usta. Jasne włosy wprawiały ją w podirytowanie, co chwila zasłaniając pole widzenia.
Fuknęła, gdy po raz kolejny kosmyk przysłonił fragment, który czytała.. Odgarnęła włosy, kilka razy zakręciła nimi, jakby chciała zrobić koka i rozejrzała się dookoła.  Sięgnęła po najbliższy ołówek (co i tak spowodowało potrącenie dwóch zwojów pergaminu, jednego wysuszonego oka i niemal całkowite wylanie kawy) i wbiła go zdecydowanie w środek niechlujnego koczka. Zdusiła przekleństwo, podnosząc pusty już kubek do góry i spróbowała niezapisanym kawałkiem papieru wytrzeć kawę.  Oczywiście nic to nie dało, jedynie kolejna kartka mogła pójść do kosza. Jak na złość, nie mogła znaleźć swojej różdżki. Och, to nie było najmądrzejsze, nie wiedzieć, gdzie jest twoja najważniejsza rzecz. 
Usłyszała trzaśnięcie drzwiami i niemal w tym samym momencie usłyszała pierwsze nuty Thunderstruck. Na cały regulator. Niemal czuła, jak jej krzesło zaczyna podskakiwać.
— Washer, możesz to wyłączyć? — zaczęła spokojnie, przymykając oczy. Jeszcze się nie odwróciła. 
Nic to nie dało. Czuła, że zaczyna boleć ją głowa. Jakby już przedtem nie miała dość i jej oczy potrzebowały odpoczynku, to teraz jeszcze jej uszy ledwo co funkcjonowały.
Do biurka naprzeciw niej podszedł mężczyzna średniego wzrostu, mamrocząc coś pod nosem (prawdopodobnie usiłował śpiewać), kompletnie ignorując kobietę. 
— Ed! —podniosła głos. Uniósł powoli głowę, unosząc jednocześnie brwi. Zwykle mało kto widział je na normalnych miejscu, bo najczęściej wędrowały w górę, potwierdzając, jak bardzo innymi gardzi ich właściciel. Powstrzymała jęk. 
— O, mówisz coś do mnie, Delar? — Udał zaskoczonego, ale muzyki nie ściszył. Rozsadzało jej bębenki, a AC/DC dopiero się rozkręcało. 
— Tak — wycedziła. — Możesz. Ją. Ściszyć?  
A najlepiej wyłączyć w cholerę?
— Nie doceniasz prawdziwej muzyki — westchnął cierpiętniczo, ale po chwili zapadła błoga cisza. W tym momencie gotowa była go za to wycałować.  — Dlaczego siedzisz przy Zeusie? 
— Bo twoje biurko jest uwalone jedzeniem nieokreślonego pochodzenia, Dom jak zwykle kazała niczego nie tykać, a nie przepadam za krzesłem Andrew. Moje natomiast zawalone jest papierami, jak sam widzisz.
Andrew kiedyś ze śmiechem zauważył, że jeśli ktoś chce poznać kogoś z „Wielkiej Piątki”, musi spojrzeć tylko na jego stanowisko.  I na pierwszy rzut oka można było stwierdzić, że żadne z nich nie było porządnisiem. 
— A właściwie to co ty robisz? — zainteresował się brunet. Znów podniosła głowę znad księgi i lekko omiotła go wzrokiem. Nie zaskoczyła się. Wyglądał na wypoczętego i zarazem znudzonego, jak zawsze. 
— Tłumaczę francuski przekład o wilkołakach na staroangielski, bo na zwykły się nie da. 
— I jak ci idzie? 
— Aktualnie staram się przetłumaczyć to na ludzki język, co nie należy do najłatwiejszych zadań, biorąc pod uwagę, że autor musiał być pijany, kiedy to pisał — powiedziała zirytowana. Było w tym sporo prawdy – chybotliwe litery, niedokończone zdania i trudne do odczytania słowa występowały dość często. 
— Werewulf wesan bealo werewulf wesan yfel cwellan mann ge etan wendan to werewulf1 — przeczytał, niemal łamiąc sobie język.  — Jedyne co z tego rozumiem, to „wilkołak” i „jeść”, więc jakimś odkrywczym facetem to nie był. 
— Tak właściwie to była kobieta — rzuciła, zabierając kartkę z tłumaczeniem i wracając do tekstu. Ed prychnął.
— Francuzka, która pije i zajmuje się wilkołakami około V wieku, chociaż to właściwie podpisanie na siebie wyroku śmierci? Ciekawy przykład dzisiejszej feministki, czyż nie? 
Sam nic nie odpowiedziała. Jakiekolwiek uwagi, że jest podły nie miały sensu, bo na to tylko czekał. Pięć lat współpracy nauczyło ją trzymać język za zębami, gdy Washer przechodzi do trybu „obrażamy wszystko, co się rusza”.  Wstała i chciała ułożyć niepotrzebne papiery na półkę, gdy mężczyzna zaszedł jej drogę. 
— A ty jesteś feministką? — zapytał głosem, który nazywał uwodzicielskim, choć Dom po cichu nazywała go „głosem rannego niedźwiedzia”, i wlepił w nią głębokie spojrzenie. Czasami zachowywał się gorzej niż nastolatki, które uczyła. 
— Taką, która pije i pisze księgi o wilkołakach? Nie, ale wiesz, kim na pewno jestem? — zaczęła szeptem, przybliżając się do niego. Uśmiechnął się, tym samym pokazując, żeby kontynuowała. — Kobietą, którą nie interesują mężczyźni  tacy jak ty — powiedziała do jego ucha, poklepała po ramieniu i sprawnie wyminęła. Właśnie wtedy do sali wszedł Brian i nie mógł powstrzymać śmiechu na widok miny przyjaciela.
— Który to już dzisiaj, piętnasty? — zapytał, podchodząc do swojego biurka. Choć wszyscy uważali, że Zeus należy do Peera, ten o wiele bardziej wolał swoje dawne stanowisko i tam miał najważniejsze dokumenty. Otworzył górną szufladę i zaczął wertować teczki, które w teorii powinny być poukładane. 
— Trening czyni mistrza — odparł wymijająco Ed i podszedł do wysokiej lady, na której stało podstawowe wyposażenie każdej sali w Tectum: ekspres do kawy, czajnik elektryczny, herbata, kawa, kubki, łyżeczki, cukier w kostkach i mleko.  Dodatkowo w „Sali Okrągłego Stołu” często można było dostać szarlotkę, która w ekspresowym tempie znikała, jak tylko męska część „Wielkiej Piątki” trafiała do pomieszczenia. 
— Twój trening trwa od pięciu lat i z roku na rok jesteś coraz gorszy. — Dobiegł do nich stłumiony głos Samanthy, która właśnie starała się upchnąć grubą teczkę i cienką książeczkę, co omal nie skutkowało zawaleniem już i tak chwiejnej konstrukcji. 
— Twoja ocena nie pokrywa się z innymi.
— Są jakieś inne? 
— Skończyliście? — włączył się do rozmowy Brian, zadowolony, bo udało mu się dość szybko znaleźć interesujący go dokument. — Naprawdę, tak nie kłócą się nawet dzisiejsi młodzi ludzie. 
— Zacznijmy od tego, że nikt nie używa już zwrotu „młodzi ludzie” — zauważył kpiąco Ed, nalewając sobie czarnej kawy do kubka. Nigdy nie lubił herbaty. A już szczególnie tej z mlekiem. 
— Sam, skończyłaś? — Brian zignorował przyjaciela i przechodząc obok biurka kobiety, zerknął na tłumaczenie. — Nie skończyłaś. 
— To nie jest takie łatwe, zrobiłam już połowę roboty — usprawiedliwiła się, rzucając papiery w kąt i wyciągając się w krześle. — Chcę tylko przypomnieć, że nie jestem tutaj sama. — Wbiła uporczywe spojrzenie w Brytyjczyka pijącego spokojnie kawę. Ten powoli wziął mały łyk, odstawił kubek i uśmiechnął się promiennie.
— Jestem agentem wywiadu, nigdzie nie wspominali o tłumaczeniu  bełkotu niekoniecznie odkrywczych ludzi nie z tego świata. 
Peer pochylający się nad dokumentem i nanoszący drobne poprawki wywrócił oczami. 
— Każdy z nas przechodził okres, kiedy najważniejszym zadaniem było żmudne tłumaczenie — rzucił, jednocześnie skreślając niepotrzebne zdanie. 
— Naprawdę? —zdziwił się Ed, a Samantha prychnęła cicho. 
— Czy ty przetłumaczyłeś jakikolwiek tekst?
— Nie licząc tego, który zaliczał każdy na szkoleniu? Nie.  
— To dużo wyjaśnia — mruknął Brian, zwracając na siebie uwagę przyjaciela. — Twoje umiejętności językowe są gorsze niż przeciętnego Patronusa. 
Cała trójka wiedziała, że to nieprawda. Szlachetne pochodzenie było równoznaczne ze znajomością chociażby dwóch języków. No i wyjaśniało wiele innych rzeczy. Na przykład przesadną pewność siebie, doprowadzającą wszystkich do szału. 
— A tak właściwie, co ty robisz? — zapytał znienacka brunet i uniósł się lekko w krześle. 
— Wysyłam Kate do Dumbledore’a. 
Samantha otworzyła oczy i skupiła całkowitą uwagę na Brianie. Ed zrobił podobnie.
— Misja „Werbujemy Pottera, bo czemu by nie?” postępuje, jak widzę — rzucił, lekko marszcząc brwi. Nie uszło to uwadze jego przyjaciela.
— Rada zatwierdziła moją prośbę, więc nie ma na co czekać. Masz coś do dodania? — Wbił wyczekujące spojrzenie w mężczyznę, widząc jego skwaszoną minę.
— Brian, jesteś pewny, że ten chłopak się nada? Jest młody, porywczy i mało o nim wiemy, oprócz tego, co wszyscy. Można wiedzieć, dlaczego pokładasz w nim tak wielkie nadzieje? 
Sam przysłuchiwała się uważnie tej wymianie zdań, a teraz czekała na odpowiedź Peera. W tej grupie była od dwóch lat, własne zdanie zostawiła więc dla siebie. Brian i Ed, przyjaciele od niemal dwudziestu lat, rządzili się swoimi prawami. Dom, choć nie tak długo praktykująca, też miała duży wpływ na decyzje stowarzyszenia. No i jej brat, chociaż jego darzyli mniejszą sympatią. Ona nie doszła jeszcze do momentu, gdzie ma jakiekolwiek prawo wypowiedzieć się na taki temat. Nikt by jej nie posłuchał. A jednak również nie mogła pojąć, czym zasłużył sobie Potter, by wstąpić w ich szeregi. 
Peer nagle się uśmiechnął. 
— Poznałem jego ojca, poznałem jego matkę, ale przede wszystkim poznałem jego dawną najlepszą przyjaciółkę. A ona nie przepada za normalnymi nastolatkami, więc prawdopodobieństwo tego, że chłopak ma potencjał jest bardzo duże. 
Odwrócił się i wyszedł. Ed westchnął.
— Jak tak dalej pójdzie, jeżeli Invicto uzna, że Voldemort jest dobry, to Brian zaproponuje mu pomoc. 
Samantha nic nie odpowiedziała.

***

Utkwił wzrok w złotej tabliczce z numerem. Dwadzieścia dziewięć. To ma być ten pokój. Po trwającym trzydzieści minut krążeniu po zimnych korytarzach był już na tyle zmęczony i zirytowany, że zdążył zapomnieć, co go tu tak naprawdę sprowadza. Właśnie zgodził się na szkolenie i od jutra ma je zacząć. A przede wszystkim, ma tu zamieszkać. Właśnie w pokoju pod numerkiem dwadzieścia dziewięć. 
Odetchnął głęboko. Wystarczy, że pociągnie za klamkę. Zrobił to. Pierwsza myśl: Duża przestrzeń. Druga: Radio jest włączone na cały regulator. Trzecia: Są dwa łóżka. Ostatnia: Nie jest w pokoju sam. 
Miło, że Peer poinformował go o współlokatorze. Idealnie. 
Tyłem do niego, siedział pochylony nad blatem chłopak. Stopą wybijał rytm piosenki, a stukot jakiegoś metalowego narzędzia najwidoczniej zagłuszył wejście Harry’ego. Wybraniec rozejrzał się dokładniej po pokoju. Panował w nim ogólny bałagan, ale mimo wszystko można było się w tym doszukać jakiejś reguły. Kilka pustych puszek po piwie, chwiejne stosy płyt i stara konsola do gier leżały pod wschodnią ścianą, na której zawieszono mnóstwo plakatów. Na środku sosnowego parkietu (miła odmiana od zimnego i szorstkiego betonu) leżał dywan w kolorze orzechowym. Nie brakowało na nim plam różnego pochodzenia i zauważył kilka czasopism z ubiegłego miesiąca. Nie dało się przeoczyć leżących (dobrze, że nie stojących) skarpetek nie do pary, niektóre wyraźnie wystawały spod łóżka. 
Siedzący chłopak przeciągnął się, wydając przy tym nieartykułowane dźwięki i okręcił się na obrotowym krześle. Zmarszczył brwi,  gdy zauważył widocznie zmieszanego Harry’ego przy drzwiach. Miał piwne oczy i lekko zadarty nos, a ustach trzymał gwóźdź. 
— Kto ty? — zapytał, nadal nie wypuszczając z ust metalowego przedmiotu, przez co pytanie zabrzmiało niewyraźnie. 
— Ee… Harry — rzucił niemrawo zielonooki, nie wiedząc, co ma ze sobą zrobić. Zdekoncentrowało go to, że ten go nie poznał. Chociaż z drugiej strony, nie przepadał za swoją sławą, więc była to miła odmiana. 
— Aha. — Tylko tyle. W końcu odłożył gwóźdź na swoje miejsce i przypatrzył się dokładniej nieznajomemu. — Dlaczego cię kojarzę? — zapytał nagle, jeszcze mocniej marszcząc brwi.
— Nie mam pojęcia — odpowiedział tylko Harry, bo nic innego nie przyszło mu do głowy. 
— Patrzysz się prosto na jego czoło i nadal nie wiesz, skąd go znasz? — Dobiegło zza jego pleców tak niespodziewanie, że aż się wzdrygnął. Obrócił się gwałtownie i stanął oko w oko z niewysoką rudą dziewczyną. 
Miała na sobie top odsłaniający brzuch i krótkie, sportowe spodenki. Proste kosmyki włosów opadały jej na twarz, na którą wstąpiły czerwone plamy.  W ręce trzymała pustą butelkę po wodzie. Mimo tego, nie mógł zaprzeczyć, była ładna. Wyminęła go szybko.
— O matko, przecież to Harry Potter — wypalił milczący chłopak, a Harry omal nie zapadł się pod ziemię. Dziewczyna prychnęła cicho i zerknęła na biurko.
 — Brawo, Sherlocku. Widzę, że mój odtwarzacz jeszcze popsuty? — Wzięła do ręki biały sprzęt, który ledwo trzymał się kupy. Uniosła brwi, a w brązowych oczach zauważył dezaprobatę. — Najpierw popsułeś, a teraz nie umiesz naprawić?
Chłopak kompletnie to zignorował.
— Co robi Potter w Tectum? — wypalił, nadal nie spuszczając wzroku z Harry’ego. 
Wybraniec poczuł się niezręcznie. Dziewczyna musiała to dostrzec, bo przyjrzała mu się badawczo.
— Alex, prawdopodobnie sam by ci to wyjaśnił, gdybyś tylko łaskawie się zamknął — powiedziała spokojnie. 
Harry uznał, że to odpowiednia chwila, żeby się wtrącić.
— Sam nie jestem tego taki pewien, ale mam rozpocząć szkolenie. — Oboje unieśli zgodnie brwi.  Jakby miało to coś wyjaśnić, dodał — Kate po mnie przyszła.
Nie umknęła mu szybka wymiana spojrzeń tej dwójki, a potem odezwała się dziewczyna.
— Mniejsza z tym. Jestem Alison Chartier, a to jest Alex Courage — wskazała głową na chłopaka, a ten komicznie się skłonił (co na siedząco wyglądało dość zabawnie). — Oboje jesteśmy na szkoleniu. 
— Ale tobie chyba nie jest jakoś bardzo potrzebne, prawda? — palnął Alex, a Alison powstrzymała jęk. Rzuciła przepraszające spojrzenie Potterowi.  — No wiesz... jeszcze nie umarłeś, nie?
— No nie — odpowiedział głupio. — Ale to tylko zasługa szczęścia, nic więcej. 
Zapadła niezręczna cisza. Nawiązywanie nowych znajomości nie przychodziło mu łatwo, mimo pozorów. Ostatnie lata spędził niemal tylko w towarzystwie Rona i Hermiony, a z nimi rozmowa wydawała się taka łatwa. Po drugie, nie miał ochoty zwierzać się obcym nastolatkom. Po prostu potrzebował chwili na przemyślenie wszystkiego. Najwidoczniej dotarło to do Alison i Alexa, bo dziewczyna chrząknęła znacząco.
— Napraw to do jutra, chyba za dużo od ciebie nie wymagam? — zapytała, skupiając się ponownie na siedzącym chłopaku. Spojrzał na nią z oburzeniem. — Świetnie. To do zobaczenia. 
Wyminęła Harry’ego i wyszła, cicho zamykając drzwi. Zostali sami. 
Potter jeszcze raz rozejrzał się po pomieszczeniu. Łóżko pod samym oknem miało prawie nienaganną narzutę, czego nie można było powiedzieć o tym stojącym pod ścianą obok. Nie przyszło mu nic innego do głowy, jak podejść do niego i na nim usiąść. Nie miał przy sobie żadnych rzeczy, różdżkę trzymał w kieszeni, a peleryny nie miał ochoty ujawniać. Prawdę mówiąc, czuł się jak ostatni idiota. 
— Jesteś całkowicie zielony, czy coś wiedziałeś? — Drgnął zaskoczony, gdy jego współlokator zabrał głos. Jego mina musiała wyrażać całkowitą niewiedzę, bo chłopak pospieszył z wyjaśnieniami. — Niektórzy przybywają tu już z wiedzą, bo ich rodzice czy przyjaciele tutaj byli. Wiesz, z pokolenia na pokolenie. A ty?
— Dopiero co się dowiedziałem, że coś takiego istnieje — przyznał, ugniatając w dłoniach skrawek koszulki. — Ty wiedziałeś?
— Praktycznie się tu wychowałem, ojciec jest jednym z Patronusów — wyjaśnił z krzywym uśmiechem Alex. — Nie miałem nawet chwili, żeby zastanowić się nad czymś innym, niż Tectum. Nie powiem, są tego jakieś plusy.
— Jak tu jest? — Naprawdę był tego ciekaw. Kilka zdawkowych zdań wypowiedzianych przez Briana nic mu nie powiedziało. Czuł się niemal identycznie jak na pierwszym roku w Hogwarcie. 
Alex wzruszył ramionami. Otrząsnął się już z pierwszego szoku, teraz z zainteresowaniem przyglądał się chłopakowi. Co jak co, ale w życiu nie spodziewał się, że zobaczy tutaj Pottera. Popatrzył na jego ubrania i zmarszczył brwi. Przecież miał jakąś tam rodzinę, nie powinien chodzić w takich łachach. Gazety prezentowały go w inny sposób, Harry nie wyglądał na zadufanego dupka albo czarodzieja z problemami z głową. 
 — Jak wszędzie. Wymagający nauczyciele, dużo imprez, jeszcze więcej dziewczyn i milion możliwości na wpakowanie się w kłopoty. Z czego może tylko imprezy i laski są miłe — rzucił chłopak, odsuwając od siebie zepsuty odtwarzacz. Nie wyglądał na przejętego naprawą. 
— Znasz Kate, prawda? — spytał Harry. Brunet wyglądał na zmieszanego. — Widziałem, jak zareagowaliście, gdy ją wspomniałem. 
— Jesteśmy przyjaciółmi — powiedział w końcu Courage, widocznie unikając jego wzroku. Doprowadziło to Harry’ego do tylko jednego wniosku.
— A więc znasz naszą wspólną przeszłość? — próbował zachować spokojny ton  głosu, ale nie potrafił powstrzymać skurczu żołądka. Nigdy nie spodziewał się, że wróci do tamtych lat.
 Co dziwne, nie poczuł kompletnie nic, gdy jego współlokator wyjaśnił więź łączącą go z Invicto. Z jednej strony nie mógł udawać, że jej nie zna, a z drugiej minęło już tyle lat, że wydawała się całkowicie inną osobą. Nie czuł się zazdrosny, rozczarowany czy wściekły. Prędzej zagubiony i nie do końca jeszcze potrafił odnieść się do tej sytuacji.  Może poznanie opinii chłopaka coś zmieni.
— Hm, wiesz, ona nie jest zbyt wylewna — mruknął, a Harry lekko uniósł brwi. Trochę inaczej ją pamiętał. — Bardziej skupia się na tym, co jest i co będzie, rzadko wspomina przeszłość. Zresztą, jak prawie każdy tutaj — przerwał na chwilę, a potem kontynuował. — Wiem tylko, że przez krótki czas  byliście sąsiadami i spędzaliście ze sobą dużo czasu. Potem trochę wam nie wyszło pożegnanie. 
Trochę.  On bez słowa wyjechał do Hogwartu, a ona w przeciągu roku szkolnego wyprowadziła się pod nieznany adres. Żadne z nich nie próbowało potem nawiązać ze sobą kontaktu. Tak, „trochę” im nie wyszło.
— Jak to jest spotkać kogoś po tylu latach? — spytał wyraźnie zaciekawiony chłopak. Harry westchnął. 
— Dziwnie. Niezręcznie. Sam nie wiem — mruknął, wbijając wzrok w podłogę. — Co ja tu do cholery robię?
Oprócz tego, że znalazł się w dość niemiłym położeniu, nadal nie mógł zapomnieć, co nad nim wisi. Nie wymaże wspomnień z ostatnich miesięcy, nawet jeśli bardzo by tego pragnął. Czasem wahał się, czy nie rzucić na siebie Obliviate, dać się zabić i po prostu zostawić ten świat razem ze wszystkimi problemami. Tylko że on był Harrym Potterem. Nie zostawi przyjaciół na pewną śmierć lub tortury z rąk Śmierciożerców bądź samego Voldemorta. 
— Połowa z nas zadawała sobie to pytanie. — Harry lekko drgnął, kiedy to usłyszał. Nawet nie zdał sobie sprawy, że ostatnie pytanie powiedział na głos. — Po paru dniach będzie lepiej. A póki co, proponuję inne rozwiązanie.
Potter popatrzył na niego z zainteresowaniem. Dziwił się, że chłopak cały czas próbuje nawiązać z nim kontakt, mimo  oporu, który napotykał. Z drugiej strony zaczynał się bać, co takiego może zaproponować... Alex? Tak, Alex. 
— Co powiesz na małą imprezę zapoznawczą? 

***

Petunia Dursley zawsze wolała mieć wszystko w jak najlepszym porządku. Zero kurzu na jej idealnych, nowych szafkach kuchennych, tematycznie uporządkowane książki na regale (których i tak nikt nie czytał, ale czego się nie robi, żeby zaimponować gościom)oraz świeżo skoszony trawnik. Jej mania porządku przechodziła również na ludzi, których zwykle szufladkowała. Wredny, dziwny, niewart uwagi, bogaty. Siebie, męża i kochanego Dudziaczka chętnie wywyższała, ale nie mogła zapomnieć o innym lokatorze, który właśnie burzył jej harmonogram dnia, nie pojawiając się na kolacji. To nie był pierwszy raz w ciągu tych wakacji i za każdym razem doprowadzało ją to do szewskiej pasji. 
Spędzając całe dnie na obserwowaniu sąsiadów, Petunia nie mogła nie wyostrzyć sobie wzroku i szóstego zmysłu. Zauważyła więc, że coś się z chłopakiem dzieje. Podejrzewała (miała pewność), że ma to związek z jego szkołą. Hogwart. Sama nazwa przyprawiała ją o dreszcze i choć pracowała nad tym o lat, przywoływała mnóstwo wspomnień związanych z jej siostrą. Ciekawe, co tym razem się stało. Kolejne powroty psychopatów, latające szczury, a może coś gorszego? Nie zawahałaby się zapytać, gdyby nie to, że usiłowała odgrodzić się od siostrzeńca. Pytanie o cokolwiek związanego z magią nie było najlepszym pomysłem, gdyby Vernon się o tym dowiedział... Zresztą, sama też wolała się nie mieszać w te sprawy. 
Trzeci stopień schodów zaskrzypiał głośno (musi w końcu poprosić Vernona, żeby coś z tym zrobił), gdy szybkim tempem ruszyła do pokoju Harry’ego. Sięgając do klamki, zauważyła pierwszą rzecz, która wzbudziła jej niepokój. Drzwi były uchylone, a zawsze je zamykał. Popchnęła drzwi i zadrżała. Z chłodu jak szybko zauważyła, okno było otwarte na oścież. Po chłopaku nie było ani śladu.
Skłamałaby, gdyby powiedziała, że to pierwszy raz gdy bez ich wiedzy gdzieś poszedł, ale tym razem to było coś innego. Za każdym razem zostawiał im kartkę na biurku. Właściwie to nie dla nich, jak szybko zrozumiała, miało to być zapewnienie, że wyszedł z własnej woli, a nie ktoś do zabrał. Widząc tę kartkę, Dursleyowie nigdy nie zawiadamiali „tych dziwaków”. Może i robili źle, ale za każdym razem chłopak wracał cały i zdrowy, więc nauczyli się, że nie warto reagować. Ona się nauczyła, z Vernonem bywało różnie. 
Tym razem nie pozostawił po sobie nic. Tej piekielnej sowy nie było, różdżki też nie zauważyła, a szósty zmysł podpowiadał jej, że to nie to co zawsze. Zadrżała, tym razem nie pod wpływem zimna. Nawet nie zarejestrowała, jakim cudem znalazła się z powrotem na dole z telefonem w ręku. Drżącymi rękoma wykręciła numer, którego wolałaby nigdy nie użyć. 

***

Ogłuszająca muzyka. Tańczący tłum. Piwo (i nie tylko) rozlane na podłogę. Zapachy, które jednych odrzucały, a innych wręcz przyciągały. Przyprawiające o ból głowy odgłosy. Mimo wszystko, Harry czuł się wyjątkowo dobrze. Może to dzięki swoim wcześniejszym wypadom do mugolskiego  klubu albo po prostu od zawsze był do tego stworzony. Gdy siedział przy barze, znikały wszystkie jego problemy. Jednak cały czas wyczuwał na plecach wzrok towarzyszącego mu Alexa. 
— Nie przeszkadzają ci te klimaty? — zapytał w końcu Courage, przekrzykując muzykę. Sam wyglądał na całkowicie wyluzowanego, a oczy świeciły mu się z radości (a może miały na to wpływ wypite trzy piwa, Harry nie był pewien). — Wyglądasz na zadowolonego.
— A to źle? —  rzucił z uśmiechem. Najwidoczniej wszyscy uważali go za grzecznego chłopczyka. Dziwne, biorąc pod uwagę jak przedstawiały go gazety.  
— Patrzcie państwo, już jest sprowadzany na złą drogę. — Harry’emu zajęło chwilę zanim poznał dziewczynę, która się do nich dosiadła. Po zgrzanej i zmęczonej rudowłosej nie pozostał ani ślad. Teraz miała na sobie dobrze dopasowane, poszarpane dżinsy, buty na lekkim koturnie, biały ozdobny top i świeżo umyte, rozpuszczone włosy. Za cholerę nie mógł sobie przypomnieć jej imienia. 
— Pewnie, bo co wszystko złe, to ja — burknął do szklanki Alex, ale nie wyglądał na urażonego. — Alison, ja tylko rzuciłem propozycję.
— To akurat prawda — wtrącił się Potter z lekkim uśmiechem. 
Zamówili po jeszcze jednym drinku (Harry nie chciał przesadzać z ilością alkoholu, więc zamówił tylko colę z lodem) i zaczęli rozmowę. Głównie rozmawiał z Alexem, dziewczyna tylko im się przysłuchiwała i od czasu do czasu wtrąciła kilka słów. Nie był pewien, czy to za sprawą języka rozluźnionego promilami czy otoczenia, ale pogawędka ze współlokatorem sprawiała mu przyjemność. Nie poruszali się po ryzykownych tematach, ale nawiązała się między nimi pierwsza nic porozumienia. Alex przypominał mu trochę Rona, co tylko ułatwiało sprawę. 
— Raz zdarzyło mi się zwinąć kluczyki ojca i wpakowałem się za kółko jego szałowego BMW…
— Alex, nie przypominam sobie, żebyś kiedykolwiek prowadził samochód. 
Odwrócili się obaj jak na komendę (nie zauważyli jak Alison wywróciła na to oczami). Harry momentalnie poczuł gulę w gardle. Zapadła niezręczna cisza, pomijając głośne dudnienie muzyki i krzyki jakiejś zazdrosnej dziewczyny.
— Al, to chyba Dominic, mamy do niego sprawę — wypalił brunet i z prędkością światła oddalił się od baru. Rudowłosa nieznacznie poruszała ustami, gdy podążała za przyjacielem. 
Zapatrzył się na w połowie pełną szklankę. Kate usiadła obok i nie spuszczała z niego wzroku. Wiedział, że nie mogą tak siedzieć w nieskończoność. Jednak sama perspektywa przerwania ciszy go przerażała. Blondynka najwidoczniej miała trochę więcej odwagi od niego. 
— Czyli jednak się zgodziłeś — rzuciła w przestrzeń. Skinął szybko głową. — Dlaczego? 
— Czy nie tego właśnie chciałaś? — odpowiedział pytanie, ośmielając się spojrzeć jej prosto w oczy. Nawet jeśli bardzo się starał, nie widział już w nich jego dawnej przybranej siostry. Nie potrafił z nich niczego wyczytać. Ile się wydarzyło przez te lata? Jeśli w jego życiu tak wiele się zmieniło, to co mogło się stać w jej? Miał ochotę zadawać milion pytań, a jednocześnie bał się tych wszystkich odpowiedzi. 
— Nie wmawiaj mi, że podjąłeś tę decyzję przeze mnie. A więc, co przeważyło? 
Chęć zrobienia czegoś na własną rękę? Jego głupia odwaga? Niepokonana siła przyciągania do dawnej przyjaźni? Wola walki, a nie poddanie się i pogodzenie z własnym losem? 
— Możliwość czarowania poza Hogwartem — palnął bezmyślnie. Uniosła wysoko brwi.
— Tak, to zdecydowanie największa zaleta tego szkolenia. Tak samo jak kolejne szanse na śmierć w niebezpiecznych walkach — zauważyła spokojnie. Wzdrygnął się.
— O co ci chodzi? — zapytał ze złością. Dodatkowo ciśnienie podnosił mu nieprzerwany spokój w jej głosie. 
— Poszedłeś za mną bez większych oporów i podejrzliwych pytań, co roku stajesz w oko w oko ze śmiercią i nie widzę, żebyś próbował temu zaradzić.
— Och, sugerujesz, że mam skłonności samobójcze? — zapytał z lekką ironią, ale w środku nie mógł się z nią nie zgodzić. I to jeszcze bardziej go irytowało.
— Nie, tylko masz większe zapotrzebowanie na adrenalinę niż przeciętny człowiek — rzuciła i nawet nie spostrzegł, jak zabrała mu szklankę i wypiła resztkę coli. Zmarszczyła brwi. — Masz tak słabą głowę, że nie pijesz niczego mocniejszego…
— Nie mam słabej głowy — przerwał jej w połowie, poważnie już zirytowany.
— …czy wolisz zacząć jutrzejszy dzień na czysto? — dokończyła i uśmiechnęła się lekko. Speszył się.
Przez chwilę oboje milczeli. Alex i Alison nie wracali, przy barze co chwila pojawiały się nowe osoby, a muzyka grała nieprzerwanie. Harry’ego zaczęła boleć głowa. Nie podobało mu się to. Zerknął przelotnie na Kate, ale ta skupiła uwagę na dość ostro kłócącej się parze. Dotknął blizny i powstrzymał syk bólu. Przyzwyczaił się, że przy bólu głowy jego „szczególny znak” stawał się bardziej czuły, ale teraz naprawdę się zdenerwował. Odzwyczaił się już od tego przez ostatnie tygodnie.
— Voldemort? — Zamarł w ręką przy bliźnie. Kate patrzyła na niego badawczo. 
— Nie, po prostu boli mnie głowa — powiedział, sam nie do końca pewien, czy mówi prawdę. Dopiero po chwili pewna rzecz zwróciła jego uwagę. — Skąd wiesz o moim...
— ...połączeniu umysłowym? Kandydaci są zawsze sprawdzani, nie dziw się aż tak. 
Nie skomentował tego. Głowa nie przestawała go boleć. 
— Chyba już pójdę — powiedział niemrawo i wstał. Dziewczyna się nie poruszyła. 
Zmieszany chwilę stał w miejscu, a potem ruszył ku wyjściu. Nigdzie nie widział Alexa. Muzyka drażniła jego uszy albo ją pogłośnili albo jego ból głowy przeistaczał się w migrenę. Zanim opuścił głośną salę, obejrzał się jeszcze raz w stronę baru. Kate tam nie było.
Chciał jak najszybciej znaleźć się w pokoju i zasnąć. I w końcu przemyśleć wszystko. 

***

— Crucio. — Mężczyzna zwinął się z bólu na podłodze. Czerwone oczy obserwowały go ze spokojem. Czarnowłosa kobieta roześmiała się szaleńczo i kolejny promień poleciał prosto w środek klatki piersiowej nieszczęśnika. Oczy lśniły niebezpiecznym blaskiem, a pierś szybko falowała. Bellatrix Lestrange w najlepszej formie.
— Wystarczy, Bello — powiedział cichym, piskliwym głosem siedzący na wysokim krześle mężczyzna. Jego wężowa twarz, ze szparkami zamiast nosa nie wyrażała żadnych emocji. — Nasz gość nie powie nam już nic więcej. 
Lestrange opuściła różdżkę i odsunęła się o kilka kroków od swego mistrza. Patrzyła na niego z całkowitym uwielbieniem. Zwinięty w kłębek człowiek pojękiwał cicho na zimnej posadce. Nikt nie pamiętał w takiej chwili o dumie. Nie po kilkudniowych nieprzerwanych torturach, głodowaniu i poniżaniu. 
Voldemort powoli podniósł się ze swojego tronu i podszedł bliżej swojej ofiary. Oczy zapłonęły jeszcze wyraźniej, gdy ukazała mu się poturbowana twarz mężczyzny. Siniak na siniaku, rozcięty policzek, spękane wargi. Mimo wszystko twarde spojrzenie. 
— Tak skończy każdy, kto nie opowie się po mojej stronie. Nikt ci nie pomoże. 
— Niczego się ode mnie nie dowiesz — wychrypiał resztką sił, podpierając się drżącą ręką o podłogę. Voldemort roześmiał się szaleńczo.
— Nawet tego nie oczekuję. Jesteś dla mnie kolejnym bezwartościowym członkiem Zakonu, żadna z informacji nie przyniesie mi korzyści. Tutaj chodzi o coś zupełnie innego.
Mężczyzna zamarł w bezruchu, a jego osłabione serce na chwilę przestało bić. Bella wyglądała na najszczęśliwszą kobietę na ziemi.
— Nie liczysz się dla nikogo, oprócz jednej osoby, prawda? Jest na tyle nieodpowiedzialny, że tutaj przybędzie, inaczej cię zabiję. Wszyscy Potterowie są tacy sami. Na zawsze wierni przyjaciołom.
— Nie… 
W wężowych oczach błysnęło zadowolenie i satysfakcja. 
— Tak, Remusie. Możesz się przywitać, właśnie to ogląda.
Harry zerwał się gwałtownie z łóżka, a blizna zapłonęła bólem. 

_______________________________________________________________________________
1 - staroangielski, oznacza „ wilkołak być niebezpieczny, wilkołak być zły, zabić człowiek i zjeść, przemienić w wilkołak”. Korzystałam ze słownika, nie jest to dokładny staroangielski, tylko moja luźna interpretacja, więc nie zabijać proszę :D

Wybaczcie, ale miałam i nadal mam problemy z Internetem, dlatego do wtorku nie pojawi się ani krótki fragment z czwartego rozdziału. Z tego samego powodu nie miałam jak odpowiedzieć na komentarz Daniela Kinga pod poprzednim postem, a widziałam, że taki był. Ledwo co udało mi się dodać rozdział i może on wyglądać inaczej, bo nie potrafię obsługiwać bloggera na telefonie :D

Dla tych czytelników, którzy zaczęli nowy rok szkolny życzenia, by wpadały same dobre oceny, godziny w szkole leciały szybko, a wszystkie egzaminy poszły jak najlepiej! 

Rozdział jak zwykle betowała Noelia Cotto.

Wracamy do starych, znanych jeszcze z poprzedniego bloga gifów, co wy na to?

 smile smiling dylan obrien chuckle chuckling GIF
 holland roden GIF
 tvd rebekah mikaelson claire holt GIF







6 komentarzy:

  1. Planowałem skomentować ten rozdział fragment po fragmencie, ale doszedłem do wniosku, że na razie niewiele mam do powiedzenia odnośnie do "Wielkiej Piątki", Alexa i Alison. Nie chcę po jednym rozdziale wyrabiać sobie zdania na ich temat. xd

    Fragment, w którym pisałaś o Petunii był krótki, ale myślę, że genialnie oddałaś w nim jej charakter. Prawdę powiedziawszy, wydaję mi się, że tak mogło być nawet w oryginale. Wiemy, że zanim Lily poszła do Hogwartu, miała bardzo dobre relacje z siostrą. Później coś się między nimi zepsuło i według mnie duży wpływ miał na to związek Petunii z Vernonem. Jestem przekonany, że nieskazitelna pani Dursley w głębi duszy lubiła Harry'ego, a może nawet kochała. Myślę też, że o ile tak naprawdę nie przerażał jej magiczny świat, o tyle przerażał ją jej mąż. Prawdopodobnie bała się jego reakcji, gdyby wyszło na jaw, że interesuje się Harrym i jego życiem. Okej, może napisałaś, że Harry irytował Petunię. Fakty są jednak taki, że Harry zniknął, a Petunia od razu zareagowała. Strasznie jestem ciekawy, do kogo zadzwoniła. :)

    „Poszedłeś za mną bez większych oporów i podejrzliwych pytań, co roku stajesz w oko w oko ze śmiercią i nie widzę, żebyś próbował temu zaradzić.” Jakkolwiek chamski był ten komentarz, Kate miała rację. Prawdopodobnie gdzieś już o tym pisałem, mimo to wypowiem się na ten temat jeszcze raz. Nie rozumiem zachowania książkowego Harry'ego. Nie licząc trzeciej części, rok w rok miał „przyjemność” spotkać się z Voldemortem. I co w związku z tym zrobił? Nic. Dowiedziawszy się, że najgroźniejszy czarnoksiężnik mu zagraża, żył sobie jak dawniej i miał wszystko w nosie. Jak dla mnie swoim zachowaniem nie pokazywał, by w jakikolwiek sposób próbował zwiększyć swoje szanse w ostatecznym starciu. Gdyby Voldemort nie rzucał w Harry'ego avadami i walczył z nim tak, jak walczył z Dumbledore'em w Zakonie Feniksa, starłby Harry'ego z powierzchni ziemi. Cieszy mnie więc fakt, że w tym rozdziale Harry sam się przyznał, jak wiele zawdzięcza szczęściu. O tym, że przejdzie szkolenie nie będę już pisać, bo to oczywiste, że mu się ono przyda. xd

    No i napiszę może jeszcze parę słów odnośnie do ostatniego fragmentu. Nie wiem dlaczego, ale przeczuwałem, że tym torturowanym mężczyzną jest Remus. W zasadzie chwilowo ciekawi mnie tylko jedno; jak zachowa się Harry. Nie wątpię, że będzie chciał pomóc Remusowi. Pytanie tylko, w jaki sposób to zrobi? A może zabijesz Remusa? o.O

    Standardowe muszę się również przyczepić do kilku fragmentów. xd Przeczuwam, że przynajmniej część błędów jest wynikiem tego, że musiałaś użyć bloggera na telefonie (wiem, jak bardzo jest to uciążliwe, dlatego ja nigdy tego nie robię xd), dlatego masz moje rozgrzeszenie. :D :D

    „Otoczona była kilkoma grubymi woluminami i kilkoma zmiętymi kawałkami papieru, nie brakowało również walających się długopisów, piór i pospiesznie zgarniętych w jedno miejsce wysuszonych resztek czegoś, co kiedyś mogło być żabą.” Generalnie w tym zdaniu nie ma żadnego poważnego błędu, nie podoba mi się tylko powtórzenie „kilkoma”.

    „Pochylała się nad starą, pachnącą szczurami książką, a jej czoło marszczyło się co chwila w skupieniu.” Tutaj też nie ma błędu, ale nie pasuje mi sformułowanie „pachnącą”. Niby czasownik „pachnieć” definiowany jest jako „wydzielający zapach”, ale wg mnie ma on nacechowanie pozytywne, nie negatywne. Nikt nie mówi „pachniesz potem”, tylko „śmierdzisz potem” i dlatego uważam, że w tym przypadku lepiej by było, gdybyś napisała „śmierdzącą szczurami książką”. No bo raczej ta książka ładnie nie pachniała, prawda? xd

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. „Do biurka naprzeciw jej [myślę, że lepiej byłoby napisać „niej”] podszedł mężczyzna średniego wzrostu...”

      „Taką, która pije i pisze księgi o wilkołakach? Nie, ale wiesz [przecinek] kim na pewno jestem?”

      „Arystokrackie pochodzenie było równoznaczne ze znaniem chociażby dwóch języków.” Po pierwsze, nie wiem, czy istnieje przymiotnik „arystokrackie”. Jeśli tak, to wg mnie dziwnie brzmi i ja bym się zastanowił, czy nie dałoby się jakoś inaczej napisać tego zdania. Po drugie, zamiast „znaniem” napisałbym „znajomością”.

      „Można wiedzieć [przecinek] dlaczego pokładasz w nim tak wielkie nadzieje?”

      „Nie miał przy sobie żadnych rzeczy, różdżkę trzymał przy sobie, a peleryny nie miał ochoty ujawniać.” Powtórzenie „przy sobie”. Ja bym po prostu napisał, że różdżkę trzymał w kieszeni. :)

      „Rudowłosa nieznacznie poruszała ustami [przecinek] gdy podążała za przyjacielem.”

      „— Pewnie, bo wszystko [tutaj może dopisałbym jeszcze „co”] złe, to ja — burknął do szklani Alex, ale nie wyglądał na urażonego.” W tym zdaniu generalnie nie ma błędu, ale... Nie wiem, czy celowo napisałaś „szklani”, ale ja bym unikał takich zdrobnień w narracji. Czasami brzmią dobrze, a czasami zwyczajnie pokracznie, wręcz kuriozalnie.

      „Napraw to do jutra, chyba za dużo od ciebie nie wymagam? — zapytała, skupiając się ponownie na siedzącym chłopaku. Brązowe oczy spojrzały na nią z oburzeniem.” W tym fragmencie ostatnie zdanie brzmi odrobinę dziwacznie, nie uważasz? xd

      Mógłbym się przyczepić jeszcze do tego, że czasami przesadzałaś z nawiasami, ale już dam sobie spokój. Ja bym napisał to inaczej, tyle że to nie moje opowiadanie, więc rób, jak uważasz. Jeśli Ci z tym dobrze, to w porządku. :)

      Właśnie przypomniało mi się, że miałem się jeszcze odnieść do dwóch fragmentów. xd

      „Ee… Harry — rzucił niemrawo zielonooki, nie wiedząc, co ma ze sobą zrobić. Zdekoncentrowało go to, że ten go nie poznał. Chociaż z drugiej strony, nie przepadał za swoją sławą, więc była to miła odmiana.” A moim zdaniem właśnie uwielbiał sławę, a przynajmniej tak bardzo się do niej przyzwyczaił, że nie mógłby normalnie funkcjonować, gdyby ludzie go nie rozpoznawali. xd

      „Alex przypominał mu trochę Rona, co tylko ułatwiało sprawę.” Wiesz, co myślę o Ronie, dlatego uważam, że tym zdaniem pojechałaś chłopakowi po całości. :D Biedny Alex...

      To tyle. Z niecierpliwością czekam na kolejny rozdział! :D

      Pozdrawiam!

      Usuń
    2. Nigdy nie potrafiłam do końca rozgryźć Petunii. Z jednej strony nie zasługiwała na pochwałę, bo nie stworzyła dla Harry'ego wymarzonego domu, ale nigdy też nie znęcała się nad nim, tak jak Vernon. Tak czy inaczej, interesuje mnie jej postać, co prawda nie planuję dla niej jakiejś ważnej roli, ale parę fragmentów się pojawi. Też jestem skłonna myśleć, że Harry'ego lubiła, w końcu nawet się za nim wstawiła, kiedy Vernon kazał mu się wynosić po tym, jak Potter otrzymał list z Ministerstwa. Tak, Dumbledore jej wtedy przypomniał o ich rozmowie, ale uważam, że ona sama też wolała, by Harry został w domu.

      Książkowego Harry'ego kocham i będę kochać, co nie zmienia faktu, że niezmiernie irytowało mnie jego podejście. Możecie być pewni, że u mnie trochę się za siebie weźmie, bo nie chcę podążać ścieżką Rowling i kreować go na "znam zaklęcie rozbrajające, to może uda mi się pokonać Voldemorta" :)

      Hah, zdecydowanie przywykł do sławy i troszkę ten fragment miał pokazać, że niby chciałby mieć normalne życie, ale jednak rozpoznawalność mu je ułatwia xd.

      Spokojnie, co do Alexa to tylko spostrzeżenie Harry'ego, mi on Rona bardzo nie przypomina :D Nie dałabym rady wytrzymać z kopią tego Weasleya dłużej, niż dwa rozdziały :P

      Jak zawsze dziękuję za uwagi i wspaniały komentarz!

      Pozdrawiam!

      Usuń
  2. Mój dzisiejszy komentarz będzie krótki, ponieważ piszę go siedząc w autobusie. Do celu mam około piętnastu minut drogi, więc muszę się wyrobić w tym czasie xd

    Nie wiem dlaczego, ale ciągle mam wrażenie, że Kate ma do Pottera jakąś urazę. Tak jakby zrobił coś nieświadomie lub świadomie, a ona teraz tymi chamskimi uwagami daje mu do zrozumienia, że wciąż o tym pamięta. Harry do niej zresztą też, ale tutaj znam powody, więc nie będę tego roztrząsać. Zastanawia mnie też to, czy Kate zna treść przepowiedni. Skoro wie o połączeniu umysłowym Harry'ego i Voldemorta, to czy o przepowiedni też? Ciekawym bardzo xd

    Wydaje mi się, że ten Alex i Alex z poprzedniej wersji Twojego opowiadania nie różnią się aż tak bardzo. Zapamiętałem go jako takiego luzaka, który lubi imprezy, szybkie samochody i podrywanie dziewczyn. Mniej więcej tak samo przedstawił mi się w tym rozdziale. W niemal każdej paczce przyjaciół trafia się ktoś taki jak on. Mam wrażenie, że w przyszłości to właśnie on będzie inicjatorem wszystkich komicznych występków (o ile takowe wprowadzisz, ale myślę, że tak xd), w których z pewnością wezmą udział również Harry, Alison i Kate. Jego postać polubiłem.

    A jeśli chodzi o Alison (nie pamiętam czy wtedy też tak miała na imię), to z kolei jej charakter lekko zmieniłaś. Oczywiście jest jeszcze za wcześnie by ją oceniać, ale pamiętam ją jako taką dziewczynę, która uważała, że wszystko umie robić najlepiej i nie przyjmowała do wiadomości, że ktoś może się z nią nie zgadzać. Ponadto doskonale pamiętam jej odzywki do Alexa i to, jak zawsze chciała go ośmieszyć. Tutaj natomiast jest jakby łagodniejsza xd Ale też ją lubię (na razie xd) :)

    O członkach "Wielkiej Piątki" nie będę nic pisał, ponieważ mało o nich wiem, a nie przypominam sobie, aby w poprzedniej wersji również występowali, więc nie mogę zrobić nawet porównania :)

    Ja ogólnie nie mam nic do Petunii. Zgadzam się z Danielem Kingiem, że to głównie przez Vernona była taka jaka była. Kiedyś się zastanawiałem, jakby to było, gdyby dostała pod opiekę Harry'ego, a Vernon nie był jej mężem. Myślę, że wtedy traktowałaby go normalnie. Cóż, szkoda jej trochę, ale z drugiej strony, skoro tak bardzo obawiała się reakcji męża na to, że nie ma pretensji do magicznego świata, to czemu po prostu od niego nie odeszła. Miłość to dziwna rzecz :)

    Dobra kończę, bo autobus dojeżdża do mojego przystanku xd Rozdział był w porządku, może trochę irytuje mnie zachowanie Kate w stosunku do Pottera, ale jak już wspomniałem lubię ją, więc jestem skłonny jej to wybaczyć. Jednocześnie moja cierpliwość też ma swoje granice, więc nie przesadzaj Invicto :D

    Życzę miłego dnia i do następnego rozdziału :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Powiem tak: Gdyby każdy pisał takie krótkie komentarze, to byłoby idealnie :D

      Jak już wspomniałam, sytuacja z Kate wyjaśni się później, tylko nie nastawiajcie się na jakieś wielkie bum, że nie wiadomo co jej zrobił :P

      Porównując Alexa z Alexem, to zdecydowanie ten będzie jeszcze mniej ogarnięty i czasami może irytować. Zgadzam się, będzie tym luzakiem który wpada na jakże "genialne" pomysły :D

      O ile dobrze pamiętam, to Allison nazywała się tak samo (teraz wychodzi moja pamięć do poprzedniej wersji), ale jestem pewna, że nie ma takiego samego charakteru jak wtedy. Starałam się bardziej urozmaicić nowych bohaterów, żeby każdy miał coś innego, a wydaje mi się, że wcześniej Kate i Allison miały za dużo wspólnego :D

      Dziękuję za wspaniały komentarz!

      Pozdrawiam!

      Usuń

SPAM USUWAM!!! Jeśli chcesz się zareklamować zrób to w odpowiednim miejscu. Wystarczy przeczytać Regulamin :)