29.07.2017

Prolog

Cześć wszystkim! Wow, dziwnie się czuję, robiąc to po raz kolejny. To moje drugie podejście do blogowania i tego właśnie opowiadania. Za pierwszym razem... no cóż, nie wyszło. Jednak przez roczną przerwę dużo myślałam, pisałam i uświadomiłam sobie, że muszę to skończyć. Ta historia nie da mi spokoju, a ja przysięgłam sobie, że doprowadzę ją do końca. 
Chciałabym serdecznie podziękować wszystkim osobom, którym zawdzięczam powstanie tego bloga. Dawnym znajomym, które pewnie nigdy tu nie zajrzą, ale przecież odegrały tu dużą rolę oraz Sonii i Dominice, które również jako tako mnie motywowały. Największe podziękowania należą się jednak mojej wspaniałej becie - Noelii Cottoktóra doprowadza rozdziały do tej formy, jaką będziecie tutaj widzieć. Uwierzcie, jej pomoc jest nieoceniona, a gdybyście zobaczyli rozdziały bez poprawy... no cóż, szybko by Was tu nie było :D 
Okej, bez zbędnego przedłużania, zapraszam na prolog  Potęgi Przyjaźni 


_________________________________________________________________________________


Promienie palącego słońca wdarły się do dużego, ale zagraconego pokoju. Nie brakowało tu porozrzucanych stert ubrań i książek ułożonych w wysokie stosy, oprócz tego w oczy rzucało się kilka dziwnych przedmiotów. Rzucona w kąt miotła. Zaskakująca fotografia, na której postacie się poruszały. Długi, smukły patyk, leżący tuż obok ręki siedzącego w pokoju chłopaka. Na sam koniec wielka klatka, a w niej majestatyczna sowa. Znalazłoby się więcej rzeczy, które przykuwały uwagę, ale te należały do tych najdziwniejszych. A jeśli już o skali dziwności mowa, najwyżej plasował się lokator tego pokoju. Właśnie pochylał głowę nad zwojem pergaminu, w połowie zapełnionym niechlujnym pismem. Kosmyki ciemnych włosów wpadały mu do oczu, ale nie zasłaniały część czoła, ukazując bliznę w kształcie błyskawicy. Dość cienką, ale nadal widoczną i w pewnym sensie bardzo wyjątkową. Jedyną taką na całym świecie. Bliznę, która była pamiątką tego, że jej właściciel uniknął śmierci.
Harry Potter, nieszczęśliwy czarodziej w mugolskim świecie nie chwalił się swoim niesamowitym szczęściem. Po pierwsze dlatego, że nie uważał się za szczęśliwca prędzej za pechowca, a po drugie każdy znał jego życiorys niemal na pamięć. Ten opis życia, który uważał za bzdury. Nikt nie wiedział, jak jest naprawdę. Trochę przygnębiające, ale mimo wszystko to miłe, że ludzie nie wiedzą wszystkiego. Czasami kusiło go, aby ujawnić prawdę, pokazać, że Hogwart nie był pierwszym miejscem, w którym czuł się jak w domu. Nie miał jednak odwagi powiedzieć tego Ronowi i Hermionie, a  co dopiero całemu społeczeństwu. Jego  przyjaciele wiedzieli tylko, że jego wuj i ciotka to świnie, nic poza tym. Pominął fakt, że Vernon nie ucieka od alkoholu i lubi czasem sobie ulżyć przemocą, a Petunia patrzy na niego jak na szczura. O Dudziaczku nie wspominał, ostatni rok nie był taki zły, jego kuzyn nadal pamiętał przygodę z dementorami.
Spojrzał z roztargnieniem na zegarek. Ile do cholery można ślęczeć nad jednym listem? Pisał do Rona, jak zwykle streścił krótko, co takiego robił i wyraził swoją nadzieję, że niedługo się zobaczą. Dalej nie wiedział, co napisać. Niby mógł zakończyć, ale czegoś mu brakowało. Poczta nadal była kontrolowana przez Ministerstwo, teraz pod pretekstem bezpieczeństwa narodowego, bo ktoś mógłby spiskować. Nawet Harry nie byłby na tyle głupi, żeby wysyłać poufne dane w taki sposób, więc wątpił, by zrobił to jakikolwiek przestępca. Cała ta kontrola była bezcelowa, bo i tak już za późno na uspokojenie nastrojów. Kraj ogarnęła panika, jedna grupa ludzi uciekła za granicę, druga udawała, że wszystko jest w całkowitym porządku, z kolei trzecia próbowała ratować świat. O dziwo sam znalazł się w drugiej grupie. Do kogokolwiek by napisał: Remusa, Rona, Hermiony czy Nevilla, wszyscy bombardowali go szczegółowymi informacjami na temat meczów, nowych mioteł, czy zmian w Hogwarcie, ale nikt słowem nie wspomniał o Voldemorcie. Oliwy do ognia dolewała świadomość, że tym razem jest inaczej niż w zeszłym roku, bo teraz cały świat wierzy w istnienie tego świra. A jednak wszyscy milczeli, on również. To go najbardziej dobijało. Nie próbował dowiedzieć się więcej, niż było przedstawiane w Proroku.
Niespodziewanie jego sielankę przerwało wejście Vernona Dursleya. No tak, jeszcze tego mu brakowało. Naprawdę nie miał teraz nastroju na długie, irytujące pogadanki. Spróbował się jednak opanować, bo ostatnie siniaki nie zdążyły jeszcze zniknąć.
— Chłopcze, przypomnij mi, co miałeś dzisiaj zrobić?
Całkowite opanowanie. Odwrócił się razem z krzesłem w stronę wuja i wbił spojrzenie prosto w jego twarz. Była taka jak zwykle — o barwie podchodzącej pod świniowaty róż i zapuchnięta od alkoholu.
— Umyć naczynia, skosić trawnik, pomalować płot i odkurzyć w przedpokoju — wyrecytował spokojnie, nie odrywając wzroku od twarzy swojego opiekuna. Zastanawiał się, jakby wyglądała z dużą śliwą pod okiem, której nigdy nie odważy się zrobić.
— To wszystko miałeś do zrobienia w domu, więc nigdzie nie musiałeś iść, czyż nie? — zauważył ostrym tonem Vernon.
— Właściwie to trawnik kosiłem na dworze, ale możemy uznać, że ma wuj rację.
Z satysfakcją obserwował, jak róż zmienia się w ostrą czerwień. Dzisiaj stało się to wyjątkowo szybko, tym bardziej że nie uważał swojej uwagi za odkrycie.
— Nie tym tonem, gówniarzu! — warknął Dursley, a ślina pryskała mu z ust. Harry widział wielu wściekłych ludzi i zazwyczaj wzbudzało to u niego przerażenie i uległość, jednak w tym przypadku powodowało tylko obrzydzenie pomieszane z rozbawieniem. To drugie zaczął odczuwać ponad rok temu, gdy już wiedział, że zachowania wujostwa nie zmieni i pora się z tym pogodzić.
— Przejdzie wuj do rzeczy? — zapytał już zirytowany. Ileż można omijać główny temat?
— Gdzie przebywałeś, kiedy nie było cię tutaj?!
— Ja... chodziłem po parku — powiedział szybko. Oczywiście to kłamstwo, cały ten czas przesiedział w barze, ale nie mógł się do tego przyznać wujowi.
— Och, naprawdę? A mogę spytać, co tam robiłeś, do jasnej cholery? Oglądałeś ptaszki?!
— Odpoczywałem. Chyba nie mam zakazu wychodzenia z domu — rzucił. Ta rozmowa i tak nie miała większego sensu, jakichkolwiek argumentów by nie użył i tak stanęłoby na tym, co powiedział wujaszek. Dyskusja mogłaby być interesująca, miło byłoby popatrzeć na wkurzonego Vernona, ale nie dzisiaj. Chciał wyjść wieczorem, a szlaban nie bardzo mu do tych planów pasował.
— Słuchaj, niewdzięczny gówniarzu. Daliśmy ci dach nad głową, jedzenie i wychowanie, więc z łaski swojej, okazuj nam szacunek! Dzisiaj nie będziesz mi się szwendał po mieście jak menel! Zrozumiałeś?! — huknął na koniec i gdyby to był pierwszy raz, Potter podskoczyłby w krześle, ale nie był.
— Oczywiście. — Szlag, będzie musiał skorzystać z mniej przyjemnych możliwości wyjścia. Chociaż okno nie jest takie złe.
Vernon o dziwo zakończył konwersację i nie zapominając o dramatycznym trzaśnięciu drzwiami, opuścił sypialnię. Harry mógł powrócić do przerwanej czynności albo udawać, że do niej powrócił. Westchnął i dopisał na szybko dwa zdania. Przeczytał list jeszcze raz, musiał się upewnić, czy nie napisał za mało lub za dużo.

Cześć Ron!
U mnie bez zmian, jak beznadziejnie było, tak beznadziejnie jest. Sprzątam, gotuję, słucham narzekań wspaniałej rodzinki i próbuję nie myśleć, że czeka mnie jeszcze przynajmniej miesiąc mordęgi. Z „braku roboty do wykonania”, zacząłem odrabiać zadania domowe. Patrząc, ile zajęło mi napisanie wypracowania na transmutację, dobrze ci radzę stary, zacznij nad tym pracować. Odłóż swoje ulubione czasopismo i weź się do roboty, zanim Hermiona dobierze Ci się do skóry.
Mam nadzieję, że wkrótce się zobaczymy i będę mógł w końcu odwiedzić sklep Freda i George’a.  Przyjemnego opisywania „Przemian animagicznych na przełomie XV i XVI wieku w Europie” (minimum 1000 słów).
Twój przyjaciel
Harry

Może być. Nic interesującego, ale przynajmniej wkurzy Rona wzmianką o wypracowaniu. Przyjaciel nienawidził odrabiania pracy letniej i w sumie mu się nie dziwił. Sam robił to tylko dlatego, że była to jedyna magiczna rzecz, którą mógł w ogóle robić. To nie tak, że nie przepadał za mugolskim światem, ale był czarodziejem i po prostu lepiej czuł się wśród swoich. Chociaż ostatnio odkrył przyjemne rozrywki normalnego świata. W ciągu ostatnich dwóch tygodni kilkakrotnie był w barze i widział wiele interesujących scen — bójki, gra wstępna, zakłady, pijackie śpiewy. Na razie był biernym obserwatorem, tylko dwa razy wypił po jednym piwie. Zwykle spędzał czas na rozmowie z barmanką, Carmen, która miała nie więcej niż dwadzieścia lat. Początkowo zawstydzony i lekko zdezorientowany, jak właściwie trafił do takiego miejsca, pod czujnym wzrokiem dziewczyny zaczął przełamywać pierwsze lody. Choć nie spotykał prawie nikogo w swoim wieku, wcale mu to nie przeszkadzało. Nowa znajoma była zabawna, wredna i prowokująca. Szybko wprowadziła go w nieznany świat, który coraz bardziej mu odpowiadał.
Każdą wyprawę musiał planować, miał przecież swój cień. Jego straż zwykle dobrze pełniła swoje obowiązki i wtedy grzecznie siedział w domu lub chodził utartą drogą do sklepu. Gdy wartę przejmował Fletcher, zaczynała się zabawa. Pijany mężczyzna nie przywiązywał większej uwagi do jego zachowania, więc bez problemu wychodził, gdzie chciał. Ostatnio nawet odważył się wyjść w czasie warty kogoś innego i był z tego powodu bardzo dumny. To całe gadanie, że naraża się wtedy na olbrzymie niebezpieczeństwo, miał głęboko w dupie. Gdyby Voldemort chciał go zaatakować, zrobiłby to bez problemu, nawet mając za towarzystwo straż Harry’ego. Ataku Śmierciożercy też się nie obawiał, raczej wątpił, by ten szukał go w mugolskim barze.
Popatrzył na zegarek. Dwadzieścia po piątej. Poczeka jeszcze kilkanaście minut. Najpierw obierze kierunek na ulubiony park, potem skręci do baru. Lubił noce, a te spędzane w otoczeniu drzew zaliczał do najbardziej udanych. Nawet malutki zastrzyk adrenaliny, jaki dostarczała wędrówka nieoświetlonymi uliczkami, był dla niego radością. Teraz włożył list do koperty, zaadresował ją jak należy i położył obok Hedwigi. Wyśle go, jak tylko wróci z wycieczki. Przeciągnął się i rzucił się na łóżko. Krótka drzemka jeszcze nikomu nie zaszkodziła, a biorąc pod uwagę, że nie prześpi połowy nocy, była idealnym pomysłem. Ostatnią myślą, zanim zapadł w głęboki sen, była prośba,  by coś w końcu zmieniło tę pieprzoną rutynę.

***

Robiła wszystko. Piła po piętnaście kufli piwa. Poszła na randkę z najgorszym chujem na ziemi. Zrobiła tatuaż przedstawiający nietoperza w pantofelkach. Rozwaliła Bombardą ścianę gabinetu Briana, zbijając przy tym jego ulubioną flaszkę wiekowego alkoholu. Kiedy sądziła, że pewną granicę przekroczyła, miała zrobić to. A ten dzień miał być taki idealny. Wybiła zęba Peterowi, wygrała rundę z Alexem, wykąpała się w jeziorze z Alison i było świetnie, aż do momentu, gdzie Brian zawołał ją do gabinetu. Merlinie, Stowarzyszenie liczy ponad pięćset osób. Doświadczonych lub mniej, z których jakieś czterysta dziewięćdziesiąt nie ma żadnych powiązań z zainteresowanym. Ale to właśnie ona miała odwiedzić Pottera i przekazać mu tę jakże wspaniałą wiadomość. No kurwa świetnie. Już brakowało jej argumentów, dlaczego miałaby to zrobić. Kilka godzin pośród kłujących badyli też nie wpłynęły korzystnie na jej podejście. Była jeszcze bardziej wkurzona niż na początku. Zdecydowanie będzie to jeden z gorszych dni. Siedziała tutaj już od dwóch godzin, wiedziała, że ten pijak nie zareagowałby nawet na przybycie pieprzonego Riddle, a Potter jest w domu, więc teoretycznie mogła bez problemu dostać się do jego pokoju. No właśnie, teoretycznie. W praktyce prędzej powiesi się na płocie, niż teraz tam pójdzie.
Zastanawiała się, jak to wszystko będzie wyglądać. Z obszernych artykułów szui Rity Skeeter poznała go jako wybuchowego, lekko psychicznego, a zarazem przerażonego chłopaka, ze skłonnościami do podejmowania nagłych decyzji. Dość ciekawy opis, ale z nie z takimi osobami miała do czynienia. Tak, gdyby miała bazować tylko na tej relacji, cała ta „mission impossible” byłaby łatwa. Ale wszystko zmieniało to, że Pottera znała osobiście. Pal licho to, że był wtedy zakompleksionym, małym i chudym jak szczapa dziesięciolatkiem. Znała go, a on ją. Mogłoby być to wzruszające do łez spotkanie po latach, gdyby nie ulotniła się bez słowa pięć lat temu i nie uchodziła w przekonaniu Pottera za mugola. Wymachując magicznym patykiem doprowadzi go do zawału. Co nie znaczy, że nie zamierza wywijać mu różdżką przed nosem. Tylko może troszkę później. Jak już przejdzie od fazy „Co ty tu kurwa robisz?” do „Po jaką cholerę przyszłaś?” Tak, jeśli przeżyje do tego momentu.
Nie mogła już dłużej zwlekać. Dostała limit czasu i właśnie zaczęła go przekraczać. Zaczęło się ściemniać. Światła w dolnych oknach nadal były widoczne, co oznaczało, że Dursleyowie oglądają wieczorne wiadomości. Przez chwilę kusiło ją, by zapukać do głównych drzwi i wejść po ludzku, ale szybko sobie odpuściła. Po pierwsze nie zniesie widoku Vernona i Petunii, po drugie i tak jej nie wpuszczą. Chyba że pogroziłaby im różdżką. Jednak Brian najwidoczniej znał swoją chrześniaczkę i szybko zastrzegł, że nie ma używać magii. Na szczęście zostawił jej różdżkę. Odetchnęła głęboko, odgarnęła kosmyk włosów z czoła i szybko wstała. Po tak długim siedzeniu w przykurczonej pozycji bolały ją całe plecy. Otrzepała spodnie i przeszła przez ulicę, nie rozglądając się na boki. Jej glany mocno stąpały po ziemi, wybijając uspokajający, znany rytm. Początkowo skierowała się w stronę furtki, ale w połowie drogi zmieniła zdanie i przeszła przez niski płot w mniej wystawionym na widok miejscu. Upatrzyła już wcześniej grubszą rynnę i teraz zmierzała w jej stronę. Nucąc pod nosem Highway to Hell postawiła nogę na wiadrze stojącym obok rynny, którą objęła rękoma. Odskoczyła od ziemi i całym ciałem przyległa do metalowej powierzchni. Dyskretnie zerknęła przez ramię, wpatrując się w okno sąsiedniego domu. O ile pamiętała, mieszkał tam pan Hookins, najbardziej wścibski sąsiad świata. Dzięki Merlinowi nie zobaczyła poruszających się firanek. Wyćwiczonym ruchem zaczęła wspinać się coraz wyżej. Właśnie doszła do refrenu, gdy znalazła się na samej górze. Na wyciągnięcie ręki miała parapet i okno pokoju Pottera. Zamarła w bezruchu, nie wiedząc co teraz.
Ostatni raz dopadły ją wątpliwości. Już nie była wkurzona, była cholernie zdenerwowana. Mogła sobie wmawiać, że gówno ją to wszystko obchodzi, ale tak nie było. Brian wcale nie był taki głupi. Kate w życiu nie zdecydowałaby się na taki krok i pewnie przez następne dziesięć lat unikałaby tematu, a tak musi zmierzyć się z tym, co zostawiła bez rozwiązania kilka lat temu. Popatrzyła przez okno. Zobaczyła pokój, który wcześniej pamiętała jako graciarnię Dudleya. Zauważyła porozrzucane książki, pergaminy i ubrudzoną sowią klatkę. Zdecydowanie pokój należał do Harry’ego. Jak widać nadal był bałaganiarzem. Nie, żeby ona nim nie była. No i nie mogła przeoczyć samego chłopaka. Leżał na łóżku i miał zamknięte oczy, więc domyśliła się, że zasnął. Nie miała czasu dłużej mu się przyglądać. Zanim zapukała, zdążyła jeszcze pomyśleć, że pobudka ze snu będzie dość brutalna. Miała jedynie cichutką nadzieję, że Potter zachowa się w miarę normalnie. Jak na niego.
Uniosła pięść i opuściła ją prosto na szybę. Będzie, co ma być. Więc dlaczego czuje się tak, jakby zaraz miała zmierzyć się z Voldemortem? Chociaż zdecydowanie wolałaby to drugie.