12.08.2017

Rozdział 1

I was younger then, take me back to when I 
Found my heart and broke it here, made friends and lost them through the years
And I’ve not seen the roaring fields in so long, I know, I’ve grown 
but I can’t wait to go home 

Jeśli mnie pamiętasz, nie zabijaj mnie


Po raz pierwszy od tygodni nie śniło mu się nic związanego z magią. Żadnego Hogwartu, umierających przyjaciół, martwej twarzy Cedrica i śmiejącego się Voldemorta, który zadaje ból Syriuszowi. Nie mógł się nie cieszyć, nawet dla niego krótka przerwa od wszelkich zmartwień była konieczna. Dlatego miły sen o tym, jak staje się gwiazdą rocka i daje koncert na arenie wydawał się spełnieniem marzeń. Tłumy skandowały jego imię, blask fleszy go oślepiał, a ktoś pukał do drzwi z dużą siłą... Chwila, co? Ten jeden niepasujący element sprawił, że otworzył oczy. Wszystko zniknęło, oprócz tego jednego natarczywego odgłosu. Najpierw spojrzał odruchowo na drzwi, ale to nie w nie ktoś uderzał. Obrócił głowę o sto osiemdziesiąt stopni i zamarł. Na tle coraz ciemniejszego nieba wyróżniały się dwa świecące punkty wpatrujące się w niego. Oczy. Człowieka. Na pierwszym piętrze.
Zerwał się na równe nogi, jednocześnie modląc się, żeby nie zaniepokoiło to Dursleyów.  A nieznana postać nadal się w niego wpatrywała. Teraz gdy jego wzrok się przyzwyczaił do mroku, zaczął dostrzegać również zarys całej postaci i jasne, długie włosy. Czyli miał do czynienia z kobietą, która musiała wspiąć się po rurze, by dostać się do okna. Chyba, że potrafiła latać. Po pięciu latach nauki w szkole dla czarodziejów, nie zdziwiłby się, gdyby miała pieprzone skrzydła. Nie zjawiłaby się jednak u niego, gdyby czegoś od niego nie chciała.
Podszedł bliżej i ignorując krzyczący na niego wewnętrzny głosik rozumu, chwycił za klamkę. Cóż, takie decyzje nie były dla niego nowością i rozsądny Harry mógł się schować gdzieś w środku. Raczej rzadko dochodził do głosu. Teraz inicjatywę przejmował nieodpowiedzialny Harry. Zimny podmuch powietrza lekko go otrzeźwił, ale nie mógł już zmienić zdania. Nieznajoma postać szybko wsunęła się do środka, zostawiając błotnisty ślad na parapecie. Zanim dokładnie przyjrzał się dziewczynie  zdążył jeszcze zarejestrować, że nosiła długie, lakierowane glany. Dlaczego to wyglądało tak znajomo?
Była wysoka i szczupła, ale nie na tyle, by uznać ją za chudą lub wątłą. Miała wysportowane ciało, a dopasowana czarna, skórzana kurtka tylko to podkreślała. Jednak największą uwagę przykuwała sama twarz. Najpierw spojrzał na małe znamię nad lewą brwią. Potem na opadający na czoło kosmyk włosów. Na końcu utkwił spojrzenie w jej szarych oczach z charakterystycznym błyskiem. W głowie włączył mu się guzik, który najwidoczniej odpowiadał za jego pamięć fotograficzną. Odsłonił obraz tych samych oczu w podobnej, ale nieco młodszej oprawie. Poczuł ukłucie w sercu, gdy uświadomił sobie, kto przed nim stoi.
— To nie możesz być ty.
To się nie działo. Po prostu nie. Kate Invicto była dla niego dziesięciolatką, która bez słowa zerwała z nim kontakt. Dawnym wspomnieniem. Przeszłością, która nie powinna teraz stać tuż przed nim, do cholery!
— A kim jestem? — Spodziewał się usłyszeć znany wysoki ton głosu, lekko podszyty ironią. Zdziwił się, kiedy zamiast niego zarejestrował o wiele niższy. Dobra, skoro mówiła to nie mogła być jego urojeniem, albo czymś innym; duchem, marą senną, czy innym tego typu dziwadłem.  Teraz trzeba było odpowiedzieć. Zastanawiał się tylko co.
— Kim jestem? — powtórzyła pytanie trochę ciszej.
Dziewczyną z huśtawki. Fanką tego samego zespołu, co ja. Przyjacielem. Zdrajcą. Posiadaczką najpiękniejszych oczu jakie kiedykolwiek widział.
— Kate — powiedział cicho, a wraz z wypowiedzeniem jej imienia prawda uderzyła go ze zdwojoną siłą. To naprawdę była ona. Chwilę mu zajęło przyswojenie tej informacji, a zaraz po niej pojawiła się w głowie kolejna myśl. — Co ty tu robisz?
Czyżby odetchnęła z ulgą? Jakby spodziewała się gorszej reakcji. Nie mógł oderwać od niej oczu. Mimo  upływu tylu lat, nadal dostrzegał w niej małą dziewczynkę. Chociaż wiele się w niej zmieniło, wyrosła na piękną kobietę.
— Wersja mniej drastyczna, czy od razu wszystko ci powiedzieć? — Zaskoczyła go tym pytaniem. Nadal mówiła przyciszonym głosem, więc najwidoczniej zdawała sobie sprawę z obecności Dursleyów w domu. Korciło go, by od razu dowiedzieć się wszystkiego, ale coś mu mówiło, że to nie jest odpowiednie miejsce do rozmowy.
— Zachowaj najbardziej pikantne szczegóły na później — odpowiedział, nawet nie próbując kryć złości.
— Przyszłam, bo potrzebuję twojej pomocy, to po pierwsze, a po drugie, ostatnio odwiedzam stare śmieci i tak jakoś wpadłam na ciebie. Od razu mówię, że możesz odmówić i po prostu stąd wyjdę, a ty wrócisz do swojego spokojnego, nudnego życia. — Czy jemu się wydawało, czy ostatnie zdanie powiedziała z wyraźnym sarkazmem? Nie miała prawa wiedzieć, jak wygląda jego codzienne życie. Nie mogła jednak trafić celniej. Zasiała już w nim ziarno ciekawości i teraz w życiu nie odpuści.
— Okay, więc w czym potrzebujesz pomocy?
— Szczegóły na dworze — odparła tylko i podeszła do okna. — Jak będziesz gotowy, to wiesz, gdzie mnie szukać.
Po czym po prostu wyskoczyła. No może nie dosłownie, bo spuściła się po rynnie, ale i tak z trudem to zarejestrował. Wszystko wydawało się takie nierealne — ta rozmowa, sama dziewczyna, jego zgoda. Jeszcze przed chwilą spodziewał się kolejnego nudnego wieczoru i nagle dawna znajoma wyskakuje z propozycją — nawet nie wiedział, czego ona dotyczyła. Jednak Harry nie zastanawiał się długo. Ostatnie dwa tygodnie pozbawiały go chęci do życia i przecież sam błagał o jakieś wydarzenie, dzięki któremu pozbędzie się monotonii. Sama perspektywa opuszczenia wujostwa jeszcze bardziej zachęcała.
Nie wiedział, ile czasu zajmie mu ta cała „sprawa”, ale postanowił na wszelki wypadek wysłać list. Najwyżej Kate, widząc sowę wylatującą z jego pokoju, uzna go za niepoczytalnego. Chociaż będąc w pokoju nie zwracała na nią uwagi. Podszedł do Hedwigi, a ta znając go na wylot, posłusznie wystawiła nóżkę. Delikatnie przymocował list i pogłaskał śnieżnobiałą przyjaciółkę po głowie.
— Wiesz, gdzie lecieć. — Mrugnęła tylko na potwierdzenie i rozpostarła skrzydła. Obserwował jak powoli zamienia się w niewyraźny punkt na tle zachodzącego słońca. Nawet natura sprzyjała dziś tajnym misjom, dawno już nie było tak szybko zachodu słońca.
Zanim wyskoczył przez okno, dołączając do blondynki, zgarnął w pośpiechu różdżkę, parę drobniaków i  wcisnął za pas ciasno zwiniętą Pelerynę Niewidkę. Ogarnął ostatnim spojrzeniem swój pokój i bez żadnych wyrzutów sumienia wspiął się na parapet. Zejście na dół nie sprawiło mu większych trudności, nie robił tego po raz pierwszy. Wylądował na ugiętych nogach i wytarł ręce w spodnie. Kate opierała się o ścianę domu i zauważył w jej ustach papierosa.
— Palisz? — zdziwił się, choć z drugiej strony nie było czym. Nigdy nie należała do grzecznych dziewczynek.
— Trochę ci zeszło — odparła swobodnie, wypuściła papierosa i zdusiła niedopałek glanem. — Gdzie teraz?
— Znam pewne miejsce, gdzie możemy pogadać bez ograniczeń. Możesz zacząć wyjaśniać już po drodze.
Przeskoczył przez niski płot, a potem niespokojnie rozejrzał się po ulicy. Spodziewał się, kto ma dzisiaj dyżur, ale nie zaszkodzi trochę ostrożności. Jakoś nie bardzo pasowało mu spowiadanie się przed jednym ze Zakonu. Usłyszał za sobą prychnięcie.
— Serio, Potter? Sprawdzałam, Fletcher ma dziś wartę.
Zatkało go. Obrócił się natychmiast i dopiero teraz dostrzegł szczegół, który był przecież tak ważny. Z kieszeni spodni wystawał koniec drewnianego patyka, który wyglądał znajomo. Różdżka. Wniosek: O kurwa.
— Jesteś... — wyjąkał i machinalnie sięgnął ręką do własnej kieszeni. Invicto obserwowała go ze spokojem.
— Tak, czarownicą. Szokujące — mruknęła tylko i wywróciła oczami. — Słuchaj, wszystko... — urwała na widok wycelowanej w jej stronę różdżki. Uniosła jedną brew. — Okay?
— Po co przyszłaś? — zapytał, nie spuszczając z niej wzroku.
— Masz sąsiadów na tej ulicy, więc radziłabym...
— W dupie mam, co sobie pomyślą — przerwał jej gwałtownie, a ręka dzierżąca różdżkę zadrżała. — Gadaj, już!
— Nie celuj we mnie, bo zaraz może się to dla ciebie źle skończyć. Co ty sobie wyobrażasz, myślisz, że jestem... — zamilkła na chwilę, a potem jej brew uniosła się jeszcze wyżej. — Czy ty myślisz, że jestem Śmierciożercą?
Nie odpowiedział, co uznała za potwierdzenie.
— Och, super — rzuciła kpiąco i odetchnęła głęboko. — Gdybym była Śmierciożercą, nie cackałabym się z tobą w ten sposób, ale proszę, sam zobacz. — Podciągnęła rękaw kurtki, by mógł zobaczyć gładkie ramię bez śladu Mrocznego Znaku. — Widzisz? Ja to ta dobra.
— Kim ty jesteś do cholery?! — Zdenerwował się Potter.
— Na Salazara, nie tutaj — syknęła dziewczyna i zanim zdążył się zorientować pociągnęła go za ramię. Zdziwiła go siła, z jaką to zrobiła. Oddalili się na znaczną odległość od Privet Drive 4. — Proszę bardzo, teraz krzycz.
Coś w nim pękło. Stres, podekscytowanie i narastająca złość spowodowały jego wybuch. Wszystkie nagromadzone do tej pory pytania wypłynęły z jego ust z prędkością karabinu maszynowego.
— Jesteś czarownicą? Po co przyszłaś i czego ode mnie chcesz?! Dlaczego zjawiasz się po tylu latach i po prostu uważasz, że mam ci pomóc?! Właściwie to w czym, co? — Nie panował nad swoim głosem i coraz głośniej mówił. Był wzburzony i nie wiedział, co pierwsze ma jej wyrzucić.
— Powtarzam się, jestem czarodziejem i uwierz mi, nie przyszłabym tutaj, gdybym nie musiała.
Trochę go to zabolało. Liczył na zupełnie inną odpowiedź. Może stęskniła się za nim, chciała wyjawić mu prawdę, szczerze porozmawiać? Tymczasem rzeczywistość okazała się zupełnie inna. Zdał sobie sprawę, że nieźle go podeszła. Najpierw zasłoniła się gadką, że postanowiła go odwiedzić ot tak sobie, a teraz nawet nie ukrywa, że nie jest z tego powodu zadowolona. Jak miał się czuć? Mimo wszystko była jego przyjaciółką, mieli wspólną przeszłość i masę wspomnień. Przecież nie rozstali się w gniewie, właściwie w ogóle się nie pożegnali, dlaczego więc Kate reaguje na niego tak, jakby zrobił jej olbrzymie świństwo?
— Wcześniej mówiłaś coś innego — przypomniał jej, wahając się między gniewem a rozczarowaniem. — Co jest takiego ważnego, że musisz skorzystać z mojej pomocy?
— W skrócie, ktoś chce z tobą porozmawiać i coś zaproponować — odpowiedziała, a widząc jego wyraz twarzy dodała — Zapewniam cię, ta osoba nie ma nic wspólnego z Voldemortem.
Zauważył w jaki sposób wypowiedziała imię jego wroga. Słyszał tę nazwę z wielu ust, ale niemal zawsze powodowało drżenie głosu. Kate rzuciła to lekkim głosem, a nawet dosłyszał w nim nutę lekceważenia. Dziewczyna albo nie mieszkała w Anglii i nie zdawała sobie sprawy z jego potęgi, albo była po prostu urodzoną ignorantką. Łatwiej było uwierzyć w drugą opcję.
— Wiedziałaś od początku, że jesteś czarodziejem? — zadał w końcu pytanie, na które najbardziej bał się usłyszeć odpowiedź.
Nie zatrzymywali się, więc zdążyli już dojść do jego ulubionego parku. O tej porze nadal kręciło się tu parę osób, ale nie zwracali na to uwagi. Mieszkańcy tej dzielnicy nie słynęli z większego zainteresowania drugim człowiekiem.  Teraz Kate stanęła i popatrzyła mu prosto w oczy.
— Tak, od samego początku.
Zabolało i to bardzo. Próbował ukryć ból na twarzy, ale w środku wszystko się buntowało. Kiedy trafił do Hogwartu, spotykał się cały czas z kłamstwami, oszczerstwami i kolejnymi zaskakującymi faktami, o których wcześniej nie miał pojęcia. Dursleyowie ukryli przed nim najważniejszą informację, ale mimo wszystko okres przed wyjazdem uznawał za najbardziej wiarygodny. Oddzielał w swoim życiu dwa etapy: mugolskie i czarodziejskie, ale zawsze zaliczał przyjaźń z Kate do pierwszego. A teraz? Wszystko mu się mieszało, świat, którego był tak pewien okazał się udawanym, ale najbardziej bolała go świadomość, że ich przyjaźń nigdy nie była całkowicie szczera.
— Wiedziałaś kim jestem od samego początku. — Niemal wypluł to z siebie. — A jednak udawałaś moją przyjaciółkę i zachowywałaś się po mugolsku. Udawałaś normalną, podczas gdy ja z przerażeniem i ekscytacją opowiadałem ci, jak przytrafiają mi się różne dziwne rzeczy. Dlaczego, powiedz mi, dlaczego nie powiedziałaś mi prawdy?
— A niby jak miałam ci to powiedzieć? Kiedy? Jak się poznaliśmy miałam podać ci rękę i z wielkim uśmiechem powiedzieć: Cześć, jestem Kate Invicto, ty to Harry Potter, znam twoją historię i jestem pod wrażeniem że udało ci się przeżyć, bo wiesz, jesteś czarodziejem, zaprzyjaźnijmy się? Harry, ja po prostu nie mogłam tego zrobić. Wujostwo nigdy mi na to nie pozwoliło. Uważali, że to nie ja powinnam wyznać ci prawdę, a twoja rodzina albo Dumbledore.
— Co nie znaczy, że postąpiłaś całkowicie fair! Miałaś niezły tupet, udawać przez cały czas, że nie wiesz, o co chodzi.
— Od dziecka uczono mnie, że warto nauczyć się kłamać — odpowiedziała krótko.
Na chwilę zapadła cisza. Harry przypomniał sobie wuja i ciotkę Kate. Amelia i Lucas, oboje zawsze trochę naburmuszeni, a zarazem chętni do pomocy. Zapamiętał mężczyznę jako stanowczego z dużym bagażem doświadczenia, a kobietę jako ciepłą i jednocześnie twardą. Kolejna szpilka wbiła mu się w serce, gdy uświadomił sobie, że oni również go okłamywali.
— Kim tak naprawdę jesteś, Kate? — spytał, ale nie oczekiwał odpowiedzi. Dlatego zdziwił się, kiedy zaczęła mówić.
— Może zataiłam prawdę w wielu sprawach, byłam kłamcą i manipulantką, ale jednego możesz być pewien — zawsze się przyjaźniliśmy i nic tego nie zmieni. To jedyna rzecz jakiej mogę być pewna w swoim życiu. — Odetchnęła głębiej i kontynuowała. — Pochodzę z rodu czystej krwi...
— Czystej krwi? — przerwał jej szybko Harry. — Nie słyszałem, żeby ktokolwiek wspominał nazwisko Invicto jako jedno z rodowych.
— Wiesz, Potter, zadziwia mnie, że cokolwiek wiesz — zakpiła, na chwilę używając swojego typowego tonu głosu. Szybko jednak wróciła do tematu. — Bo nie wychodziłeś poza Wielką Brytanię. Invictowie to ród z Ameryki. Jeden ze starszych, ale mniejszych. Mój ojciec był jedynym synem pochodzącym jeszcze z tej najważniejszej gałęzi. Teraz zostałam tylko ja, a na razie nie widzę dla mnie jasnej przyszłości. Nie w głowie mi teraz przedłużanie linii rodowej, a kto wie, co przyniesie jutro.
Zaskoczyła go. Miał świadomość, że na świecie są inni czarodzieje, ale czystość krwi zawsze utożsamiał z Anglią. Kate pochodziła ze szlachetnego rodu. Korciło go, żeby zapytać jaki ma stosunek do mieszańców, ale póki co postanowił odłożyć to na później.
— Skoro Stany, to czemu jesteś w Anglii? Nigdy też nie słyszałem u ciebie amerykańskiego akcentu.
— Ponieważ w Ameryce byłam tylko trzykrotnie i to w ramach odwiedzin. Urodziłam się i wychowałam tutaj. Tam każdy czarodziej chce dostać się do Ilvermorny, które ma dość wysoki poziom i było dość surowe pod względem czystości krwi. Mój ojciec... no cóż, nie dostał się. Nie mam pojęcia dlaczego, mama też zawsze milczała na ten temat. Jak możesz sobie wyobrazić, dla takiego szlachetnego rodu był to wielki wstyd. Nie istniała dla nich inna alternatywna szkoła w Ameryce, więc z bólem wybrali Hogwart. Mój ojciec nie był jedynym obcokrajowcem w Hogwarcie, ale zdecydowanie pierwszym od dłuższego czasu. Na początku dość sceptycznie odnosił się do całej polityki kraju, ale w końcu się zakochał w czarodziejskiej społeczności Hogwartu i w samym budynku..
Harry uśmiechnął się w duchu. Wcale nie dziwił się ojcu Kate. Sam pokochał tę szkołę od pierwszego wejrzenia i stała się dla niego wszystkim. Zaciekawiła go informacja o cudzoziemcach w szkole. Hermiona nigdy o tym nie wspominała, a on raczej nie sięgał do książek, w których mógłby znaleźć taką informację. 
— Stracił głowę nie tylko dla kraju i Hogwartu — uśmiechnęła się lekko, ale wiedział, że to nie uśmiech do niego. — Elizbateh Burke, również czarodziejka czystej krwi, jedyna ze swojego rodu, która trafiła do Ravenclavu zawróciła mu w głowie. Chociaż o ile wiem, nie była to łatwa miłość. Mimo że oboje mieli „nieskażoną krew”, pochodzili z różnych krajów i to było powodem wielu kłótni. W końcu pobrali się, ale skutkowało to wydziedziczeniem z obu rodów.
— Dlaczego aż takie wielkie znaczenie miało dla nich pochodzenie drugiej osoby, skoro i tak oboje pochodzili ze szlachetnych rodzin?  — zdziwił się Harry. Nie potrafił tego pojąć, czasami czysto krwiste rody miały dziwne problemy.
— A jakie miała stosunki Anglia z Ameryką przez tyle lat? — odpowiedziała mu pytaniem. —Czarodzieje nie przepadali za obcokrajowcami tak samo, jak mugole. Nieufność, konflikty i potyczki słowne towarzyszyły im od lat.  Było tak mało małżeństw między Anglikami i Amerykanami, że można je policzyć na palcach jednej ręki. Teraz jest trochę lepiej, ale nadal niechęć pozostała.
Nie pierwszy raz dzisiaj poczuł się zawstydzony swoim brakiem wiedzy. Dla niego najważniejszy był Hogwart, Voldemort, a o magii w innych krajach wiedział bardzo mało. Zachowywał się tak, jakby nigdy nie miał opuścić Anglii, a przecież tego nie mógł być pewien.
— Wystarczy ci na razie mojej historii? Wiesz, dalej nie ma jakichś wybuchów, odbitych morderczych zaklęć i wielkiej odwagi — rzuciła dziewczyna, wyciągając go z rozmyślań.
Przyjrzał jej się uważnie. Mimo tylu lat rozłąki potrafił dostrzec zmianę na jej twarzy. Maskowała ją i wyszłoby jej to bardzo dobrze, gdyby jej nie znał tak dobrze. Z jednej strony na pewno opowiadanie mu swojej historii nie należało do najciekawszych rzeczy, ale wiedział, że chodzi o coś jeszcze. Chyba nie chciała czegoś sobie przypominać. Może jeszcze rok temu nalegałby, ale teraz, gdy sam zrozumiał jak irytujące i bolesne mogą być rozmowy o swojej przeszłości, zmienił zdanie. Skinął więc tylko głową i zauważył jak w oczach dawnej przyjaciółki pojawia się ulga, szybko zastąpiona spokojem. Nic na to nie powiedział, ale w głębi duszy ucieszył się, że dobrze odczytał znaki.
— Czy teraz możemy iść porozmawiać z pewną osobą? — zapytała w końcu.
Już chciał odpowiedzieć, że owszem, idą, gdy coś go zatrzymało.
— Nie — wypalił nagle, a dziewczyna uniosła brwi. — To znaczy... tak, ale...
— Do rzeczy — ponagliła go z wyczuwalnym rozbawieniem.
— Możemy gdzieś jeszcze wstąpić?
Zaskoczył ją trochę, ale nie dała się zbić z tropu.
— Mamy nieograniczony czas do północy, więc czemu nie? — wzruszyła ramionami, ale była zaciekawiona, gdzie też mogą pójść.
Podniósł się z ławki, a ona poszła w jego ślady.
Nawet nie zauważyli, kiedy zrobiło się chłodniej. Potter ruszył szybkim krokiem, ale na szczęście nie musiała biec, by go dogonić. Oboje się nie odzywali. Każde osobno analizowało przebieg „ławkowej dyskusji”. Harry nie wiedział, na czym powinien się skupić. Na powrocie Kate, tajemniczej osobie, która chce z nim porozmawiać, historii pochodzenia dziewczyny, czy może na tym, że znowu tak szybko komuś zaufał. W końcu skupił swoje myśli na tajemniczym rozmówcy. Kim mógł być? Podejrzewał, że czarownica go zna, bo o ile on znał ją, nie pracowałaby dla nieznajomego. Lubiła wiedzieć wszystko i dopiero wtedy opracować jakiś plan, ale to nadal nie naprowadziło go na żaden trop. Był Brytyjczykiem, a może Amerykaninem? Jaki miał cel? To wszystko było takie dziwne.
Mimo natłoku myśli, szybko zorientował się, że są na miejscu. Przywitał ich wysłużony neon, z kilkoma przepalonymi lampkami i dobiegająca z wnętrza muzyka. Nawet nie zauważył, jak na jego usta wpłynął uśmiech – szybko polubił to miejsce. Nie mógł nie usłyszeć chrząknięcia z tyłu.
— Co? — spytał dość niegrzecznie, jakby zachęcony bliskim towarzystwem klubu.
— Plac zabaw jest w drugą stronę, Potter, nie pomyliłeś się? — spytała ironicznie, najwidoczniej w ten sposób chcąc ukryć swoje zaskoczenie. Prychnął tylko.
— Nie, nie pomyliłem się. Wchodzisz? — rzucił jej wyzwanie. Kącik jej ust zadrżał.
— Lepiej uważaj, do kogo mówisz — poradziła mu, wymijając go szybko i pewnie otwierając drzwi. — Coś czuję, że szybko nie wyjdziemy — mruknęła już tylko do siebie.

***

Gdyby ktoś parę godzin temu powiedział jej, że wieczorem wyląduje w mugolskim klubie przy barze z Potterem, wybuchłaby śmiechem. A o to jest, a obok niej siedzi już lekko wstawiony Harry, swobodnie rozmawiający z ponętną blondynką. Wiedziała, że jej świat i ona sama bardzo się zmieniły w ciągu ostatnich lat. Dopiero teraz uświadomiła sobie, że to mogło działać w dwie strony.
Klub był urządzony dość dobrze, na pewno nie należał do czołówki, ale nadawał się. Muzyka, która leciała z głośników jej odpowiadała, a to już był wyczyn, piwo było dobre i póki co żaden obleśny koleś się do niej nie dowalał. Nie, żeby to miał być problem, ale naprawdę chciała dzisiejszy wieczór przeżyć bez obijania mord niepohamowanym gówniarzom albo niewyżytym alkoholikom. Tym bardziej, że miała coś o wiele ciekawszego do obserwacji.
Harry nie wyglądał nieswojo w tym klubie i towarzystwie. Owszem, nie pił mocnych trunków, ale sam fakt, że sięgnął po mugolskie piwo... Kate nie mogła w to uwierzyć. Zmierzyła jego sylwetkę. Wyrósł i teraz nie był już kościstym jedenastolatkiem. Nadal miał w sobie sporo z nastolatka, ale zapowiadał się na przystojnego mężczyznę. No i sama otoczka Chłopca, który przeżył również przyciągała uwagę.
Potter zaśmiał się głośno i upił łyk piwa. Uniosła brwi jeszcze wyżej.
Tak, od zawsze wiedziała, że alkohol robi swoje, ale teraz miała wrażenie, że chłopak ma rozdwojenie jaźni. Jeszcze dobrą godzinę temu widziała prawdziwego Złotego Chłopca, zresztą jak się spodziewała — zdezorientowanego, nadpobudliwego i takiego... potterowatego. A teraz? Nie jeden facet nie miał takiej charyzmy, gdy był pijany jak Harry. Zdecydowanie przestał się denerwować, przyjął luzacką pozę i wręcz olśniewał uśmiechem. Ale nie był świetnym kłamcą – w głębi jego oczu czaiło się niezdecydowanie i smutek. A to jeszcze bardziej przyciągało wszystkich do chłopaka. Chyba nie zdawał sobie sprawy, jak działa na ludzi. Czuła, że mógłby przekonać połowę tego klubu do niemalże wszystkiego.
Nie wiedziała, co ma o tym sądzić. Gdzieś w środku czaiło się rozczarowanie, że nie ma przed sobą dawnego Harry’ego, a z drugiej strony była cholernie ciekawa tego chłopaka. Rzadko jej się to zdarzało. Nigdy nie miała problemów z rozszyfrowaniem ludzi, uczyła się tego od zawsze, ale nie robiła tego chętnie. Z jakiegoś dziwnego powodu przerażała wszystkich dookoła. Alison kiedyś świetnie ją podsumowała:
— Jesteś szczera, kiedy powinnaś kłamać, a kłamiesz wtedy, gdy powinnaś mówić prawdę. Do tego masz pogardę do ludzi wypisaną na twarzy — powiedziała to po jednej z wielu kłótni Kate z jakimś uczniem.
Westchnęła cicho i sięgnęła po własne piwo. Nie zamieniła prawie ani jednego słowa z Harrym i na razie się na to nie zamierzało. Mimo wszystko czasem rzucał jej ukradkowe spojrzenia, jakby próbował wybadać, co myśli. Prychnęła w myśli. Próbuj, Potter. Rozejrzała się ponownie po sali i nie mogła czegoś nie zauważyć.
Jakiś mężczyzna, na oko dwudziestolatek patrzył prosto na nich. Nawet się za bardzo z tym nie krył. Kurwa. To nie wróżyło niczego dobrego. Zerknęła na Pottera, ale ten nadal rozmawiał z barmanką, która rzucała mu zdecydowanie zbyt poufałe spojrzenia. Czy naprawdę on jest tak głupi i nie widzi, że dziewczyna chce go zaciągnąć do łóżka? No cóż, nie miała zamiaru jej tego zakazywać, Salazarze broń, ale dzisiaj mieli dość napięty grafik. Na pewno nie było w nim czasu na krótkie romansowanie. Teraz miała na głowie inny problem.
— Skoczę do łazienki i musimy pomału się zbierać — szepnęła do ucha Harry’emu, a ten skinął głową. Z lekkim podirytowaniem zauważyła, że nawet się do niej nie odwrócił.
— Jasne — mruknął, wsłuchując się w tekst piosenki.  
Invicto wstała i skierowała się w stronę wyjścia. Jej towarzysz nie patrzył, więc nawet nie musiała tego ukrywać. Chłodne już powietrze podziałało na nią otrzeźwiająco. Nadal czuła na sobie wzrok typa z klubu, ale nie odwróciła się. Skierowała się powolnym krokiem w stronę jedynego widocznego ślepego zaułka. Przy klubach nie było to rzadkością, zwykle służyły za idealne miejsce do dobijania targu, wyrównywania porachunków i  mniej niebezpiecznych rzeczy. W nocnej ciszy usłyszała kroki. Dyskretnym ruchem włożyła rękę pod kurtkę i zacisnęła palce na uchwycie noża.
Zatrzymała się i również kroki za nią momentalnie ucichły. Przez chwilę oboje milczeli.
— Nie powinieneś tu przychodzić — powiedziała cicho. Jeden krok do przodu. Duży krok. — Naprawdę.
— Czyżby? — Ochrypły, ale spokojny głos. Mówiąc, zrobił kolejny krok do przodu. Dzieliły ich niecałe dwa metry. Wystarczająco.
Odwróciła się błyskawicznie, wyciągając podłużny nóż. Mężczyzna nie miał nic w rękach, ale to nic nie znaczyło. Ugiął obie nogi i zacisnął pięści. Za późno, kochany. Jednym dobrze wycelowanym kopniakiem powaliła mężczyznę na ziemię. Jęknął, ale zanim zdążyła przyłożyć mu nóż do gardła, przeturlał się i podniósł. Zaśmiał się gardłowo.
— Najpierw atakujemy, potem zadajemy pytania? Co to za taktyka?
— Dla mnie najlepsza, dla ciebie najgorsza. — Oboje zaatakowali w tym samym momencie. Zablokowała jego cios wymierzony w szczękę i szybko odparowała atak. Cały czas trzymała w jednej ręce nóż. Zauważyła, że lewe kolano miał za bardzo ugięte. Cóż za amatorski błąd. Uniknęła kolejnego ciosu i podcięła mu lewą nogę. Zanim upadł na ziemię, wykręciła jego prawą rękę, aż syknął. Jednocześnie przyłożyła mu nóż do gardła.  Zastygli bezruchu.
— A więc? — spytała. — Co mi masz do powiedzenia?
— Ładna ścinka — rzucił tylko, uśmiechając się lekko.
— Nazwisko — warknęła cicho.
— Kate? — Zamarła, słysząc znajomy głos. Nie zmieniła jednak pozycji. Podniosła głowę na krótko, żeby zobaczyć zszokowanego Pottera.
No cóż, przynajmniej jeszcze gościa nie zabiła. Z tego byłoby ciężej się wytłumaczyć.
— Co ty robisz? — zapytał z niedowierzaniem w oczach.
— A co ci to przypomina? — zapytała, przenosząc wzrok ponownie na mężczyznę, który wyglądał na lekko rozbawionego. Interesujące, biorąc pod uwagę, że miał nóż przyłożony do gardła. 
— Nazwisko — rzuciła jeszcze raz, tym razem spokojniej.
— Co tu się do cholery dzieje, Kate? — Oho, wyczuwała w jego głosie gniew, więc zaraz mogła się spodziewać wybuchu.
— Nie teraz — syknęła.
— Ależ mamy całą noc, Invicto — wyszczerzył się jej zakładnik, a to wystarczająco przykuło jej uwagę. Jej nazwisko.
— Patronus? — spytała tylko, a on skinął głową na tyle, na ile pozwalało mu ostrze.
— Barnes Frank. — Odetchnęła i schowała nóż. Mężczyzna wstał, otrzepał spodnie i przyjął swobodniejszą pozę. — Od razu lepiej.
— Czy może mi ktoś, do kurwy nędzy powiedzieć, o co chodzi? — Harry był już na skraju wytrzymałości.
Przez chwilę wszyscy stali w milczeniu. Dziewczyna wbiła wzrok w plecy mężczyzny. Ten lekko uniósł brew.
— Co? — spytał zdezorientowany.
— To ty węszyłeś, więc ty mu wytłumacz. Też chętnie posłucham — rzuciła, wbijając ostre spojrzenie w jego twarz.
Westchnął. Zawsze trafiał na uparte i kompletnie odbiegające od oklepanego stereotypu kobiety. Dlaczego?
— Brian mnie wysłał. Stwierdził, że możesz „zapomnieć” o narzuconym czasie i kazał mi czuwać nad twoją misją. To by było na tyle. Dotarłem tu za wami i skończyłem z nożem przyłożonym do gardła. Nie powiem, miło.
— Trzeba było się nie skradać i nie zachowywać w tak beznadziejnie szpiegowski sposób — prychnęła Kate, a potem zmrużyła oczy. — Brian cię wysłał, powiadasz? Nie daruję mu tego — mruknęła ciszej.
— Nie wnikam w wasze osobiste sprawy, ja tylko wykonuję swoje obowiązki.— Wzruszył ramionami. — Mam was zabrać do Tectum, to tyle.
Dziewczyna nie odpowiedziała. Zauważyła jednak, że Harry nie wyglądał ani trochę na uspokojonego. Zdawało się, że za chwilę wybuchnie. To musiało być dla niego dezorientujące, ale niech się chłopak zachowa przyzwoicie. Nie lubiła, gdy ktoś zachowywał się jak całkowicie narwany. Miała nadzieję, że Potter się powstrzyma. Czasami lepiej trzymać emocje na wodzy. Widziała, jak zaciskał pięści i zęby, ale dzięki Merlinowi nie wybuchnął. Powstrzymała uśmiech zadowolenia.
— A więc, mamy się gdzieś teleportować? — zapytał, jakby specjalnie ignorując dziewczynę. Ktoś się nam obraził.
— Owszem, Potter, i to jak najszybciej. Jesteś gotowy?
Była ciekawa jego odpowiedzi. Chociaż cały czas był raczej na „tak”, teraz miała pewne wątpliwości, czy się zgodzi. Jeśli tego nie zrobi, będzie zawiedziona, to fakt. Otaczała się ludźmi nieobliczalnymi i uchodzącymi za samobójców, ze skłonnością do wybierania najniebezpieczniejszych opcji, a jeśli Potter zgodzi się pójść w nieznane, zalicza się do takiej grupy. A więc, Harry Poterze? Zanim odpowiedział, ich oczy spotkały sie na sekundę.    
— Tak.


_________________________________________________________________________________

Nastąpiły zmiany w wyglądzie bloga, ale to już chyba zdążyliście zauważyć. Rozdział betowała Noelia Cotto. Właściwie nie mam nic więcej do powiedzenia, więc może przywitam serdecznie Daniela Kinga, Mrocznego Księcia i Anonima :D