26.08.2017

Rozdział 2

Sometimes we have to choose between 
what is right and what is easy

Trzeba w końcu podjąć sensowną decyzję

Kiedy pod koniec czerwca uczniowie opuszczają mury Hogwartu i mniej lub bardziej szczęśliwi wracają do domów, zamek nie pozostaje pusty. Większość nauczycieli ma własne mieszkanie w szkole, więc nie widzą sensu go opuszczać. Dodatkowo szkody, które przez cały rok szkolny wyrządzą wychowankowie (czasem i profesorowie) ktoś musi naprawić. Ale mało kto wie, że Albus Dumbledore  spędza większość czasu zamknięty w swoim gabinecie. Niezwykłym gabinecie, który tak szczerze mało kto chciałby szybko opuścić. 
Można tu było znaleźć wszystko. Tomy tak stare, że niemal rozkładały się na półkach, delikatne instrumenty (choć pozostało ich mniej po napadzie szału pewnego ucznia), zaskakujące przyrządy, których zastosowanie znał tylko dyrektor. Największą uwagę przykuwał siedzący na żerdzi barwny, śpiewający radośnie feniks. Mimo takiego otoczenia, Albus skupił się tylko i wyłącznie na liście przed sobą. Trzymał go w rękach od kilkunastu minut i analizował każde zdanie po kilka razy.
Brak podpisu nadawcy go nie zdziwił, bo sama treść mówiła wystarczająco dużo. Wraz z pierwszym zdaniem przed oczami mężczyzny pojawiła się młodzieńcza twarz Briana Peera. Zawsze roześmiany i sprawiający wszystkim tyle problemów, że wielokrotnie brał do ręki prośbę o wydalenie go ze szkoły, jednak nigdy do tego nie doszło.
— Miałam problem, żeby go dobrze przydzielić i nadal nie jestem pewna, czy zrobiłam to dobrze. —  Usłyszał cichy głos. Tiara Przydziału jakby czytała w jego myślach.
Dumbledore też nie był przekonany. Nie mógł zaprzeczyć, jako Gryfon spisywał się dobrze, ale niepokojąco dopasowywał się do arystokrackich Ślizgonów. Niejednokrotnie na jego twarzy pojawiał się wyraz pogardy i potrafił kilkoma słodkimi słówkami zapewnić sobie lepszą ocenę. Miał poczucie wyższości i okazywał to na każdym kroku. Dużo osób nie ukrywało rozczarowania, że chłopak nie został kimś ważnym. A później tak makabryczna śmierć. Tak, jeżeli już o tym mowa...
Sfingowanie własnej śmierci nie należało do rzadkości, szczególnie w czasie wojny, ale za każdym razem budziło w nim podziw pomieszany z dezaprobatą. Jednak w życiu nie spodziewał się takiego zabiegu u Peera. Gryfońskiej odwagi mu nie brakowało, a jednak zniknął z powierzchni ziemi wtedy, kiedy mógł być przydatny. Zostawił rodzinę, pracę, marzenia i ambicje. Albus nadal nie mógł zdecydować, czy to bardziej zachowanie godne ucznia domu Salazara, czy Gryffindora.
Przyjaciele. Dumbledore nie mógł ominąć i tego tematu. John Inivicto i Elizabeth Burke, przyszłe małżeństwo. Kolejny uczeń Gryffindoru i rezolutna Krukonka. Hogwart  i świat mógłby o nich usłyszeć, gdyby po czterech latach nie pojawili się Huncwoci, a oni szybko zyskali sławę. Jednak ta trójka zapadła mu głęboko w pamięci. Wszystkich łączyło jedno: cechy Ślizgonów. Dumbledore liczył, że staną po jego stronie, gdy zajdzie taka potrzeba i szybko przekonał się, że się pomylił. Wszyscy zawiedli, a John i Elizabeth zginęli.
A teraz sam Brian Peer prosi go o rozmowę i to jakże interesującą! Chce rozmawiać o Harrym Potterze. Zawsze obawiał się, że ktoś zainteresuje się chłopakiem, aż w końcu do tego doszło. I to jeszcze wtedy, gdy jego stosunki z młodym czarodziejem nie należały do najlepszych. Oczekiwał wizyty, która może zmienić bardzo dużo.
Usłyszał pukanie, ale zanim zdążył cokolwiek odpowiedzieć, drzwi otworzyły się i w jego gabinecie znalazła się młoda, wysoka dziewczyna. Nie wyglądała na zmieszaną czy onieśmieloną pobytem w gabinecie jednego z największych czarodziejów na świecie. W innej sytuacji zareagowałby dość chłodno, gdyby nie to, jak wyglądała. Ten charakterystyczny błysk w oku i rysy twarzy nadal bardzo dobrze pamiętał. Przez chwilę do głowy przyszła mu absurdalna myśl, że to Elizabeth Burke we własnej osobie.
— Słucham? — zapytał uprzejmie, ale nie spuszczał oceniającego wzroku z dziewczyny. Była młodsza niż początkowo sądził. Stanęła na środku gabinetu, a w rękach trzymała teczkę.
— Witam, profesorze Dumbledore, nazywam się Kate Invicto i przyszłam tu z polecenia Briana Peera — odpowiedziała bez cienia wahania w głosie. A więc się nie pomylił. Córka Elizabeth i Johna. Interesujące.
— Dlaczego nie pojawił się osobiście?
— Jest bardzo zajęty i nie sądzi, by sprawa tego wymagała. — Biła od niej pewność siebie spowodowana szlachetnym urodzeniem. Czarodzieje czystej krwi odznaczali się dużą pewnością siebie i przekonaniem o własnych słowach. Musiał przyznać, robiła na nim wrażenie, a nie mogła mieć więcej niż osiemnaście lat.
— Usiądź, proszę.
— Dziękuję, postoję, nie mam panu dużo do przekazania.
Dumbledore zawsze wolał mieć kontrolę nad sytuacją. A tym razem trafił na osobę, która tak szybko nie ulegnie. Trochę go to wytrąciło z równowagi. Sam nie wiedział, czy to przez ten znajomy wygląd i charakter, czy po prostu robił się coraz starszy. Zignorowanie jego propozycji było ryzykownym posunięciem, a dziewczyna musiała mieć świadomość, że lepiej nie mieć w nim wroga. Przecież przybyła, by coś od niego uzyskać. Albus nie mógł pozwolić, żeby taka młoda czarownica wygrała. Postanowił zmienić podejście.
— Moja droga, nie wymagaj, żebym szybko wszystko pojął. Wasze młode umysły wybiegają o lata świetlne do przodu — zaśmiał się lekko, czekając na jej reakcję.
— Nie przeczę, ale nie mam do czynienia ze zwykłym czarodziejem, a pan jest w bardzo dobrej kondycji — uśmiechnęła się delikatnie, nawet się nie poruszając.
— Poczuję się urażony, jeśli nie skorzystasz z mojej propozycji.
— Dyrektorze, z największą przyjemnością porozmawiałabym z panem dłużej, ale nie mam za wiele czasu. Czy możemy przejść do sedna sprawy?
Dobiegły do niego zduszone okrzyki oburzenia. Portrety dawnych dyrektorów Hogwartu wpatrywały się z dezaprobatą w gościa, a Fineas Nigellus Black prychnął głośno.
— To zniewaga, tak odnosić się dyrektora! Za moich czasów...
— Wystarczy, Fineasie — przerwał mu Albus. Nie czuł się komfortowo w tej sytuacji. Dziewczyna była za młoda, żeby zachowywać się w ten sposób. Widział w tym rękę Peera.
— Proszę bardzo, panno Invicto — uśmiechnął się, ale to nie był ciepły uśmiech.
Kate otworzyła teczkę i wyciągnęła potrzebne papiery. Podała je Dumbledore’owi i zaczęła mówić.
— Brian Peer jest Głównym Przedstawicielem Rady Stowarzyszenia Patronusów, które zostało powołane już w czasach świetności Grindelwalda. Początkowo organizacja miała przystąpić do otwartego ataku, ale ze względu na wewnętrzne konflikty zdecydowała się na walkę pod przykrywką. Szeregi stowarzyszenia zasilają jedni z najlepszych czarodziejów, również tych, którzy uważani są za zmarłych bądź zaginionych. Działalność naszych agentów wykracza poza świat magiczny, ludzie działają również w szeregach mugolskich służb specjalnych, polityków i lekarzy. W czasie pierwszej wojny z Lordem Voldemortem ponieśliśmy wieli strat. Teraz, w czasach gdzie potęga ciemnej mocy powróciła, poszukujemy nowych kandydatów.
— Ministerstwo, jak mniemam, nie wie o istnieniu stowarzyszenia? — spytał Dumbledore, odrywając wzrok od dokumentów.
— Jak widzę, nie tylko ministerstwo — odparła, unosząc kącik ust.
Dziewczyna była prawdziwą córką swoich rodziców. Była niczym nieoszlifowany diament, bardzo przydałaby się w jego szeregach. Choć młoda, wiele wiedziała i nie brakowało jej charakteru. Brian dużo włożył w jej wychowanie, to było widać na pierwszy rzut oka. Nie chciał mieć wroga w tym stowarzyszeniu. Jednak jego duma poczuła się urażona, bo nikt go o nim nie poinformował. O Zakonie wiedzieli niemal wszyscy, a o tej organizacji nigdy nic nie słyszał.
— Jak mam rozumieć, jednym z tych nowych kandydatów ma być pan Potter? — Nie podobało mu się to. Już samo stowarzyszenie budziło w nim sprzeczne emocje, a jeżeli Harry miałby do niego należeć... To nie był najlepszy sposób. Chłopak jeszcze bardziej by się od niego oddalił.
— Stowarzyszenie uważa, że Potter jako twarz rebelii powinien być jak najlepiej wyszkolony. Nieustanne zagrożenie ze strony Śmierciożerców jest jednym z wielu powodów. Do Briana dotarły wiadomości o dobrych umiejętnościach przywódczych i magicznych chłopaka.  Szkolenie otworzy przed nim nowe możliwości i z pewnością mu posłuży.
— Pan Potter jest chroniony przez wykwalifikowanych czarodziejów, w tym pracowników Ministerstwa, dom zabezpieczony został potężnym zaklęciem, dlatego jakiekolwiek szkolenie nie jest potrzebne do zachowania bezpieczeństwa. — zauważył z lekką irytacją. Jeżeli Peer nadal posiada takie cechy jak kiedyś, a wszystko na to wskazuje,  nie chciałby, aby Harry przebywał w jego otoczeniu.
— Teraz tak, ale co potem? Voldemort rośnie w siłę i dobrze pan o tym wie. Każda szansa na zdobycie przewagi nad wrogiem  się liczy. Stowarzyszenie daje duże możliwości.
Wiedział o tym, a jednak wahał się. Liczył na poprawę relacji podczas przerwy wakacyjnej, a jeśli chłopak wyjedzie nie będzie miał na to szans. Jeszcze może się pogorszyć, Dumbledore nie znał członków grupy, wśród nich mogło być kilku jego przeciwników. A jeśli Harry pozna jego mroczne sekrety... Nie, Albus wolał o tym nie myśleć.
Jednak znał Peera. Spodziewał się, że mężczyzna znajdzie jakiś sposób, by dostać to czego chce. Jeżeli teraz zgodzi się na to całe szkolenie, będzie miał choćby pozorną władzę, w innym przypadku może utracić nawet ją. Dodatkowo wstąpienie Harry’ego do tajnej organizacji mogłoby przynieść dużo korzyści. O ile dobrze to rozegra, chłopak stanie się jego skarbnicą wiedzy o Brianie i pozostałych członkach.
— Panno Invicto, również należysz do Stowarzyszenia, jak mniemam? — zapytał, dając sobie jeszcze czas na podjęcie ostatecznej decyzji. Dziewczyna skinęła głową. Dyrektor chciał poznać jej opinię. — Gdybyś była na moim miejscu, jaka byłaby twoja decyzja?
W oczach Kate zauważył błysk zaskoczenia, który szybko zniknął. Czarownica odłożyła teczkę i nie spuszczając wzroku z Dumbledore’a odaprła:
— Nie sądzę, żebym kiedykolwiek była na pańskim miejscu. Ale przecież pan podjął już decyzję, prawda? — zapytała tylko, ale nie oczekiwała odpowiedzi. Zbierała się do wyjścia. — Proszę przesłać pisemną zgodę do Briana Peera. Dziękuję za rozmowę.
Lekko się ukłoniła i wyszła. Albus nie mógł powstrzymać cisnącego się na usta uśmiechu. Nie rozczarował się młodą Invicto.
— Dzisiejsza młodzież jest niewiarygodnie bezczelna i niewychowana — rzucił Black, drapiąc się po nosie.
— Przede wszystkim jest naszą największą nadzieją — odpowiedział krótko starzec i sięgnął po pióro.

***

Wylądowali na leśnej drodze. Kilka zaschniętych liści uniosło się w górę, gdy trzy pary stóp mocno uderzyły o podłoże. Umięśniony mężczyzna potarł ręce i rozejrzał się wkoło. Najwidoczniej nie był zadowolony z położenia, bo westchnął z irytacją. Szczupła blondynka uniosła brwi i również skupiła uwagę na otoczeniu.
— Jesteśmy niedaleko Inverey? Nie mieliśmy wylądować bliżej Ben Macdui? — zapytała, poprawiając włosy.
— Och, może jeszcze mieliśmy wylądować na środku jeziora, żebyś mogła przejechać się Kelpie? — zadrwił brunet, poprawiając kurtkę i sięgając do kieszeni po nóż.
— Bo w lesie nie ma żadnych potworów co nie? — prychnęła głośno.
Podczas gdy ta dwójka zaczęła sprzeczać się nad poziomem zagrożenia, Harry odzyskał zdolność do jasnego myślenia. Dopiero teraz dotarło do niego, co takiego zrobił. W ciągu niecałych trzech godzin podjął tyle absurdalnych decyzji, że gdyby w tym momencie zaproponowano mu przyłączenie się do Śmierciożerców może by się zgodził. Szybko zganił się za tę myśl. Może był głupi, ale nie na tyle. Zawiał mocniejszy wiatr i chłopak lekko drgnął z zimna. Chociaż nie bardzo znał się na określaniu swojego położenia, nazwa Ben Macdui kojarzyła mu się ze Szkocją. To była jedna z nielicznych rzeczy, które jeszcze zapamiętał z mugolskiej szkoły. A więc jedna sprawa załatwiona, są w Szkocji, gdzieś w lesie i Potter za cholerę nie miał pojęcia, co tu robią. Właściwie to powinien się skupić na tym, jak się tu dostali. Pierwszy raz w życiu się teleportował. Uczucie niemal podobne do tego, który towarzyszyło mu przy pierwszym kacu, gdy wahał się pomiędzy zwymiotowaniem całego żołądka a waleniem głową w ścianę, tylko teraz wszystko szybciej przeminęło.
Dobra, więc jest w obcym kraju z obcymi (no prawie) ludźmi w niewiadomo jakim celu. To chyba odpowiednia pora, żeby zacząć zadawać pytania. Pierwsze, które przyszło mu na myśl nie należało do najmądrzejszych.
— Co to Kelpie? — Kate i Frank (bo chyba tak miał na imię) odwrócili się w jego stronę, przerywając ostrą wymianę zdań.
— Szkocki koń wodny , taka legenda. Właściwie dla mugoli to legenda — wyjaśniła zniecierpliwiona dziewczyna, wymieniając znaczące spojrzenie z Barnesem.
— Aha — powiedział tylko Harry, ale szybko spróbował się ogarnąć. — A co my tu robimy?
— On taki zawsze? — zapytał rozbawiony Frank, patrząc na chłopaka z politowaniem. — Spodziewałem się ogarniętego czarodzieja, a nie...
— Idziemy do Tectum, spotkać się z Brianem, a na schronienie nałożone są bariery ochronne, więc można deportować się tylko w okolice — wyjaśniła, przerywając mężczyźnie.
— Jest tak jak Hogwart nieoznaczony na mapach i nie do wykrycia przez mugoli? — spytał czarodziej, przypominając sobie, co mówiła kiedyś Hermiona.
Kate skinęła głową, a spojrzenie Franka trochę złagodniało. Chłopak przynajmniej coś wiedział, więc może jest po prostu oszołomiony. Takie wytłumaczenie przypadło mu chyba do gustu, bo już milszym głosem rzucił:
— Bez zbędnego gadania dzieci, musimy się spieszyć.
Kate przyjrzała mu się krytycznie. Sam nie miał więcej niż dwadzieścia parę lat, a ich pouczał. Jednak nic nie powiedziała i kiwnęła na młodszego chłopaka. Barnes ruszył, a za nim w małej odległości dawni przyjaciele. Nastała niezręczna cisza. Harry’emu do głowy przychodziły już o wiele mądrzejsze pytania, ale nie potrafił wypowiedzieć ich na głos. Nic nie było w porządku, chociaż przez chwilę się oszukiwał. Jego przeszłość okazała się kłamstwem, a jedyna osoba, którą dobrze wspominał – całkowitą niewiadomą. Czuł, jak świat rozpada mu się na kawałki. Zamknął tamten rozdział tak dawno, w momencie kiedy poznał Rona i Hermionę. A teraz? Zerknął szybko na dziewczynę. Nie potrafił sobie wyobrazić, że wracają do dawnej relacji albo spędzają czas z jego przyjaciółmi. Skąd mógł wiedzieć, czy ona sama nie ma nowych znajomych? Nie była tą samą Kate. A na co liczyłeś, idioto? skarcił się szybko w duchu. Przecież minęło ponad pięć lat i dużo się przez ten okres wydarzyło. Z tych gorszych m.in.: powrócił Voldemort, stracił Syriusza, został cholernym Wybrańcem... i ponownie spotkał Invicto. Był niesprawiedliwy. Jeszcze nie powinien wrzucać powrotu czarownicy do złego worka, musi trochę poczekać.
Blondynka wyglądała, jakby miała już dosyć milczenia.
— Niemal słyszę, jak huczy ci w głowie, więc może pytaj? — rzuciła nagle, a on lekko się zaczerwienił. Powstrzymała się od wywrócenia oczami.
— Czym jest Tectum? — zapytał po chwili wahania.
— Tectum jest naszym schronieniem, miejscem, gdzie mieszka większa część z nas. Uczymy się w nim, spędzamy dużo czasu i pilnujemy, żeby nikt o nim nie wiedział — wyjaśniła dość lakonicznie. Nie zadowoliła go ta odpowiedź. — Słuchaj, nie mogę ci powiedzieć więcej, bo złamię zasadę.
— Jaką zasadę? — podchwycił szybko, teraz już szczerze zainteresowany. Wcześniej spodziewał się jakiegoś domu, w którym mieszka ten Brian, a tutaj dowiadywał się o czymś o wiele większym. Śmierdziało mu jakąś organizacją. Czuł się niemal jak rok wcześniej, gdy jeszcze nic nie wiedział o Zakonie. Ta myśl trochę go zirytowała. Chyba nie wyrobi, jeśli spotka się z czymś podobnym.
— Ważną zasadę. Możesz zadać inne pytanie?
— Co się stało z twoimi rodzicami? — Pytanie wyszło z jego ust, zanim zdążył nad nim pomyśleć. Frank, który głuchy nie był , usłyszał je i zerknął na nich przez ramię. Harry zobaczył jego minę, mówiącą, że zdecydowanie nie było to najlepsze pytanie. No, ale było już za późno.
— Ojciec zginął na jednej z misji, matka kilka dni później w domu. Oboje zabiła Lestarnge — odpowiedziała spokojnie, nawet nie zwalniając kroku. Harry jednak niemal się zatrzymał.
— Lestrange? — Jakby dostał obuchem w głowę. Samo nazwisko wzbudziło w nim tyle negatywnych emocji, że połączenie go z kolejnym morderstwem zabolało jeszcze bardziej. Twarz dziewczyny nie wyrażała żadnych uczuć, oprócz opanowania. I chyba to go jeszcze bardziej dobiło. – Kate, bardzo mi...
— Tylko nie mów, że ci przykro, dobra? — przerwała mu szybko z wyciągniętą do góry dłonią. — Oszczędź sobie tego, to naprawdę nic nie daje.
Zacisnął usta. Jakby tego nie wiedział. Ale sam fakt, że nie przyjęła jego współczucia trochę go zabolał. Z drugiej strony słuchanie często takich pustych słów działało na nerwy i pogłębiało ból. Przeklinał siebie, że w ogóle przyszło mu to pytanie do głowy.
Dalszą drogę pokonali w milczeniu. Atmosfera była napięta jak struna, ale nikt nie kwapił się, żeby to zmienić. Harry zapatrzył się na leśny krajobraz i musiał przyznać, że było na co popatrzeć. Szkocja, zielona kraina naprawdę obfitowała w gęste lasy pełne mchów oraz krzewów jeżyn i malin. Może i zastanawiałby się nad tym dłużej, gdyby nie obraz, który się przed nim pojawił.
Niebo, na którym zaczęły pojawiać się już pierwsze gwiazdy, zabarwiło się na piękny ciemnogranatowy kolor, a zbłąkany ptak śpiewał swoją melodię. Nad iglastymi i liściastymi drzewami górowała szara, zimna góra Ben Macdui, jednocześnie kusząc i odrzucając swoim wyglądem. Świerszcze cykały, a w oddali słychać było szum jakiegoś małego potoku. Jednak to, co przykuwało największą uwagę znajdowało się tylko kilkaset metrów przed nimi. Nieduży, ale obfitujący w strzeliste wieże zameczek spowity był w cienie, a wokół niego niemal błyszczała magiczna aura. Kamienne bloki, z których go zbudowano porośnięte były bujnym bluszczem, a w niektórych oknach widać było łunę od płomyków świec.
— To jest Tectum? — jęknął Harry, nie mogąc oderwać oczu od zamczyska, tak bardzo przypominającego mu Hogwart.
— Spodziewałeś się chatki górala? — zapytała rozbawiona dziewczyna, wymieniając spojrzenie z Barnesem. Widok nie zrobił na niej większego wrażenia, przyzwyczaiła się do niego na przestrzeni lat.
Zdecydowanie zwolnili kroku, teraz już rozluźnieni, najwidoczniej czując się bezpiecznie. Potter rozglądał się na wszystkie strony, chcąc zapamiętać jak najwięcej szczegółów. Jakby ponownie miał jedenaście lat i płynął w łódce do Hogwartu, jeszcze nie wiedząc, co go czeka.
Dziedziniec przed budynkiem był niemal całkowicie zarośnięty. Dużo mu brakowało do zadbanego przedsionka brytyjskiej szkoły magii, ale miał w sobie niecodzienny urok. Zmierzali w stronę wysokich wrót, które szybko przykuły jego całkowitą uwagę. Wykute w brązie piękne zdobienia przedstawiały wizerunki zwierząt i fantastycznych stworzeń. Rozpoznał majestatycznego lwa i równie pięknego feniksa, ze zdziwieniem zauważył chimerę i sprawiającego wrażenie gotowego do ataku dementora, nawet nie zabrakło czujnego jelenia i silnego hipogryfa. Może przyglądałby się im dłużej, gdyby nie ponaglające chrząknięcie Franka, który już otwierał lewą część wrót. Harry wszedł po zniszczonych schodach i znalazł się w małym, ciemnym korytarzu, który trochę go zdziwił.
— No, to tutaj się rozstajemy — rzucił starszy mężczyzna. — Inivcto, zaprowadzisz Pottera do Briana, prawda?
— Oczywiście, dzięki agencie. — Kate z ironią zasalutowała czarodziejowi, na co ten lekko się uśmiechnął. Razem z Harrym obserwowali, jak sylwetka potężnego Franka znika w ciemności. Agencie?
— Brian pewnie już czeka — rzuciła po chwili blondynka i wskazała ręką jeden z węższych korytarzy. — Mam nadzieję, że nie zmieniłeś zdania?
Tak, na pewno teraz, kiedy ciekawość go niemal zżerała, a drogi odwrotu nie widział. Ruszył bez słowa, a zanim podążyła Invicto. Korytarz był przytłaczająco pusty, w porównaniu z hogwarckim, gdzie na każdym kroku spotykał portrety i zbroje. Tutaj najwidoczniej postawiono na minimalizm. Świece zawieszone na ścianach dawały tak mało światła, że mogłoby ich nie być. Za oknem rozpościerał się widok na górę, teraz coraz bardziej pogrążoną w mroku, a nad nią unosiła się nocna mgła.
Zatrzymali się przy pierwszych drzwiach po lewej. Drewniane z metalową klamką i małą gustowną tabliczką z nazwiskiem. Potter czekał, aż Kate zapuka i wejdą do gabinetu, jednak bardzo się zdziwił, gdy dziewczyna bez żadnego oporu otworzyła drzwi i wbiła ostre spojrzenie w siedzącego przy biurku mężczyznę.
— Czy ja naprawdę potrzebuję cienia? — zapytała ze złością, chociaż nadal w miarę spokojnie.
Szare oczy spotkały się z intensywnie zielonymi, które emanowały całkowitym opanowaniem. Wyraźnie zarysowana szczęka porośnięta dwudniowym zarostem dodawała stanowczości i męskości. Prosty i długi nos upstrzony był małymi, ale licznymi piegami. Mężczyzna miał krótką fryzurę, idealną dla wojownika, ale nie odejmującą mu charakteru. Kilka drobnych zmarszczek zdążyło pojawić się na twarzy Briana Peera, który zrobił bardzo pozytywne wrażenie na młodym Potterze.
— Drzwi zostały zaprojektowane, żeby w nie pukać przed wejściem. — Niski, budzący szacunek głos wypowiedział te słowa swobodnie, a jego właściciel lekko odchylił się na krześle. — Najwidoczniej przydał się, skoro zignorowałaś moje wytyczne.
— Wytyczne nie były dość dokładne — wyrzuciła mu Kate. — Nie ufasz mi na tyle, żeby dać samodzielną misję?
— Przypominam ci tylko, że nie jesteś jeszcze agentką i solowe zadania nie są wskazane – zauważył spokojnie, ale w oczach pojawił się stalowy błysk. — A teraz idź zameldować się do agenta Washera, ma do ciebie kilka pytań.
Harry obserwował tę rozmowę z ciekawością. Szybko domyślił się, że relacja wiążąca Kate z Peerem jest głębsza, niż początkowo sądził. Mężczyzna nie wyglądał na takiego, który pozwala sobie na wymówki i niegrzeczne odzywki, a więc jego dawna przyjaciółka cieszyła się szczególnymi względami. Teraz wyglądała na lekko podirytowaną i wyraźnie miała jeszcze coś do powiedzenia, ale Brian stanowczym ruchem ręki wskazał jej drzwi.
— Tak jest, dowódco — powiedziała zimnym tonem i zerkając jeszcze przelotnie na Harry’ego, opuściła pokój.
Harry i Brian Peer nareszcie zostali sami. Chłopak czuł, że jest w tym momencie oceniany przez starszego mężczyznę, ale sam nie do końca wiedział dlaczego. Brian opuścił krzesło i podszedł bliżej gościa. Wyciągnął rękę w geście przywitania. Cały czas nie spuszczał oczu z młodego Pottera.
— Brian Peer, Głównodowodzący Rady Patronusów.
Chłopak po krótkiej chwili wahania uścisnął jego dłoń.
— Harry Potter — przedstawił się, choć wiedział, że nie musi. Jednak głupio było mu milczeć.
Brian wskazał ręką krzesło stojące naprzeciwko biurka, a sam zajął swoje poprzednie miejsce. Spojrzenia równie zielonych, choć  te należące do starszego były intensywniejszej barwy, spotkały się na krótko. Potem Peer pochylił się do przodu i zaczął spokojnym głosem:
— Zaprosiłem cię tutaj w imieniu całej Rady, chociaż inicjatywa wyszła z mojej strony. Nasze stowarzyszenie ceni sobie prywatność i nie przyjmuje przypadkowych osób w swoje szeregi, jednak ty do takich osób nie należysz. — Tutaj na chwilę przerwał, pozwalając gościowi przeanalizować swoje słowa. Stowarzyszenie? Na kształt Zakonu? Harry poruszył się niespokojnie. Chyba nie był pozytywnie nastawiony. Postanowił jednak wysłuchać dowódcy, bo i tak nie miał innego wyjścia. — Wahałem się z tą decyzją już od dłuższego czasu, jednak incydent w gmachu Ministerstwa przekonał mnie, że nadszedł właściwy czas na podjęcie odpowiednich środków. Rada zatwierdziła moją propozycję, a teraz wszystko zależy od ciebie.
Zamilkł i dopiero po chwili Harry zorientował się, że czeka aż coś powie.
— Ehm... — zająknął się i nie miał zielonego pojęcia, co ma dalej robić. Skup się, Potter! Dał sobie mentalnego liścia i opanował język. — Co to za Stowarzyszenie?
— Organizacja „Patronus”, potocznie nazywana Patronusami jest tajną grupą najlepszych czarodziejów, wojowników i nadprzyrodzonych stworzeń, która została powołana jeszcze za czasów Grindelwalda. Zajmujemy się głównie zbieraniem informacji na temat naszych wrogów, aby później w skuteczny sposób się z nimi rozprawić. Choć nasze poczynania są tajne, najważniejsi przedstawiciele państw wiedzą o nas, niekoniecznie znając tożsamość naszych ludzi. Dzięki takiemu postępowaniu możemy działać skutecznie i szybko.
— Ale dlaczego zainteresowano się mną­? — Harry nie mógł zrozumieć, dlaczego tę  organizację interesuje jego życie. Na razie nie był pewien, czy „Patronus” był neutralny w wojnie z Voldemortem, czy jednak ma wyraźnie zarysowane poglądy. Peer nie wyraził się jasno, do jakich celów została powołana za panowania pierwszego Czarnoksiężnika. Nie wierzył jednak, że ma do czynienia z „tajnymi” Śmierciożercami.
— Czy to aż takie dziwne? — odpowiedział pytaniem na pytanie, a w jego oczach błysnęły iskierki rozbawienia. — Jesteś znaną osobą, a twoje cudowne przeżycie piętnaście lat temu nadal budzi podziw. Dodatkowo nie zapominajmy o twoich dokonaniach w poprzednich latach. Kamień filozoficzny, Komnata Tajemnic, współudział w ucieczce Syriusza Blacka, najmłodszy uczestnik Turnieju Trójmagicznego. A co za tym idzie, kilka ponownych spotkań z Voldemortem. —  Chyba jednak nie byli po stronie Riddle, skoro wymawiał bez wahania jego nazwisko. No i czy w takim przypadku gościliby go z takim spokojem? — Jak już wcześniej wspomniałem, zbieramy najlepszych czarodziejów, których szkolimy na dobrych wojowników. Z opinii ludzi, którzy znają cię lepiej, pozwalam sobie wywnioskować, że nadajesz się tutaj.
Co prawda, Brian nie do końca mówił prawdę, bo opinii jako takiej nie zasięgnął, ale wierzył swojej intuicji. Chłopak może i nie był wielkim magiem, ale miał potencjał i umiał wydostać się z tarapatów, co dostrzegłby każdy, przeglądając jego kartotekę. Dodatkowo, Brian pamiętał (chociaż dość słabo) Jamesa Pottera i Lily Evans, a mając takich rodziców, raczej nie mógł być beznadziejnym czarodziejem. Byle dzieciak nie uciekałby za każdym razem tuż sprzed nosa Voldemorta.
— Co zależy ode mnie? — zapytał nagle młody, a Peer musiał przez chwilę pomyśleć, o co mu chodzi. Zaskakujące, że chłopak zapamiętał jego słowa, a przecież później powiedział wiele ciekawszych rzeczy. No cóż, przynajmniej go słuchał.
— To, czy podejmiesz szkolenie, czy odejdziesz z powrotem na Privet Drive i zapomnimy, że ta rozmowa miała miejsce.
— Mam do was dołączyć? — Nie tego się spodziewał. Chyba jeszcze nie do końca to do niego dotarło.
Brian zaśmiał się krótko.
— Żeby zostać Patronusem potrzeba trochę więcej, niż sławne nazwisko i talent. — Harry’emu zrobiło się głupio i prawie się zaczerwienił. Na szczęście tylko uszy przybrały ciemniejszą barwę, bo mężczyzna kontynuował. — Możemy zapewnić szkolenie, czyli naukę wszystkiego, co przyda się  agentowi. Zarówno magiczne umiejętności, jak i mugolskie są równie ważne i wymagane na wysokim poziomie. Połowa kandydatów odpada w trakcie szkolenia, przyjmujemy tylko tych najlepszych i nie chodzi mi tutaj tylko o umiejętności. Standardowe szkolenie może zająć nawet kilka lat.
— Lat? — Potterowi zaschło w ustach. Nie spodziewał się, że potrwa kilka dni, ale i tak poczuł, że traci nadzieję. W jego przypadku ciężko było liczyć na to, że przeżyje więcej, niż rok, no może dwa.
— Powiedziałem: standardowe — zauważył czarodziej, przyglądając mu się uważnie. — Wszystko zależy od okoliczności, a w twoim przypadku nie sądzę, by potrzeba było tak dużo czasu. Stowarzyszenie ma również swoje sposoby, żeby nie zabrakło czasu na przeprowadzenie szkolenia.
— To znaczy?
— Pętla czasu, mówi ci to coś? — Och, oczywiście, że mówiło. Na sam dźwięk słów „pętla czasu” w głowie Harry’ego pojawił się zmieniacz czasu Hermiony i ich męczący wyścig z czasem, który zakończył się w dość mało satysfakcjonujący sposób.  Podejrzewał jednak, że nie do końca o takie manipulacje czasem chodzi. — Kilka silnych zaklęć i jeden tydzień tutaj, to zaledwie jeden dzień poza granicami Tectum. Oczywiście, pętlę czasu stosuje się tylko w bardzo wyjątkowych przypadkach. Nie jestem pewien, czy ty się do nich zaliczasz.
— Za niecałe dwa miesiące zaczynam Hogwart — przypomniał mu Harry. — W żadnym przypadku nie opuszczę szkoły dla szkolenia.
Brian nie pierwszy raz podczas tej rozmowy powstrzymał uśmiech. Przeklęty Hogwart i jego urok. Niestety, kto raz przekroczy próg tego zamczyska, już nigdy nie uwolni się od jego czaru. Nawet on, który ukończył szkołę prawie dwadzieścia lat temu nie mógł opanować narastającego w nim uczucia nostalgii tylko na wspomnienie Hogwartu. Przekonanie Pottera, żeby opuścił szkołę było niemal tak samo prawdopodobne, jak przeciągnięcie go na ciemną stronę.
— Niecałe dwa miesiące wystarczą, żeby wprowadzić postawy. Hogwart nie hamuje rozwoju osobistego, o ile pamiętam, więc dalszą część szkolenia można przeprowadzać na odległość. Nie powinieneś przejmować się tą częścią. Wystarczy, że podejmiesz decyzję.
Powiedział to tak, jakby to było takie proste. A nie było, przynajmniej nie dla Harry’ego. Nie tak wyobrażał sobie ten dzień. Nie tego się spodziewał, nawet jeśli czasami puszczał wodze fantazji. A już na pewno nie marzył o spotkani Kate Invicto, Briana Peera i Merlin wie kogo jeszcze. Niestety tym razem nie mógł uniknąć odpowiedzialności. Zostało mu tylko pomyśleć i zdecydować, co zrobić. „Patronus”. Czym dokładnie był? W co pakował się, decydując się na szkolenie? Co miało mu dać? I co najważniejsze, czy będzie zmuszony oglądać Kate więcej razy? Zmuszony, Potter?. Czy aby na pewno tak bardzo tego nie chciał?
Próbował sobie wyobrazić, jak na taką propozycję zareagowaliby jego przyjaciele. Ron z pewnością nie wiedziałby, co powiedzieć i prawdopodobnie poprosiłby o pomoc jego i Hermionę. Natomiast nie miał wątpliwości, że czarownica w mgnieniu oka znalazłaby wszystkie plusy i minusy, a potem podjęłaby najkorzystniejszą decyzję. On nie był ani Ronem, który długo wahałby się z decyzją o ile jakąś by samodzielnie podjął, ani szybko myślącą Hermioną, która lubiła rozwiązywać problemy jak najszybciej. On był osobą, która działa instynktownie, zwykle kierując się dobrem innych, a nie swoim, współpracując ze swoją intuicją, która zawodziła wiele razy, ale o wiele częściej go nie myliła. A o ile dobrze się znał, tak naprawdę decyzję podjął już przy pierwszym pytaniu. Może nawet wcześniej, spotykając Kate i rozmawiając z nią o przeszłości.
Brian cierpliwie czekał. Gdy Potter uniósł głowę i popatrzył na niego, już wiedział. I słowa, które potem usłyszał, tylko utwierdziły go w przekonaniu, że sie nie pomylił.
— Chcę podjąć szkolenie.

 ___________________________________________________________________

Kolejny rozdział za nami :) Pogoda niestety nie rozpieszcza i kto jest tak mądry, że łapie przeziębienie w ostatnim tygodniu wakacji? No cóż, mam nadzieję, że u Was samopoczucie lepsze. Właściwie to by było  na tyle mojego gadania, rozdział jak zwykle sprawdzała Noelia Cotto.

Daniel King odpowiem już przy okazji na twój komentarz. Również mam ogromny sentyment do Harry’ego, dlatego całkowicie rozumiem twoje odczucia. Co do Rona... nie chciałabym dość stereotypowo zrobić z niego złego gościa, któremu odbija i postanawia zerwać przyjaźń z Harrym, bo mimo wszystko Złota Trójka jest dla mnie ważna. Muszę jednak przyznać, że za Ronem nigdy nie przepadałam, nawet w kanonie, szczególnie po tym, jak potraktował Harry’ego w Czarze Ognia :( No ale postaram się nie zrobić z niego kompletnego gnojka.