09.09.2017

Rozdział 3

 Cześć, jestem Harry Potter

Zegary w Szkocji właśnie wybiły czternastą, kiedy słońce najbardziej dawało o sobie znać. Również w pomieszczeniach Tectum promienie przedzierały się przez grube mury i ogrzewały chłodne sale. Jedno z pomieszczeń wyróżniało się wśród pozostałych. Ścian nie było niemal widać, bo były przysłonięte wysokimi półkami zawalonymi książkami, teczkami i zwojami papieru. Na środku obszernego pokoju ktoś kiedyś postawił jedno masywne biurko, które wystarczyłoby dla trzech osób, a ilość szuflad i skrytek przerażała. Wiele lat temu do wiekowego mebla dostawiono kilka mniejszych, mniej wyszukanych ławek, które razem stanowiły niemal okrągłą konstrukcję. 
Przy biurku zwanym przez wszystkich Zeusem siedziała kobieta. Otoczona była kilkoma grubymi woluminami i zmiętymi kawałkami papieru, nie brakowało również walających się długopisów, piór i pospiesznie zgarniętych w jedno miejsce wysuszonych resztek czegoś, co kiedyś mogło być żabą. Pochylała się nad starą, śmierdzącą szczurami książką, a jej czoło marszczyło się co chwila w skupieniu. Miała czekoladowe oczy, dość krzaczaste, ale regularne brwi, długi nos i wąskie usta. Jasne włosy wprawiały ją w podirytowanie, co chwila zasłaniając pole widzenia.
Fuknęła, gdy po raz kolejny kosmyk przysłonił fragment, który czytała.. Odgarnęła włosy, kilka razy zakręciła nimi, jakby chciała zrobić koka i rozejrzała się dookoła.  Sięgnęła po najbliższy ołówek (co i tak spowodowało potrącenie dwóch zwojów pergaminu, jednego wysuszonego oka i niemal całkowite wylanie kawy) i wbiła go zdecydowanie w środek niechlujnego koczka. Zdusiła przekleństwo, podnosząc pusty już kubek do góry i spróbowała niezapisanym kawałkiem papieru wytrzeć kawę.  Oczywiście nic to nie dało, jedynie kolejna kartka mogła pójść do kosza. Jak na złość, nie mogła znaleźć swojej różdżki. Och, to nie było najmądrzejsze, nie wiedzieć, gdzie jest twoja najważniejsza rzecz. 
Usłyszała trzaśnięcie drzwiami i niemal w tym samym momencie usłyszała pierwsze nuty Thunderstruck. Na cały regulator. Niemal czuła, jak jej krzesło zaczyna podskakiwać.
— Washer, możesz to wyłączyć? — zaczęła spokojnie, przymykając oczy. Jeszcze się nie odwróciła. 
Nic to nie dało. Czuła, że zaczyna boleć ją głowa. Jakby już przedtem nie miała dość i jej oczy potrzebowały odpoczynku, to teraz jeszcze jej uszy ledwo co funkcjonowały.
Do biurka naprzeciw niej podszedł mężczyzna średniego wzrostu, mamrocząc coś pod nosem (prawdopodobnie usiłował śpiewać), kompletnie ignorując kobietę. 
— Ed! —podniosła głos. Uniósł powoli głowę, unosząc jednocześnie brwi. Zwykle mało kto widział je na normalnych miejscu, bo najczęściej wędrowały w górę, potwierdzając, jak bardzo innymi gardzi ich właściciel. Powstrzymała jęk. 
— O, mówisz coś do mnie, Delar? — Udał zaskoczonego, ale muzyki nie ściszył. Rozsadzało jej bębenki, a AC/DC dopiero się rozkręcało. 
— Tak — wycedziła. — Możesz. Ją. Ściszyć?  
A najlepiej wyłączyć w cholerę?
— Nie doceniasz prawdziwej muzyki — westchnął cierpiętniczo, ale po chwili zapadła błoga cisza. W tym momencie gotowa była go za to wycałować.  — Dlaczego siedzisz przy Zeusie? 
— Bo twoje biurko jest uwalone jedzeniem nieokreślonego pochodzenia, Dom jak zwykle kazała niczego nie tykać, a nie przepadam za krzesłem Andrew. Moje natomiast zawalone jest papierami, jak sam widzisz.
Andrew kiedyś ze śmiechem zauważył, że jeśli ktoś chce poznać kogoś z „Wielkiej Piątki”, musi spojrzeć tylko na jego stanowisko.  I na pierwszy rzut oka można było stwierdzić, że żadne z nich nie było porządnisiem. 
— A właściwie to co ty robisz? — zainteresował się brunet. Znów podniosła głowę znad księgi i lekko omiotła go wzrokiem. Nie zaskoczyła się. Wyglądał na wypoczętego i zarazem znudzonego, jak zawsze. 
— Tłumaczę francuski przekład o wilkołakach na staroangielski, bo na zwykły się nie da. 
— I jak ci idzie? 
— Aktualnie staram się przetłumaczyć to na ludzki język, co nie należy do najłatwiejszych zadań, biorąc pod uwagę, że autor musiał być pijany, kiedy to pisał — powiedziała zirytowana. Było w tym sporo prawdy – chybotliwe litery, niedokończone zdania i trudne do odczytania słowa występowały dość często. 
— Werewulf wesan bealo werewulf wesan yfel cwellan mann ge etan wendan to werewulf1 — przeczytał, niemal łamiąc sobie język.  — Jedyne co z tego rozumiem, to „wilkołak” i „jeść”, więc jakimś odkrywczym facetem to nie był. 
— Tak właściwie to była kobieta — rzuciła, zabierając kartkę z tłumaczeniem i wracając do tekstu. Ed prychnął.
— Francuzka, która pije i zajmuje się wilkołakami około V wieku, chociaż to właściwie podpisanie na siebie wyroku śmierci? Ciekawy przykład dzisiejszej feministki, czyż nie? 
Sam nic nie odpowiedziała. Jakiekolwiek uwagi, że jest podły nie miały sensu, bo na to tylko czekał. Pięć lat współpracy nauczyło ją trzymać język za zębami, gdy Washer przechodzi do trybu „obrażamy wszystko, co się rusza”.  Wstała i chciała ułożyć niepotrzebne papiery na półkę, gdy mężczyzna zaszedł jej drogę. 
— A ty jesteś feministką? — zapytał głosem, który nazywał uwodzicielskim, choć Dom po cichu nazywała go „głosem rannego niedźwiedzia”, i wlepił w nią głębokie spojrzenie. Czasami zachowywał się gorzej niż nastolatki, które uczyła. 
— Taką, która pije i pisze księgi o wilkołakach? Nie, ale wiesz, kim na pewno jestem? — zaczęła szeptem, przybliżając się do niego. Uśmiechnął się, tym samym pokazując, żeby kontynuowała. — Kobietą, którą nie interesują mężczyźni  tacy jak ty — powiedziała do jego ucha, poklepała po ramieniu i sprawnie wyminęła. Właśnie wtedy do sali wszedł Brian i nie mógł powstrzymać śmiechu na widok miny przyjaciela.
— Który to już dzisiaj, piętnasty? — zapytał, podchodząc do swojego biurka. Choć wszyscy uważali, że Zeus należy do Peera, ten o wiele bardziej wolał swoje dawne stanowisko i tam miał najważniejsze dokumenty. Otworzył górną szufladę i zaczął wertować teczki, które w teorii powinny być poukładane. 
— Trening czyni mistrza — odparł wymijająco Ed i podszedł do wysokiej lady, na której stało podstawowe wyposażenie każdej sali w Tectum: ekspres do kawy, czajnik elektryczny, herbata, kawa, kubki, łyżeczki, cukier w kostkach i mleko.  Dodatkowo w „Sali Okrągłego Stołu” często można było dostać szarlotkę, która w ekspresowym tempie znikała, jak tylko męska część „Wielkiej Piątki” trafiała do pomieszczenia. 
— Twój trening trwa od pięciu lat i z roku na rok jesteś coraz gorszy. — Dobiegł do nich stłumiony głos Samanthy, która właśnie starała się upchnąć grubą teczkę i cienką książeczkę, co omal nie skutkowało zawaleniem już i tak chwiejnej konstrukcji. 
— Twoja ocena nie pokrywa się z innymi.
— Są jakieś inne? 
— Skończyliście? — włączył się do rozmowy Brian, zadowolony, bo udało mu się dość szybko znaleźć interesujący go dokument. — Naprawdę, tak nie kłócą się nawet dzisiejsi młodzi ludzie. 
— Zacznijmy od tego, że nikt nie używa już zwrotu „młodzi ludzie” — zauważył kpiąco Ed, nalewając sobie czarnej kawy do kubka. Nigdy nie lubił herbaty. A już szczególnie tej z mlekiem. 
— Sam, skończyłaś? — Brian zignorował przyjaciela i przechodząc obok biurka kobiety, zerknął na tłumaczenie. — Nie skończyłaś. 
— To nie jest takie łatwe, zrobiłam już połowę roboty — usprawiedliwiła się, rzucając papiery w kąt i wyciągając się w krześle. — Chcę tylko przypomnieć, że nie jestem tutaj sama. — Wbiła uporczywe spojrzenie w Brytyjczyka pijącego spokojnie kawę. Ten powoli wziął mały łyk, odstawił kubek i uśmiechnął się promiennie.
— Jestem agentem wywiadu, nigdzie nie wspominali o tłumaczeniu  bełkotu niekoniecznie odkrywczych ludzi nie z tego świata. 
Peer pochylający się nad dokumentem i nanoszący drobne poprawki wywrócił oczami. 
— Każdy z nas przechodził okres, kiedy najważniejszym zadaniem było żmudne tłumaczenie — rzucił, jednocześnie skreślając niepotrzebne zdanie. 
— Naprawdę? —zdziwił się Ed, a Samantha prychnęła cicho. 
— Czy ty przetłumaczyłeś jakikolwiek tekst?
— Nie licząc tego, który zaliczał każdy na szkoleniu? Nie.  
— To dużo wyjaśnia — mruknął Brian, zwracając na siebie uwagę przyjaciela. — Twoje umiejętności językowe są gorsze niż przeciętnego Patronusa. 
Cała trójka wiedziała, że to nieprawda. Szlachetne pochodzenie było równoznaczne ze znajomością chociażby dwóch języków. No i wyjaśniało wiele innych rzeczy. Na przykład przesadną pewność siebie, doprowadzającą wszystkich do szału. 
— A tak właściwie, co ty robisz? — zapytał znienacka brunet i uniósł się lekko w krześle. 
— Wysyłam Kate do Dumbledore’a. 
Samantha otworzyła oczy i skupiła całkowitą uwagę na Brianie. Ed zrobił podobnie.
— Misja „Werbujemy Pottera, bo czemu by nie?” postępuje, jak widzę — rzucił, lekko marszcząc brwi. Nie uszło to uwadze jego przyjaciela.
— Rada zatwierdziła moją prośbę, więc nie ma na co czekać. Masz coś do dodania? — Wbił wyczekujące spojrzenie w mężczyznę, widząc jego skwaszoną minę.
— Brian, jesteś pewny, że ten chłopak się nada? Jest młody, porywczy i mało o nim wiemy, oprócz tego, co wszyscy. Można wiedzieć, dlaczego pokładasz w nim tak wielkie nadzieje? 
Sam przysłuchiwała się uważnie tej wymianie zdań, a teraz czekała na odpowiedź Peera. W tej grupie była od dwóch lat, własne zdanie zostawiła więc dla siebie. Brian i Ed, przyjaciele od niemal dwudziestu lat, rządzili się swoimi prawami. Dom, choć nie tak długo praktykująca, też miała duży wpływ na decyzje stowarzyszenia. No i jej brat, chociaż jego darzyli mniejszą sympatią. Ona nie doszła jeszcze do momentu, gdzie ma jakiekolwiek prawo wypowiedzieć się na taki temat. Nikt by jej nie posłuchał. A jednak również nie mogła pojąć, czym zasłużył sobie Potter, by wstąpić w ich szeregi. 
Peer nagle się uśmiechnął. 
— Poznałem jego ojca, poznałem jego matkę, ale przede wszystkim poznałem jego dawną najlepszą przyjaciółkę. A ona nie przepada za normalnymi nastolatkami, więc prawdopodobieństwo tego, że chłopak ma potencjał jest bardzo duże. 
Odwrócił się i wyszedł. Ed westchnął.
— Jak tak dalej pójdzie, jeżeli Invicto uzna, że Voldemort jest dobry, to Brian zaproponuje mu pomoc. 
Samantha nic nie odpowiedziała.

***

Utkwił wzrok w złotej tabliczce z numerem. Dwadzieścia dziewięć. To ma być ten pokój. Po trwającym trzydzieści minut krążeniu po zimnych korytarzach był już na tyle zmęczony i zirytowany, że zdążył zapomnieć, co go tu tak naprawdę sprowadza. Właśnie zgodził się na szkolenie i od jutra ma je zacząć. A przede wszystkim, ma tu zamieszkać. Właśnie w pokoju pod numerkiem dwadzieścia dziewięć. 
Odetchnął głęboko. Wystarczy, że pociągnie za klamkę. Zrobił to. Pierwsza myśl: Duża przestrzeń. Druga: Radio jest włączone na cały regulator. Trzecia: Są dwa łóżka. Ostatnia: Nie jest w pokoju sam. 
Miło, że Peer poinformował go o współlokatorze. Idealnie. 
Tyłem do niego, siedział pochylony nad blatem chłopak. Stopą wybijał rytm piosenki, a stukot jakiegoś metalowego narzędzia najwidoczniej zagłuszył wejście Harry’ego. Wybraniec rozejrzał się dokładniej po pokoju. Panował w nim ogólny bałagan, ale mimo wszystko można było się w tym doszukać jakiejś reguły. Kilka pustych puszek po piwie, chwiejne stosy płyt i stara konsola do gier leżały pod wschodnią ścianą, na której zawieszono mnóstwo plakatów. Na środku sosnowego parkietu (miła odmiana od zimnego i szorstkiego betonu) leżał dywan w kolorze orzechowym. Nie brakowało na nim plam różnego pochodzenia i zauważył kilka czasopism z ubiegłego miesiąca. Nie dało się przeoczyć leżących (dobrze, że nie stojących) skarpetek nie do pary, niektóre wyraźnie wystawały spod łóżka. 
Siedzący chłopak przeciągnął się, wydając przy tym nieartykułowane dźwięki i okręcił się na obrotowym krześle. Zmarszczył brwi,  gdy zauważył widocznie zmieszanego Harry’ego przy drzwiach. Miał piwne oczy i lekko zadarty nos, a ustach trzymał gwóźdź. 
— Kto ty? — zapytał, nadal nie wypuszczając z ust metalowego przedmiotu, przez co pytanie zabrzmiało niewyraźnie. 
— Ee… Harry — rzucił niemrawo zielonooki, nie wiedząc, co ma ze sobą zrobić. Zdekoncentrowało go to, że ten go nie poznał. Chociaż z drugiej strony, nie przepadał za swoją sławą, więc była to miła odmiana. 
— Aha. — Tylko tyle. W końcu odłożył gwóźdź na swoje miejsce i przypatrzył się dokładniej nieznajomemu. — Dlaczego cię kojarzę? — zapytał nagle, jeszcze mocniej marszcząc brwi.
— Nie mam pojęcia — odpowiedział tylko Harry, bo nic innego nie przyszło mu do głowy. 
— Patrzysz się prosto na jego czoło i nadal nie wiesz, skąd go znasz? — Dobiegło zza jego pleców tak niespodziewanie, że aż się wzdrygnął. Obrócił się gwałtownie i stanął oko w oko z niewysoką rudą dziewczyną. 
Miała na sobie top odsłaniający brzuch i krótkie, sportowe spodenki. Proste kosmyki włosów opadały jej na twarz, na którą wstąpiły czerwone plamy.  W ręce trzymała pustą butelkę po wodzie. Mimo tego, nie mógł zaprzeczyć, była ładna. Wyminęła go szybko.
— O matko, przecież to Harry Potter — wypalił milczący chłopak, a Harry omal nie zapadł się pod ziemię. Dziewczyna prychnęła cicho i zerknęła na biurko.
 — Brawo, Sherlocku. Widzę, że mój odtwarzacz jeszcze popsuty? — Wzięła do ręki biały sprzęt, który ledwo trzymał się kupy. Uniosła brwi, a w brązowych oczach zauważył dezaprobatę. — Najpierw popsułeś, a teraz nie umiesz naprawić?
Chłopak kompletnie to zignorował.
— Co robi Potter w Tectum? — wypalił, nadal nie spuszczając wzroku z Harry’ego. 
Wybraniec poczuł się niezręcznie. Dziewczyna musiała to dostrzec, bo przyjrzała mu się badawczo.
— Alex, prawdopodobnie sam by ci to wyjaśnił, gdybyś tylko łaskawie się zamknął — powiedziała spokojnie. 
Harry uznał, że to odpowiednia chwila, żeby się wtrącić.
— Sam nie jestem tego taki pewien, ale mam rozpocząć szkolenie. — Oboje unieśli zgodnie brwi.  Jakby miało to coś wyjaśnić, dodał — Kate po mnie przyszła.
Nie umknęła mu szybka wymiana spojrzeń tej dwójki, a potem odezwała się dziewczyna.
— Mniejsza z tym. Jestem Alison Chartier, a to jest Alex Courage — wskazała głową na chłopaka, a ten komicznie się skłonił (co na siedząco wyglądało dość zabawnie). — Oboje jesteśmy na szkoleniu. 
— Ale tobie chyba nie jest jakoś bardzo potrzebne, prawda? — palnął Alex, a Alison powstrzymała jęk. Rzuciła przepraszające spojrzenie Potterowi.  — No wiesz... jeszcze nie umarłeś, nie?
— No nie — odpowiedział głupio. — Ale to tylko zasługa szczęścia, nic więcej. 
Zapadła niezręczna cisza. Nawiązywanie nowych znajomości nie przychodziło mu łatwo, mimo pozorów. Ostatnie lata spędził niemal tylko w towarzystwie Rona i Hermiony, a z nimi rozmowa wydawała się taka łatwa. Po drugie, nie miał ochoty zwierzać się obcym nastolatkom. Po prostu potrzebował chwili na przemyślenie wszystkiego. Najwidoczniej dotarło to do Alison i Alexa, bo dziewczyna chrząknęła znacząco.
— Napraw to do jutra, chyba za dużo od ciebie nie wymagam? — zapytała, skupiając się ponownie na siedzącym chłopaku. Spojrzał na nią z oburzeniem. — Świetnie. To do zobaczenia. 
Wyminęła Harry’ego i wyszła, cicho zamykając drzwi. Zostali sami. 
Potter jeszcze raz rozejrzał się po pomieszczeniu. Łóżko pod samym oknem miało prawie nienaganną narzutę, czego nie można było powiedzieć o tym stojącym pod ścianą obok. Nie przyszło mu nic innego do głowy, jak podejść do niego i na nim usiąść. Nie miał przy sobie żadnych rzeczy, różdżkę trzymał w kieszeni, a peleryny nie miał ochoty ujawniać. Prawdę mówiąc, czuł się jak ostatni idiota. 
— Jesteś całkowicie zielony, czy coś wiedziałeś? — Drgnął zaskoczony, gdy jego współlokator zabrał głos. Jego mina musiała wyrażać całkowitą niewiedzę, bo chłopak pospieszył z wyjaśnieniami. — Niektórzy przybywają tu już z wiedzą, bo ich rodzice czy przyjaciele tutaj byli. Wiesz, z pokolenia na pokolenie. A ty?
— Dopiero co się dowiedziałem, że coś takiego istnieje — przyznał, ugniatając w dłoniach skrawek koszulki. — Ty wiedziałeś?
— Praktycznie się tu wychowałem, ojciec jest jednym z Patronusów — wyjaśnił z krzywym uśmiechem Alex. — Nie miałem nawet chwili, żeby zastanowić się nad czymś innym, niż Tectum. Nie powiem, są tego jakieś plusy.
— Jak tu jest? — Naprawdę był tego ciekaw. Kilka zdawkowych zdań wypowiedzianych przez Briana nic mu nie powiedziało. Czuł się niemal identycznie jak na pierwszym roku w Hogwarcie. 
Alex wzruszył ramionami. Otrząsnął się już z pierwszego szoku, teraz z zainteresowaniem przyglądał się chłopakowi. Co jak co, ale w życiu nie spodziewał się, że zobaczy tutaj Pottera. Popatrzył na jego ubrania i zmarszczył brwi. Przecież miał jakąś tam rodzinę, nie powinien chodzić w takich łachach. Gazety prezentowały go w inny sposób, Harry nie wyglądał na zadufanego dupka albo czarodzieja z problemami z głową. 
 — Jak wszędzie. Wymagający nauczyciele, dużo imprez, jeszcze więcej dziewczyn i milion możliwości na wpakowanie się w kłopoty. Z czego może tylko imprezy i laski są miłe — rzucił chłopak, odsuwając od siebie zepsuty odtwarzacz. Nie wyglądał na przejętego naprawą. 
— Znasz Kate, prawda? — spytał Harry. Brunet wyglądał na zmieszanego. — Widziałem, jak zareagowaliście, gdy ją wspomniałem. 
— Jesteśmy przyjaciółmi — powiedział w końcu Courage, widocznie unikając jego wzroku. Doprowadziło to Harry’ego do tylko jednego wniosku.
— A więc znasz naszą wspólną przeszłość? — próbował zachować spokojny ton  głosu, ale nie potrafił powstrzymać skurczu żołądka. Nigdy nie spodziewał się, że wróci do tamtych lat.
 Co dziwne, nie poczuł kompletnie nic, gdy jego współlokator wyjaśnił więź łączącą go z Invicto. Z jednej strony nie mógł udawać, że jej nie zna, a z drugiej minęło już tyle lat, że wydawała się całkowicie inną osobą. Nie czuł się zazdrosny, rozczarowany czy wściekły. Prędzej zagubiony i nie do końca jeszcze potrafił odnieść się do tej sytuacji.  Może poznanie opinii chłopaka coś zmieni.
— Hm, wiesz, ona nie jest zbyt wylewna — mruknął, a Harry lekko uniósł brwi. Trochę inaczej ją pamiętał. — Bardziej skupia się na tym, co jest i co będzie, rzadko wspomina przeszłość. Zresztą, jak prawie każdy tutaj — przerwał na chwilę, a potem kontynuował. — Wiem tylko, że przez krótki czas  byliście sąsiadami i spędzaliście ze sobą dużo czasu. Potem trochę wam nie wyszło pożegnanie. 
Trochę.  On bez słowa wyjechał do Hogwartu, a ona w przeciągu roku szkolnego wyprowadziła się pod nieznany adres. Żadne z nich nie próbowało potem nawiązać ze sobą kontaktu. Tak, „trochę” im nie wyszło.
— Jak to jest spotkać kogoś po tylu latach? — spytał wyraźnie zaciekawiony chłopak. Harry westchnął. 
— Dziwnie. Niezręcznie. Sam nie wiem — mruknął, wbijając wzrok w podłogę. — Co ja tu do cholery robię?
Oprócz tego, że znalazł się w dość niemiłym położeniu, nadal nie mógł zapomnieć, co nad nim wisi. Nie wymaże wspomnień z ostatnich miesięcy, nawet jeśli bardzo by tego pragnął. Czasem wahał się, czy nie rzucić na siebie Obliviate, dać się zabić i po prostu zostawić ten świat razem ze wszystkimi problemami. Tylko że on był Harrym Potterem. Nie zostawi przyjaciół na pewną śmierć lub tortury z rąk Śmierciożerców bądź samego Voldemorta. 
— Połowa z nas zadawała sobie to pytanie. — Harry lekko drgnął, kiedy to usłyszał. Nawet nie zdał sobie sprawy, że ostatnie pytanie powiedział na głos. — Po paru dniach będzie lepiej. A póki co, proponuję inne rozwiązanie.
Potter popatrzył na niego z zainteresowaniem. Dziwił się, że chłopak cały czas próbuje nawiązać z nim kontakt, mimo  oporu, który napotykał. Z drugiej strony zaczynał się bać, co takiego może zaproponować... Alex? Tak, Alex. 
— Co powiesz na małą imprezę zapoznawczą? 

***

Petunia Dursley zawsze wolała mieć wszystko w jak najlepszym porządku. Zero kurzu na jej idealnych, nowych szafkach kuchennych, tematycznie uporządkowane książki na regale (których i tak nikt nie czytał, ale czego się nie robi, żeby zaimponować gościom)oraz świeżo skoszony trawnik. Jej mania porządku przechodziła również na ludzi, których zwykle szufladkowała. Wredny, dziwny, niewart uwagi, bogaty. Siebie, męża i kochanego Dudziaczka chętnie wywyższała, ale nie mogła zapomnieć o innym lokatorze, który właśnie burzył jej harmonogram dnia, nie pojawiając się na kolacji. To nie był pierwszy raz w ciągu tych wakacji i za każdym razem doprowadzało ją to do szewskiej pasji. 
Spędzając całe dnie na obserwowaniu sąsiadów, Petunia nie mogła nie wyostrzyć sobie wzroku i szóstego zmysłu. Zauważyła więc, że coś się z chłopakiem dzieje. Podejrzewała (miała pewność), że ma to związek z jego szkołą. Hogwart. Sama nazwa przyprawiała ją o dreszcze i choć pracowała nad tym o lat, przywoływała mnóstwo wspomnień związanych z jej siostrą. Ciekawe, co tym razem się stało. Kolejne powroty psychopatów, latające szczury, a może coś gorszego? Nie zawahałaby się zapytać, gdyby nie to, że usiłowała odgrodzić się od siostrzeńca. Pytanie o cokolwiek związanego z magią nie było najlepszym pomysłem, gdyby Vernon się o tym dowiedział... Zresztą, sama też wolała się nie mieszać w te sprawy. 
Trzeci stopień schodów zaskrzypiał głośno (musi w końcu poprosić Vernona, żeby coś z tym zrobił), gdy szybkim tempem ruszyła do pokoju Harry’ego. Sięgając do klamki, zauważyła pierwszą rzecz, która wzbudziła jej niepokój. Drzwi były uchylone, a zawsze je zamykał. Popchnęła drzwi i zadrżała. Z chłodu jak szybko zauważyła, okno było otwarte na oścież. Po chłopaku nie było ani śladu.
Skłamałaby, gdyby powiedziała, że to pierwszy raz gdy bez ich wiedzy gdzieś poszedł, ale tym razem to było coś innego. Za każdym razem zostawiał im kartkę na biurku. Właściwie to nie dla nich, jak szybko zrozumiała, miało to być zapewnienie, że wyszedł z własnej woli, a nie ktoś do zabrał. Widząc tę kartkę, Dursleyowie nigdy nie zawiadamiali „tych dziwaków”. Może i robili źle, ale za każdym razem chłopak wracał cały i zdrowy, więc nauczyli się, że nie warto reagować. Ona się nauczyła, z Vernonem bywało różnie. 
Tym razem nie pozostawił po sobie nic. Tej piekielnej sowy nie było, różdżki też nie zauważyła, a szósty zmysł podpowiadał jej, że to nie to co zawsze. Zadrżała, tym razem nie pod wpływem zimna. Nawet nie zarejestrowała, jakim cudem znalazła się z powrotem na dole z telefonem w ręku. Drżącymi rękoma wykręciła numer, którego wolałaby nigdy nie użyć. 

***

Ogłuszająca muzyka. Tańczący tłum. Piwo (i nie tylko) rozlane na podłogę. Zapachy, które jednych odrzucały, a innych wręcz przyciągały. Przyprawiające o ból głowy odgłosy. Mimo wszystko, Harry czuł się wyjątkowo dobrze. Może to dzięki swoim wcześniejszym wypadom do mugolskiego  klubu albo po prostu od zawsze był do tego stworzony. Gdy siedział przy barze, znikały wszystkie jego problemy. Jednak cały czas wyczuwał na plecach wzrok towarzyszącego mu Alexa. 
— Nie przeszkadzają ci te klimaty? — zapytał w końcu Courage, przekrzykując muzykę. Sam wyglądał na całkowicie wyluzowanego, a oczy świeciły mu się z radości (a może miały na to wpływ wypite trzy piwa, Harry nie był pewien). — Wyglądasz na zadowolonego.
— A to źle? —  rzucił z uśmiechem. Najwidoczniej wszyscy uważali go za grzecznego chłopczyka. Dziwne, biorąc pod uwagę jak przedstawiały go gazety.  
— Patrzcie państwo, już jest sprowadzany na złą drogę. — Harry’emu zajęło chwilę zanim poznał dziewczynę, która się do nich dosiadła. Po zgrzanej i zmęczonej rudowłosej nie pozostał ani ślad. Teraz miała na sobie dobrze dopasowane, poszarpane dżinsy, buty na lekkim koturnie, biały ozdobny top i świeżo umyte, rozpuszczone włosy. Za cholerę nie mógł sobie przypomnieć jej imienia. 
— Pewnie, bo co wszystko złe, to ja — burknął do szklanki Alex, ale nie wyglądał na urażonego. — Alison, ja tylko rzuciłem propozycję.
— To akurat prawda — wtrącił się Potter z lekkim uśmiechem. 
Zamówili po jeszcze jednym drinku (Harry nie chciał przesadzać z ilością alkoholu, więc zamówił tylko colę z lodem) i zaczęli rozmowę. Głównie rozmawiał z Alexem, dziewczyna tylko im się przysłuchiwała i od czasu do czasu wtrąciła kilka słów. Nie był pewien, czy to za sprawą języka rozluźnionego promilami czy otoczenia, ale pogawędka ze współlokatorem sprawiała mu przyjemność. Nie poruszali się po ryzykownych tematach, ale nawiązała się między nimi pierwsza nic porozumienia. Alex przypominał mu trochę Rona, co tylko ułatwiało sprawę. 
— Raz zdarzyło mi się zwinąć kluczyki ojca i wpakowałem się za kółko jego szałowego BMW…
— Alex, nie przypominam sobie, żebyś kiedykolwiek prowadził samochód. 
Odwrócili się obaj jak na komendę (nie zauważyli jak Alison wywróciła na to oczami). Harry momentalnie poczuł gulę w gardle. Zapadła niezręczna cisza, pomijając głośne dudnienie muzyki i krzyki jakiejś zazdrosnej dziewczyny.
— Al, to chyba Dominic, mamy do niego sprawę — wypalił brunet i z prędkością światła oddalił się od baru. Rudowłosa nieznacznie poruszała ustami, gdy podążała za przyjacielem. 
Zapatrzył się na w połowie pełną szklankę. Kate usiadła obok i nie spuszczała z niego wzroku. Wiedział, że nie mogą tak siedzieć w nieskończoność. Jednak sama perspektywa przerwania ciszy go przerażała. Blondynka najwidoczniej miała trochę więcej odwagi od niego. 
— Czyli jednak się zgodziłeś — rzuciła w przestrzeń. Skinął szybko głową. — Dlaczego? 
— Czy nie tego właśnie chciałaś? — odpowiedział pytanie, ośmielając się spojrzeć jej prosto w oczy. Nawet jeśli bardzo się starał, nie widział już w nich jego dawnej przybranej siostry. Nie potrafił z nich niczego wyczytać. Ile się wydarzyło przez te lata? Jeśli w jego życiu tak wiele się zmieniło, to co mogło się stać w jej? Miał ochotę zadawać milion pytań, a jednocześnie bał się tych wszystkich odpowiedzi. 
— Nie wmawiaj mi, że podjąłeś tę decyzję przeze mnie. A więc, co przeważyło? 
Chęć zrobienia czegoś na własną rękę? Jego głupia odwaga? Niepokonana siła przyciągania do dawnej przyjaźni? Wola walki, a nie poddanie się i pogodzenie z własnym losem? 
— Możliwość czarowania poza Hogwartem — palnął bezmyślnie. Uniosła wysoko brwi.
— Tak, to zdecydowanie największa zaleta tego szkolenia. Tak samo jak kolejne szanse na śmierć w niebezpiecznych walkach — zauważyła spokojnie. Wzdrygnął się.
— O co ci chodzi? — zapytał ze złością. Dodatkowo ciśnienie podnosił mu nieprzerwany spokój w jej głosie. 
— Poszedłeś za mną bez większych oporów i podejrzliwych pytań, co roku stajesz w oko w oko ze śmiercią i nie widzę, żebyś próbował temu zaradzić.
— Och, sugerujesz, że mam skłonności samobójcze? — zapytał z lekką ironią, ale w środku nie mógł się z nią nie zgodzić. I to jeszcze bardziej go irytowało.
— Nie, tylko masz większe zapotrzebowanie na adrenalinę niż przeciętny człowiek — rzuciła i nawet nie spostrzegł, jak zabrała mu szklankę i wypiła resztkę coli. Zmarszczyła brwi. — Masz tak słabą głowę, że nie pijesz niczego mocniejszego…
— Nie mam słabej głowy — przerwał jej w połowie, poważnie już zirytowany.
— …czy wolisz zacząć jutrzejszy dzień na czysto? — dokończyła i uśmiechnęła się lekko. Speszył się.
Przez chwilę oboje milczeli. Alex i Alison nie wracali, przy barze co chwila pojawiały się nowe osoby, a muzyka grała nieprzerwanie. Harry’ego zaczęła boleć głowa. Nie podobało mu się to. Zerknął przelotnie na Kate, ale ta skupiła uwagę na dość ostro kłócącej się parze. Dotknął blizny i powstrzymał syk bólu. Przyzwyczaił się, że przy bólu głowy jego „szczególny znak” stawał się bardziej czuły, ale teraz naprawdę się zdenerwował. Odzwyczaił się już od tego przez ostatnie tygodnie.
— Voldemort? — Zamarł w ręką przy bliźnie. Kate patrzyła na niego badawczo. 
— Nie, po prostu boli mnie głowa — powiedział, sam nie do końca pewien, czy mówi prawdę. Dopiero po chwili pewna rzecz zwróciła jego uwagę. — Skąd wiesz o moim...
— ...połączeniu umysłowym? Kandydaci są zawsze sprawdzani, nie dziw się aż tak. 
Nie skomentował tego. Głowa nie przestawała go boleć. 
— Chyba już pójdę — powiedział niemrawo i wstał. Dziewczyna się nie poruszyła. 
Zmieszany chwilę stał w miejscu, a potem ruszył ku wyjściu. Nigdzie nie widział Alexa. Muzyka drażniła jego uszy albo ją pogłośnili albo jego ból głowy przeistaczał się w migrenę. Zanim opuścił głośną salę, obejrzał się jeszcze raz w stronę baru. Kate tam nie było.
Chciał jak najszybciej znaleźć się w pokoju i zasnąć. I w końcu przemyśleć wszystko. 

***

— Crucio. — Mężczyzna zwinął się z bólu na podłodze. Czerwone oczy obserwowały go ze spokojem. Czarnowłosa kobieta roześmiała się szaleńczo i kolejny promień poleciał prosto w środek klatki piersiowej nieszczęśnika. Oczy lśniły niebezpiecznym blaskiem, a pierś szybko falowała. Bellatrix Lestrange w najlepszej formie.
— Wystarczy, Bello — powiedział cichym, piskliwym głosem siedzący na wysokim krześle mężczyzna. Jego wężowa twarz, ze szparkami zamiast nosa nie wyrażała żadnych emocji. — Nasz gość nie powie nam już nic więcej. 
Lestrange opuściła różdżkę i odsunęła się o kilka kroków od swego mistrza. Patrzyła na niego z całkowitym uwielbieniem. Zwinięty w kłębek człowiek pojękiwał cicho na zimnej posadce. Nikt nie pamiętał w takiej chwili o dumie. Nie po kilkudniowych nieprzerwanych torturach, głodowaniu i poniżaniu. 
Voldemort powoli podniósł się ze swojego tronu i podszedł bliżej swojej ofiary. Oczy zapłonęły jeszcze wyraźniej, gdy ukazała mu się poturbowana twarz mężczyzny. Siniak na siniaku, rozcięty policzek, spękane wargi. Mimo wszystko twarde spojrzenie. 
— Tak skończy każdy, kto nie opowie się po mojej stronie. Nikt ci nie pomoże. 
— Niczego się ode mnie nie dowiesz — wychrypiał resztką sił, podpierając się drżącą ręką o podłogę. Voldemort roześmiał się szaleńczo.
— Nawet tego nie oczekuję. Jesteś dla mnie kolejnym bezwartościowym członkiem Zakonu, żadna z informacji nie przyniesie mi korzyści. Tutaj chodzi o coś zupełnie innego.
Mężczyzna zamarł w bezruchu, a jego osłabione serce na chwilę przestało bić. Bella wyglądała na najszczęśliwszą kobietę na ziemi.
— Nie liczysz się dla nikogo, oprócz jednej osoby, prawda? Jest na tyle nieodpowiedzialny, że tutaj przybędzie, inaczej cię zabiję. Wszyscy Potterowie są tacy sami. Na zawsze wierni przyjaciołom.
— Nie… 
W wężowych oczach błysnęło zadowolenie i satysfakcja. 
— Tak, Remusie. Możesz się przywitać, właśnie to ogląda.
Harry zerwał się gwałtownie z łóżka, a blizna zapłonęła bólem. 

_______________________________________________________________________________
1 - staroangielski, oznacza „ wilkołak być niebezpieczny, wilkołak być zły, zabić człowiek i zjeść, przemienić w wilkołak”. Korzystałam ze słownika, nie jest to dokładny staroangielski, tylko moja luźna interpretacja, więc nie zabijać proszę :D

Wybaczcie, ale miałam i nadal mam problemy z Internetem, dlatego do wtorku nie pojawi się ani krótki fragment z czwartego rozdziału. Z tego samego powodu nie miałam jak odpowiedzieć na komentarz Daniela Kinga pod poprzednim postem, a widziałam, że taki był. Ledwo co udało mi się dodać rozdział i może on wyglądać inaczej, bo nie potrafię obsługiwać bloggera na telefonie :D

Dla tych czytelników, którzy zaczęli nowy rok szkolny życzenia, by wpadały same dobre oceny, godziny w szkole leciały szybko, a wszystkie egzaminy poszły jak najlepiej! 

Rozdział jak zwykle betowała Noelia Cotto.

Wracamy do starych, znanych jeszcze z poprzedniego bloga gifów, co wy na to?

 smile smiling dylan obrien chuckle chuckling GIF
 holland roden GIF
 tvd rebekah mikaelson claire holt GIF







Notka informacyjna!

Mam problemy z internetem i nie jestem w stanie na razie dodać rozdziału. Oczywiście nie wykluczam, że mi się to nie uda do końca tego dnia, jednak z góry przepraszam Was wszystkich. Najpóźniej rozdział pojawi się we wtorek i to będzie ostatnia sytuacja, w której mam problem z internetem, ponieważ zmieniam operatora.

Jeszcze raz przepraszam!